Islandia nas urzekła. Po prostu. To kraj, który narodził się w najgłębszych bólach matki ziemi – w ogniu, dymie i huku. Te pradawne skurcze pozostawiły na jej ciele głębokie, surowe blizny. Ale paradoksalnie... to właśnie one zahartowały piękno w sposób absolutnie wyjątkowy.
To kraina skrajności, gdzie lód bezwstydnie flirtuje z żywym ogniem, a czarne, ponure plaże spotykają się z hipnotyzującą zielenią mchów. Kraj tak niebywałej różnorodności, że... właściwie za każdym zakrętem musieliśmy zbierać szczęki z podłogi.
Szybko jednak zrozumieliśmy jedno: Islandia nie jest prosta do zwiedzania. Dlaczego? Bo tam się nie śpi. Tam się nie je. Tam się tylko otwiera oczy – coraz szerzej, z coraz większym niedowierzaniem i zachwytem, który graniczy z obłędem.
Najwspanialsze w tej podróży było to, że to, co widziałeś przed chwilą, w żaden, absolutnie żaden sposób nie przygotowywało cię na to, co zobaczysz za sekundę. Zapraszamy na "naszą" Islandię. Usiądźcie wygodnie... i trzymajcie szczęki!
Zaczęło się tradycyjnie od pakowania. Choć na początku wydawało się, że ilość wykupionego bagażu będzie wystarczająca, przydzielanie miejsca w walizkach skończyło się niemal rodzinnym konfliktem zbrojnym na durszlaki i miotły. Do tej pory nie mogę zrozumieć, że jako kobieta w swojej części bagażu musiałam zmieścić wszystkie kabanosy.
Przecież kobietom dodatkowe miejsce w walizce powinno przysługiwać z mocy prawa i urodzenia prawda? I nie, nie wzięłam 5 par butów, tylko dwie. No i jeszcze buty do wody, ale przecież w planach była gorąca rzeka a ja nie chciałam organoleptycznie sprawdzać jakie obślizgłe glony żyją na jej dnie, więc to się nie liczy. I nie, film z mojego dopinania MOJEJ torby nie nadaje się do upublicznienia w internecie ;)
Za to waga naszej dużej walizki spięła nam się idealnie (choć dopiero po przerzuceniu kabanosów do mojego bagażu podręcznego!).
Doprawdy nie wiem jak sobie z pakowaniem poradzili nasi towarzysze podróży, czyli drugie małżeństwo, z którymi jechaliśmy. Muszę się ich zapytać, czy przypadkiem nie zaliczyli u Chińczyków kursu pakowania pudełek online.
Potem na szczęście było z górki. Dzida na lotnisko, chcek-in, security, które tylko mi z całej naszej czwórki kazało ściągać buty. No ale w sumie gdyby kazali je ściągać naszym Panom i Władcom, mogłoby być grubo. Nawet skanery by ogłosiły strajk i wywiesiły białe flagi, gdyby ktoś był odporny na komunikat wynikający z strajku. W sumie taśma do transportu kontrolowanych rzeczy i tak zastrajkowała -zapewne na wszelki wypadek. Albo na moją obecność, bo nie od dzisiaj wiadomo, że urządzenia elektroniczne mają tą nieoczekiwaną przypadłość, że psują się na mój widok (pozdrawiam mojego biurowego informatyka - tego jeszcze żyjącego).
Potem tradycyjne zakupy w strefie wolnocłowej. Nie kochana (to do mojej koleżanki-towarzyszki podróży), nas obowiązują te niższe ceny, bo lecimy poza UE, możesz szaleć... ok....cofam to co powiedziałam.
Zaopatrzeni w cuda, wianki i napoje ruszyliśmy do kasy. Jak to dobrze, że dostaje się na to oddzielną torbę, która nie wchodzi w limit bagażu! Temu, kto to wymyślił daję mojego osobistego Nobla.
Pełni szczęścia po udanych zakupach w strefie Duty Free i sprawnym przejściu przez odpowiednie gejty, skierowaliśmy się prosto do przeszklonego rękawa. Komfort, elegancja, suchą stopą do celu – ten widok zwiastował idealny początek podróży. Rękaw miał nas doprowadzić prosto do stojącego dumnie na jego końcu samolotu.
Gdy jednak byliśmy już na wyciągnięcie ręki od maszyny, czar prysł. Na samym końcu rękawa okazało się, że owszem – samolot stoi, ale konstrukcja jakoś dziwnie do niego nie przylega. Zamiast wejść na pokład jak cywilizowani pasażerowie, zostaliśmy pogonieni w kierunku schodów.
I tak oto, obładowani tymi wszystkimi podręcznymi bagażami, walizkami kabinowymi i – a jakże! – szeleszczącymi a raczej dzwoniącymi pakunkami z Duty Free, musieliśmy maszerować techniczną wieżą po schodach w dół, prosto na płytę lotniska. Stamtąd, tradycyjnymi schodkami podstawionymi pod kadłub, wdrapywaliśmy się bezpośrednio do samolotu.
Dlaczego nie można było po prostu przejść przez rękaw? Przecież samolot niemal go dotykał. No właśnie... niemal. Czyżby jacyś techniczni nawalili i rękaw nie pasował do samolotu? Nie, żebym się jakoś szczególnie zdziwiła, ale tym razem to nie ten przypadek!
No cóż, odpowiedź jest prozaiczna: oszczędności. Tanie linie lotnicze skrupulatnie liczą każdy grosz i muszą płacić lotnisku za pełne podłączenie samolotu z rękawem. I zupełnie nieważne, że na zewnątrz lało akurat jak z cebra. Ważne, że linia lotnicza – ta sama, która i tak skasowała nas wcześniej za każdy centymetr bagażu, który teraz musieliśmy dźwigać na własnych plecach – zaoszczędziła na opłatach lotniskowych. Pasażer zmoknie, pasażer wniesie, ale budżet musi się zgadzać!
Dobra, Grażyna streszczaj się, bo jeszcze do samolotu nie wsiadłaś, a już cały elaborat o tym wsiadaniu wysmarowałaś!
No więc lecimy. Airbusik jak to busiki mają w zwyczaju zapakowany po uszy, albo jak kto woli po skrzydełka. Ale lot spokojny, żaden pasażer nie chciał wysiadać w trakcie, a i dzieci na pokładzie łaskawe były.
Widoki za oknem cudne, bo i pogoda piękna.
.jpg)
Czy siedząc kiedyś przy okienku samolotu, zauważyliście tę malutką, wręcz mikroskopijną dziurkę na samym dole szyby? Ja tak, a ponieważ zawsze jestem ciekawa takich rzeczy, miałam okazję doszkolić się w tym temacie. Na szczęście nie jest to żadna wada fabryczna i żaden pasażer nie próbował tam wbić gwoździa – to genialny trik inżynieryjny, bez którego nasze podróże byłyby mało bezpieczne (i bardzo zamglone).
Nasze samolotowe okno to tak naprawdę potrójny akrylowy „sandwich”. Kiedy lecimy na wysokościach przelotowych, powietrze w kabinie jest sztucznie napompowane, byśmy mogli swobodnie oddychać, podczas gdy na zewnątrz panuje zabójcze, lodowate niskie ciśnienie. Ta mała dziurka w środkowej szybie pozwala na sprytne wyrównywanie ciśnienia między warstwami, dzięki czemu cały ten potężny nacisk bierze na klatę wyłącznie ta najgrubsza, zewnętrzna szyba. Gdyby – odpukać – coś jej się stało, środkowa warstwa natychmiast przejmie jej rolę.
Przy okazji ten mały otwór działa jak najlepszy system antyroszeniowy. Odprowadza wilgoć z przestrzeni między szybami, dbając o to, żeby okno nie zamieniło się w skutą lodem szybę rodem ze starej lodówki. I całe szczęście, bo dzięki temu – zamiast patrzeć na biały szron – możemy bez przeszkód podziwiać i fotografować te wszystkie genialne widoki za oknem!
Trzy i pół godzinki minęły jak z bicza trzasnął. Za oknem Islandia kusi nas widokami lodowców.
Podchodzimy do lądowania w Keflaviku. Tak, wiem, że naszym celem jest Reykjavik, ale stolica Islandii nie ma lotniska. Lotnisko jest w pobliskim miasteczku - Keflaviku właśnie :)
Podchodzimy do lądowania, a mi serce śpiewa bo przez owo zaczarowane okienko już dostrzegam pola łubinu! Ale o ile start i lot był bardzo ok, o tyle pilot chyba przespał lekcje o lądowaniu bo tak przypiern... samolotem o beton, że myślałam, że teraz to chyba nas w ten łubin pogonią, żeby kółka samolotu zbierać. Ale nie, kółka się chyba cudem tylko jeszcze się trzymają (pasażerowie następnego lotu - łączę się z Wami w bólu), widać robiła je inna firma niż ta spasowująca samolot z rękawem ;) .
W końcu wysiadamy (nie, żeby przez rękaw, tak dobrze to nie ma), i po półmaratonie przez lotnisko i sesji zdjęciowej przed kultowym napisem "Exit to Iceland"
lądujemy (tym razem w przenośni) przed miejscem odbioru bagażu. To dla mnie zawsze najbardziej stresujący element lotu. Bo co będzie jeśli moja walizka poleciała na Kanary, stwierdzając, że Islandia to nie jej klimat? Co zrobię bez butów do wody?! Ale nie, tym razem jest! Przed wylotem kupiliśmy jej stylowy outficik w różowe flamingi, w którym widać ją już z daleka!
To teraz drugie pół maratonu do hali przylotów. Lotnisko chyba jest w remoncie/budowie, bo trasa biegnie przez klimatyczne tunele zbudowane z płyt wiórowych i gdyby nie instynkt lemingów podążania za tłumem, z pewnością trzeba by nas dodatkowo odholowywać z tego labiryntu Minotaura. Obawiam się jednak, że nasze bilety lotnicze nie obejmują opcji assistance, więc jednak dobrze, że jest ten tłum.
W hali przylotów czeka już na nas i na całą masę naszych rodaków miły pan z Icepolu, pakują nas wszystkich do busika i po paru minutach jesteśmy już pod wypożyczalnią. Obsługa grupowo ogarnia zasady, czyli nie wjeżdżacie do rzek, samochód odstawiacie z pełnym bakiem i mniej więcej pełnym zestawem karoserii i opon. Szybkie odmeldowanie kasy na karcie, kluczyki i jako szczęśliwi czasowi posiadacze kultowego auta islandzkich turystów, czyli białej Dacii Duster ruszamy na eksplorację wyspy.
Pierwsze co mnie uderzyło to obłędne pola łubinu. Islandia przywitała nas widokiem, który dosłownie zaparł mi dech w piersiach. Fiolet zalał cały świat.
Łubin był wszędzie. Ciągnął się dumnie i bezwstydnie aż po sam horyzont, tworząc gigantyczny, żywy ocean lawendowych i głębokich, purpurowych odcieni. Te niesamowite, gęste kwiatostany falowały na wietrze, ostro kontrastując z surowym, ciemnym krajobrazem wyspy. Wyglądało to tak, jakby natura na przekór wulkanicznej surowości postanowiła rozwinąć przed nami najbardziej luksusowy, miękki dywan.
W tym widoku było coś hipnotyzującego i absolutnie nierealnego. Jechałam, zapatrzona w tę bezkresną fioletową krainę, i czułam, że dla takich momentów – kiedy ziemia przechodzi w niebo najbardziej z poetyckich gradientów – po prostu warto podróżować. Skrawek raju rzucony na surową północ.
Ja mam w moim charakterze coś wybitnie nielogicznego (witajcie w świecie blondynek). Gdy coś mnie zachwyci, ten zachwyt przenoszę na wszystko dookoła. Możecie się śmiać, ale na przykład w Norwegii gdy wjechaliśmy na zapierająca dech w piersiach trasę widokową, oprócz zdjęć przepięknych krajobrazów robiłam zdjęcia wszystkiego dookoła... z owczymi kupkami włącznie. Serio. Nigdy nie twierdziłam, że jestem normalna.
Dlatego tego pierwszego dnia na Islandii na skutek łubinowego szaleństwa zachwycił mnie ... stary rdzewiejący budynek, który zobaczyliśmy po drodze.
Ponieważ był niedaleko naszej pierwszej miejscówki, jak tylko zrzuciliśmy tam swoje rzeczy, od razu udaliśmy się na eksplorację Islandii i wspomnianego budynku.
Oczywiście ledwo ruszyliśmy, od razu z koleżanką kazałyśmy naszym panom zaparkować auto przy pierwszy większym polu łubinu.
Po prostu nie mogłyśmy się powstrzymać! Gdy tylko zobaczyłyśmy ten bezkresny fiolet, natychmiast nastąpił kontrolowany poślizg i bezpardonowo wpadłyśmy w to pole łubinu.
I co? Pierwsze sekundy na islandzkiej ziemi, a my już odpaliliśmy pierwszą, pełnoprawną sesję fotograficzną, jakby od tego zależało nasze życie. Szaleństwo w czystej postaci! Łubin na dole, łubin na górze, łubin z lewej, łubin z prawej. Pozowaliśmy my z łubinem, pozował łubin bez nas, a w kadrach rządziliśmy my i morze fioletu. W pewnym momencie sami już nie wiedzieliśmy, gdzie kończy się człowiek, a zaczyna roślina.
To był absolutny, fotograficzny amok. Totalne zatracenie w tych kwiatach i jedno wielkie, radosne Łubin Forever!
Oczywiście dotarliśmy też do wspomnianego zardzewiałego budynku. Ale czyż pomimo swojego dość zmęczonego islandzkim klimatem życia, nie był on fotogeniczny (z poprawką na łubinowy amok)?!
Potem nasz łubinowy szał fotograficzny przeniósł się na pobliski kościółek.


Kolejnym punktem, który kompletnie nas urzekł, był cypel Garðskagi. To tutaj, na jednym kawałku surowej plaży, stoją ramię w ramię dwie zupełnie różne latarnie morskie, tworząc niesamowity, wręcz filmowy krajobraz.
Ta niższa, z charakterystycznymi czerwonymi pasami, to urocza staruszka z 1897 roku.
Przez lata dzielnie walczyła z furią Atlantyku, ale ocean podmywał ją tak bezwzględnie, że podczas sztormów cała konstrukcja dosłownie drżała w posadach. Islandczycy mieli dość ciągłego strachu, że w końcu runie do wody, więc w 1944 roku postanowili zbudować nową.
I tak powstała jej młodsza siostra – ta potężna, wysoka, biała wieża, którą dla świętego spokoju postawiono bezpiecznie w głębi lądu, na zielonej trawie. Co ciekawe, starej wcale nie zburzyli – przetrwała i dziś obie tworzą jeden z najbardziej fotogenicznych i kontrastowych duetów na całej wyspie!
Było już na prawdę późno, ale białe noce skutecznie wprowadzały zamęt w nasz zegar biologiczny. Plan był taki: robimy szybkie zdjęcia i wracamy do naszej miejscówki. Akurat! Znowu wpadliśmy w fotograficzny szał. Ale sami zobaczcie jak tam było pięknie!
Krajobraz i te dwie wieże tak nas bezczelnie zauroczyły, że całkowicie straciliśmy głowę. Znowu odpaliliśmy fotograficzny amok, a migawki aparatów aż parowały od robienia kolejnych milionów zdjęć!
I wiecie co? W tym całym szale prawie zupełnie nie przeszkadzał nam panujący wokół... potężny, bezwzględny smród. Szczerze mówiąc, waliło tak, że mało nie urywało nosa. Ponieważ były to dopiero nasze pierwsze godziny na Islandii, nasza miejska intuicja jeszcze nie potrafiła rozróżnić, czy to zapach gnijących na brzegu alg, czy może klasyczny, islandzki siarkowodór prosto z wnętrza ziemi. Jedno było pewne – aromat był wyjątkowo zacny i intensywny!
Ale czy to nas powstrzymało? Skądże! Zatykaliśmy nosy jedną ręką, drugą dzielnie trzymaliśmy aparaty i z uśmiechem na twarzach cykaliśmy fotę za fotą. Prawdziwi turyści z misją – smród smrodem, ale idealny kadr na bloga musi być!
Do domku (tego wynajętego, rzecz jasna) dotarliśmy dopiero grubo po północy. Oczywiście nie było mowy o pójściu prosto do łóżka – taki dzień trzeba było odpowiednio uczcić! Lampka wina upolowanego w Duty Free, pozwoliła nam wznieść toast za szczęśliwy przylot, za to, że Islandia przywitała nas tak cudowną pogodą, za te morza łubinu i za to, że jest po prostu zaje....
Zanim ostatecznie zgasiliśmy światło, na zegarku wybiła już 1:30 w nocy. Warto dodać, że pół do drugiej czasu islandzkiego to w Polsce już 3:30 nad ranem. Ale kto by się przejmował takimi detalami gdy cały czas jest jasno? Niestety, tym przesunięciem kompletnie nie przejął się nasz własny organizm. Zadziałał bezlitosny zegar biologiczny, który z pełną skutecznością i bezlitosną precyzją obudził nas dokładnie tak, jak co dzień do pracy – czyli o 6:00 rano czasu polskiego (a na Islandii była wtedy... czwarta rano!). Ile więc pospaliśmy? No właśnie... Witaj Islandio!
cdn...
Jeśli chcecie zlokalizować na mapie opisane w poście lokalizacje oraz wszystkie lokalizacje z bloga, zapraszam do mapy interaktywnej, która otworzy się dla Waszej wygody w nowym oknie. Najedź na wybraną pinezkę i kliknij nazwę lokalizacji, która pokaże Ci się pod mapą aby wyświetlić zdjęcia i link do odpowiedniego posta 😀. Kliknij strzałkę po prawej stronie nazwy lokalizacji, aby wyznaczyć do niej trasę. Powiększaj mapę aby zobaczyć więcej pinezek. Kliknij na napis "Patent na Wypad" (w wersji komórkowej na dole ekranu) aby wejść w legendę, gdzie znajdziesz listę lokalizacji lub będziesz mógł wpisać konkretną lokalizację w lupkę.
Linka do lokalizacji na mapie Google z niniejszego bloga znajdziecie także poniżej - szukajcie pod tekstem słowa "Lokalizacja...."
A jeśli chcecie przeczytać więcej wpisów w moim blogu, z pewnością ułatwi Wam to TA LISTA , zaś zbiór niektórych wcześniejszych map znajdziecie TUTAJ.
A może interesują Was gotowe propozycje tras? Zapraszam TUTAJ.
#patentnawypad #podroz #podroze #blog #travelblog #islandia #island #visitisland #islandtravel #łubin #lubin #lupin #Garðskagi #Garður #Keflavik
Komentarze
Prześlij komentarz