Dzień Snæfellsnes (cz. 1: północno-wschodnia strona półwyspu) - Islandia 2026
Kolejnego dnia zebraliśmy manatki i ruszyliśmy na podbój słynnego półwyspu Snæfellsnes, często nazywanego „Islandią w pigułce”. Okazało się jednak, że ta „pigułka” była tak gigantycznych gabarytów, a ilość atrakcji i przygód, jaką upchnęłyśmy w jeden dzień, tak ogromna, że gdybym opisała to w jednym poście, zajechałabym Was na śmierć! Dbam o Wasz kciuk od przewijania ekranu, dlatego ten intensywny, islandzki maraton dzielę oficjalnie na dwa osobne wpisy. Łapcie część pierwszą!
Pierwszym punktem programu na naszej trasie miała być wieża widokowa Borgarnes Watertower Viewpoint. Brzmiało nieźle, ale rzeczywistość brutalnie zweryfikowała te oczekiwania.
Zamiast romantycznej iglicy czy eleganckiej konstrukcji wpisującej się w surowy krajobraz wyspy, na miejscu zastaliśmy... to coś. Surowy, zielony walec połączony ze schodami z szarego, topornego betonu. Wyglądało to tak, jakby ktoś omyłkowo wybudował na środku malowniczego wzgórza małą oczyszczalnię ścieków, silos na kiszonkę albo wojskowy schron i po prostu uznał, że „jakoś to będzie”. Jedyną osłoną dla tego architektonicznego koszmarku było bujne pole fioletowego łubinu, które bardzo dzielnie próbowało ratować sytuację i dodać całości odrobiny wdzięku. Ponieważ jednak dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane, nawet heroiczna postawa łubinu nie zdziałała za wiele. Powiem więcej! Nawet widok z tego czegoś nie ratował sytuacji. Dlatego wierzcie mi, że szkoda czasu i nóg na wspinaczkę po tych betonowych schodach. Szkoda czasu na stop-over – ten obiekt to absolutna, podręcznikowa betonoza. Zrobiliśmy więc tylko szybkie zdjęcie dla potomności (i jako przestrogę dla Was!), po czym bez żalu wskoczyliśmy z powrotem do auta, by jak najszybciej uciec w stronę prawdziwych cudów Snæfellsnes.
Na szczęście Islandia potrafi wynagrodzić każdy architektoniczny zawód w kilka minut. Wystarczyło odbić z głównej trasy w szutrową drogę 55 (Heydalsvegur), by betonowa wieża całkowicie wyparowała z naszej pamięci, zastąpiona przez widok, przy którym dosłownie opadły nam szczęki (który to już raz?).
WOW! Po prostu WOW.
Zjechaliśmy w stronę wulkanicznych kraterów i nagle znaleźliśmy się w krajobrazie, który wyglądał, jakby ktoś przeniósł nas bezpośrednio na powierzchnię Marsa albo w sam środek planu filmowego sci-fi. Zamiast "zwykłych" pól lawowych (ha, ha, ha!) otoczyła nas obłędna, soczysta, niemal krwista czerwień wulkanicznego żwiru i pyłu!
Przed nami wyrósł potężny, czerwony stożek z odsłoniętą ścianą krateru i niesamowitą paletą barw. Czerwona gleba, ceglasty żwir, czarny bazalt, kępy mchu i czarne skazy zastygłej lawy rzucone na tle zielono-szarych gór w oddali tworzyły kompozycję tak nierealną, że aż trudno było uwierzyć własnym oczom.
A najlepsze w tym wszystkim było to, że w tym obłędnym cudzie natury byliśmy absolutnie sami! Czujecie to? Zero autokarów, zero innych samochodów, zero opętanych misją idealnego selfie grup Azjatów! Cudownie! Podczas gdy większość turystów mknie głównym asfaltem, przy szutrowej „55-tce” mieliśmy ten kosmiczny, rdzawo-czerwony świat wyłącznie dla siebie. Żadne zdjęcia nie oddają w pełni tej przestrzeni i niesamowitego kontrastu kolorów.
A żeby Wam udowodnić, że te kolory rzeczywiście są takie jak na zdjęciach, zrobiłam jeszcze zbliżenie tego żwirku. Prawda, że jest piękny?
Islandia kryje wiele cudów i niektóre z nich najwyraźniej są zarezerwowane tylko dla lokalsów ;) Do tego miejsca nie prowadziły żadne tablice, żadne drogowskazy z zawijasami wskazujące na miejsca widokowe, nic, kompletnie NIC! Mój mąż zupełnie nie pamięta jak tam trafiliśmy (a to on wskazał to miejsce), na mapie ma tam ŻADNEJ nazwy! Uwierzycie? Nie mam pojęcia jakim cudem tam się znaleźliśmy! Może Islandia chciała nam zadośćuczynić za tę okropną wieżę widokową? Na Wasz użytek nazwę to miejsce Red Rocks (znajdziecie je na mojej interaktywnej mapie, która jest TUTAJ), bo mój mąż mówi, że coś takiego CHYBA !!!! widział na mapie, szukając podczas naszej wyprawy fajnych miejsc (ale tego nie ma na mapie!). Czyżby islandzki internet pokazywał więcej niż ten polski? Przecież to ta sama mapa Google!
Naładowani wulkaniczną energią ruszyliśmy dalej. Po drodze minęliśmy opuszczoną chatkę z wymalowanym sprayem napisem „FREE PALESTINE” – dowód na to, że nawet na islandzkich pustkowiach sztuka uliczna ma się dobrze i uprawia wielką politykę.
Kawałek dalej czekał punkt programu, który miał być wisienką na torcie (jedną z wielu oczywiście): słynne gorące źródło Landbrotalaug. Jeszcze przed wyjazdem mój mąż z ekscytacją zapowiadał, że akurat tego dnia czeka nas mnóstwo atrakcji. I powiedzmy sobie szczerze: nie skłamał, choć chyba inaczej wyobrażaliśmy sobie ten rodzaj emocji!
Plan był przecież bezbłędny – wbijamy w stroje kąpielowe i serwujemy sobie romantyczne, dzikie islandzkie SPA pod gołym niebem. Wizja gorącej kąpieli rozpłynęła się jednak szybciej niż islandzka mgła. Na miejscu zastaliśmy... smutną, niebieską rurę, z której spod zaworu zaledwie smętnie ciekła wąska stróżka ciepłej wody. Pompa po prostu odmówiła współpracy. Zamiast parującego basenu dostaliśmy chłodną kałużę, rdzewiejący instalacyjny rekwizyt i lekcję z cyklu „oczekiwania vs. rzeczywistość”.
No cóż, Landbrotalaug miało ewidentnie gorszy dzień, ale obietnica mężowska o „atrakcjach” została odhaczona z nawiązką – w końcu nie codziennie człowiek ogląda niedziałające gorące źródło!
Po spektakularnej klapie z zepsutym SPA ruszyliśmy dalej przed siebie. I wtedy wydarzyło się coś, co zna chyba każdy podróżnik: zobaczyliśmy stojące na niepozornym parkingu samochody i autobusy.
Zadziałał tu czysty, podręcznikowy efekt leminga – widząc kilka zaparkowanych aut w miejscu, które wcale nie wyglądało na oficjalny punkt widokowy, pomyśleliśmy po prostu: „Skoro wszyscy tu stają, to my też staniemy!”. Zero planu, zero wcześniejszego sprawdzania na mapie. Zjechaliśmy na bok z czystej ciekawości.
A miejsce okazało się totalną petardą! Trafiliśmy na Selvallafoss (znany też jako Sheep’s Waterfall). Krajobraz wokół był, jak się można było spodziewać, bajkowy (no ale to przecież Islandia). Sam wodospad uroczo kaskadami spadał po skałach, ale to, co rozpościerało się w tle – ta szmaragdowa woda jeziora Selvallavatn w oddali, w połączeniu z górami i polami lawy – wyglądało jak zupełnie inny, nierealny świat. Porobiliśmy zdjęcia, nacieszyliśmy oczy i w świetnych humorach wróciliśmy do auta.
I dopiero gdy odjechaliśmy już ładnych parę kilometrów dalej, nastąpiło wielkie logistyczne olśnienie. Mąż po ponownym rzuceniu okiem na nawigację ze zdziwieniem odkrył, że ten „przypadkowy” postój był w rzeczywistości zaplanowanym punktem naszej wycieczki... tylko czasoprzestrzeń na mapie nieco minęła się z tą w terenie. No, ale to mój mąż, czyli ten facet który na mapie widzi asfaltowe drogi, które w rzeczywistości okazują się średnio przejezdnymi (albo i nie) szutrówkami.
Oczywiście to nie był koniec zachwytów, bo chwilę później podjechaliśmy pod urokliwy, malutki kościółek Bjarnarhöfn.
Krajobraz był jak z obrazka – wokół zielone pola, a na nich pasące się konie (w tym przeurocza parka: mama konik ze swoim przesłodkim źrebakiem). Jakby sielanki było mało, na powitanie przybiegła do nas parka miejscowych piesków, z którym natychmiast zaliczyliśmy krótką sesję głaskania i zabawy.
Obok znajdowało się słynne Muzeum Rekina w Bjarnarhöfn (Bjarnarhöfn Shark Museum), ale po szybkim rozpoznaniu uznaliśmy, że budynek jest mikroskopijny, a przed nami wciąż długa lista atrakcji, więc odpuściliśmy biletowany zapewne wstęp. Nie ukrywam, że na naszą decyzję miała ogromny wpływ pogoda. Było zimno jak diabli, a przenikliwy wiatr nie ułatwiał sprawy i oczywiście motywował do pozostania w aucie. Zrobiliśmy więc sprytny podział ról. Dziewczyny mądrze i ewidentnie po gospodarsku utknęły w ciepłym samochodzie, obserwując świat zza szyby, a chłopaki – jako wielcy odkrywcy – poszli na zwiad pod samą suszarnię.
Pachniało stamtąd dokładnie tak, jak można się spodziewać po suszącym się, sfermentowanym rekinie, ale męska część ekipy odważnie odhaczyła ten zapachowy punkt programu. Choć miny mieli nieco nietęgie, dzielnie jednak udawali, że nie planują udostępnić na widok publiczny zawartości żołądków.
Po rekinowych klimatach ruszyliśmy dalej, a widoki za szybą zrobiły się tak nierealnie piękne, że w słowniku polsko-islandzkim po prostu zabrakło nam przymiotników (bo to pierwszy raz?). Pustka, potężne góry, których szczyty momentami chowały się w gęstych chmurach, i przestrzeń taka, że aż kręciło się w głowie.
W pewnym momencie dojeżdżamy do fiordu Kolgrafafjörður i przejeżdżamy przez słynny groblę-most. Wtedy mąż – nasz wielki nawigator i skarbnik wiedzy wszelakiej (no muszę mu trochę posłodzić, wiecie jak jest)– z powagą godną przewodnika National Geographic oświadcza nam, że ten most z góry ma kształt... tradycyjnego islandzkiego miecza!
I wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie jeden drobniutki szczegół: nie mieliśmy ze sobą drona (nie zmieścił nam się do bagażu podręcznego, bezczelnie wyparty przez kabanosy). A z perspektywy fotela pasażera ten „legendarny oręż wikingów” wygląda po prostu jak... wygięty kawałek asfaltu nad wodą. Żeby zobaczyć w nim miecz, trzeba było wykazać się wyobraźnią wspomaganą sfermentowanym rekinem i nie tylko ;)
Zrobiliśmy jednak szybki postój pod mostem na sesję zdjęciową. I choć oręża z dołu nie stwierdzono, to fotki filarów na tle tych chmurnych, groźnych szczytów wyszły kosmicznie.
Kolejną atrakcją na trasie był wodospad Grundarfoss – z nazwy wybitnie uziemiony, ale fizyka na Islandii rządzi się własnymi prawami.
Wiatr dmuchał tak potężnie, że zamiast opadać w dół, woda z wodospadu płynęła... pionowo do góry. Natura uznała grawitację za luźną sugestię i zaserwowała nam wodospad działający na wstecznym biegu.
I wreszcie dojechaliśmy w okolice Kirkjufell – słynnej Góry Kościelnej, która figuruje na co drugiej pocztówce z Islandii.
Najpierw jednak, zaliczyliśmy małą debatę krajoznawczą. Z jednej strony padł entuzjastyczny okrzyk, że to przecież ten słynny symbol wyspy, z drugiej – natychmiastowa i stanowcza odpowiedź, że absolutnie nie, bo ta góra tutaj ma przecież ścięty czubek, a ta z widokówek była ewidentnie szpiczasta. Po chwili wyszło jednak na jaw, że góra jest jak najbardziej właściwa, tylko po prostu genialnie zmienia kształt w zależności od tego, z której strony się na nią patrzy.
I tu wyszła na jaw cała prawda: Kirkjufell jest po prostu jak typowa kapryśna gwiazda Hollywood, która na planie żąda fotografowania wyłącznie z jednego, wyselekcjonowanego profilu, bo „z drugiego wygląda grubo”. Z przodu gra fotogeniczny, ostry stożek, który dostaje numery jeden na okładkach magazynów, a z boku wygląda jak nieco toporna bryła, która właśnie przegrała walkę z grawitacją. Gdyby policja robiła jej zdjęcia do kartoteki przestępców – profil i en face – w życiu nikt by nie uwierzył, że to ten sam podejrzany. Kirkjufell po prostu bezczelnie oszukuje w żywe oczy i fałszuje swój własny rysopis w zależności od tego, z której strony podjedzie do niej naiwny turysta!
Ale wróćmy do naszej trasy. Zanim dotarliśmy na namierzony parking, zjechaliśmy kawałek w stronę wody. Chcieliśmy spróbować zrobić to słynne, pocztówkowe zdjęcie, na którym potężny szczyt idealnie odbija się w lustrze wody. Z morza czy fiordu przy tym wietrze nie było na to najmniejszych szans – wiało tak strasznie, że falowała absolutnie każda większa powierzchnia - niemal z asfaltem włącznie. Ale na samym końcu drogi natrafiłam na idealne rozwiązanie: wielką, zwyczajną kałużę. Patrząc jak moi towarzysze z determinacją wartą lepszej sprawy usiłują uchwycić odbicie góry w oceanie, ja cichaczem ukucnęłam przy kałuży. Oczywiście reszta spojrzała na mnie jak na ...blondynkę. I gdy oni chcieli zrezygnowani niepowodzeniem fotograficznym zapakować się do auta, mi się udało stworzyć kadr wyciągnięty jak z katalogu biura podróży (do dobra, prawie, pogoda była jaka była a i smartfon ma niewiele wspólnego z profesjnalnym aparatem). Oglądasz w internecie te zachwycające, ikoniczne zdjęcia i myślisz sobie: „wow, ale niesamowite ujęcie znad oceanu!”, a w rzeczywistości tajną bronią fotografa blondynki okazuje się po prostu dobrze zagospodarowana kałuża na poboczu.
Po heroicznej walce o idealne ujęcie wjechaliśmy na wygrzebany wcześniej w sieci parking przy wodospadzie Kirkjufellsfoss – dokładnie ten, z którego robi się kolejne kultowe zdjęcie z wodospadami i górą w tle.
I tu Islandczycy po prostu pojechali po bandzie. O ile dotąd standardowa stawka na każdym parkingu wynosiła 1000 koron, tak tutaj zażyczyli sobie aż 1400. Cała akcja – szybki spacer, fotka z wodospadem i powrót do auta – zajmuje dosłownie pół godziny, a przy takiej pogodzie jaką my mieliśmy, dałoby się załatwić sprawę w 10 minut. Aż się prosiło o chociaż 15 minut darmowego postoju na ekspresowe kadry, ale biznes jest biznes. Najlepiej doliczyć ekstra premię za popularność, nie stawiając w zamian przy parkingu nawet najmniejszego wychodka (a czas był na skorzystanie najwyższy).
Zaraz za Kirkjufell drogową mafię utworzyły owce. Google po szybkim skanowaniu dopowiedział mi później, że to podobno owce farerskie! Co one robiły na Islandii i dlaczego zablokowały akurat naszą trasę – nie mam pojęcia, ale ich futra pod wpływem arktycznych podmuchów wyglądały jak u czupurnych modelek na wybiegu.
A skoro o wietrze mowa – to nie był zwykły wiatr. To był huraganowy, bezlitosny starszy brat tego z "kieleckiego siódmego peronu", który testował nasze granice wytrzymałości. Toalet przy trasie nadal brak, drzew – jak to na Islandii – zero, a potrzeba fizjologiczna nie czeka. Rozpoczęliśmy więc gorączkowe poszukiwania chociażby głębszego rowu przydrożnego, a determinację mieliśmy dużą. Na tym etapie, nie chodziło już nawet o zasłonięcie się przed światem, ale o to, żeby... po prostu nie zdmuchnęło nas w trakcie wykonywania operacji (albo raczej skutków operacji nie zdmuchnęło w nas). Każdy, kto próbował opróżnić pęcherz na Islandii przy takim wietrze wie, że to sport ekstremalny i wyższa logistyka!
Kawałek dalej natrafiliśmy na zamkniętą bramę z gigantyczną, żółtą kłódką wielkości pokrywy od studzienki. Wyglądało to tak, jakby lokalny farmer spodziewał się ataku szarańczy, inwazji owiec farerskich albo przynajmniej szturmu norweskich najeźdźców na swoją prywatną plażę. Żadnej tabliczki, tylko ten surrealistyczny żółty potwór zamontowany na środku ogrodzenia. Właściciel posesji chyba panicznie bał się turystów rozjeżdżających mu trawnik, więc zamiast nudnej informacji „Teren prywatny”, postanowił po prostu zagrać wszystkim na nosie w stylu komiksów z Królikiem Bugsem? I szczerze? Taki kłódkowy absurd na tle szarego oceanu i groźnych skał wyglądał genialnie!
Na trasie pojawił się też Bugsfoss. I tu dochodzimy do momentu, w którym Islandia zaczyna bezczelnie rozpieszczać turystę i wpędzać go w stan totalnego znieczulenia na piękno. No dobra, nieco przesadziłam. Powinnam uściślić: na standardowej urody wodospady.
Sama nazwa wodospadu brzmi trochę jak z kreskówki (może nadał ją ten sam gość od kłódki?) albo jak nowa aplikacja do wyłapywania błędów w systemie, ale wodospad był po prostu uroczy i malowniczy. Problem w tym, że dopadł go klasyczny islandzki syndrom pod tytułem: „O, zobacz, setny przepiękny wodospad dzisiaj!”. Gdyby stał w jakimkolwiek innym kraju na świecie, zrobiliby z niego Rezerwat Przyrody z płatnym parkingiem i sklepem z pamiątkami. Tutaj po prostu cicho szumiał sobie przy drodze, jakby przepraszał, że w ogóle zabiera nam kolejne trzy minuty z grafiku. Szybka fotka do kolekcji i pojechaliśmy dalej!
Tuż przed Ólafsvíkiem zatrzymaliśmy się na punkcie widokowym, gdzie mgła miejscami rozpościerała się nad czarną plażą i oceanem – widok absolutnie obłędny, pełen mrocznego, tajemniczego uroku.
Przy punkcie stała też spora tablica informacyjna. Dowiedzieliśmy się z niej, że Ólafsvík to absolutny weteran biznesu – już w 1687 roku dostał od króla Danii oficjalną licencję na handel i stał się tutejszym „centrum handlowym” (choć patrząc na skalę, pewnie wymieniano tam głównie ryby na suszone mięso i gwoździe). Żeby było jeszcze bardziej po islandzku, tablica z numerami awaryjnymi zaraz obok policji, pogotowia i poczty z pełną powagą wymienia bezpośredni numer na... lokalny basen (Sundlaug). Bo jak wiadomo, w razie jakiejkolwiek kryzysowej sytuacji na Islandii, ciepłe źródło i gorąca woda to absolutna pierwsza pomoc!
Przejechaliśmy przez Ólafsvík (który autokorekta uroczo chciała zmienić na Love Speak – i szczerze? Nowa nazwa pasuje idealnie!). Wyszliśmy z samochodu tuż przy tutejszym kościele Ólafsvíkurkirkja. Bryła świątyni sama w sobie jest kosmiczna – wygląda jak rozpięty na wietrze żagiel, futurystyczna piramida albo... rampa dla deskorolkarzy. Ale prawdziwe zaskoczenie czekało na ziemi.
Niemal prosto do drzwi kościoła prowadzi jaskrawa, tęczowa droga, a obok stoi urocza ławeczka dla zakochanych. Dla kogoś przyzwyczajonego do polskich realiów to był lekki szok kulturowy! W Polsce połączenie kościelnego progu z tęczowym chodnikiem i ławeczką miłości mogłoby wywołać co najmniej ogólnokrajową debatę, dyżur telewizyjny, a na koniec komisję śledczą
Miejscowi podeszli do sprawy z właściwym sobie, islandzkim luzem. Tęcza jest tu po prostu symbolem różnorodności, otwartości i miłości – i nikt nie widzi najmniejszego problemu w tym, by prowadziła prosto pod ołtarz. Islandia po raz kolejny pokazała, że ma do świata bezbrzeżny dystans. Krótka przerwa na fotkę na ławeczce i pojechaliśmy dalej, ale o tym przeczytacie w kolejnym odcinku.
Po więcej postów z Islandii zapraszam TUTAJ.
Jeśli chcecie zlokalizować na mapie opisane w poście lokalizacje oraz wszystkie lokalizacje z bloga, zapraszam do mapy interaktywnej, która otworzy się dla Waszej wygody w nowym oknie. Najedź na wybraną pinezkę i kliknij nazwę lokalizacji, która pokaże Ci się pod mapą aby wyświetlić zdjęcia i link do odpowiedniego posta 😀. Kliknij strzałkę po prawej stronie nazwy lokalizacji, aby wyznaczyć do niej trasę. Powiększaj mapę aby zobaczyć więcej pinezek. Kliknij na napis "Patent na Wypad" (w wersji komórkowej na dole ekranu) aby wejść w legendę, gdzie znajdziesz listę lokalizacji lub będziesz mógł wpisać konkretną lokalizację w lupkę.
Linka do lokalizacji na mapie Google z niniejszego bloga znajdziecie także poniżej - szukajcie pod tekstem słowa "Lokalizacja...."
A jeśli chcecie przeczytać więcej wpisów w moim blogu, z pewnością ułatwi Wam to TA LISTA , zaś zbiór niektórych wcześniejszych map znajdziecie TUTAJ.
A może interesują Was gotowe propozycje tras? Zapraszam TUTAJ.
#patentnawypad #podroz #podroze #blog #travelblog #islandia #island #visitisland #islandtravel #snæfellsnes #bjarnarhöfn #borgarneswatertowerviewpoint #grundarfoss #kirkjufell #kirkjufellsfoss #kolgrafafjörður #landbrotalaug #olafsvík #olafsvíkurkirkja #redrocks #selvallafoss
.png)

.png)
.png)
.png)
.png)

.png)
.jpg)

.png)
.png)

.png)
.jpg)
.png)
.png)

.png)
.png)
.png)





.png)




.jpg)


.png)
.png)




.jpg)

Komentarze
Prześlij komentarz