Dzień Lodu - Islandia 2026

a

Islandzkiej jazdy bez trzymanki ciąg dalszy. Ponieważ poprzedniego dnia do kolejnej miejscówki dotarliśmy po północy, zanim się położyliśmy, było przed drugą. I znowu spałam jakieś 4 godziny... Ostatni raz taki hardcore czelendż miałam po urodzeniu dziecka. Ale wtedy byłam młodsza i piękniejsza... ;)

Kolejny dzień zaczynamy pod znakiem lodu.

Wyruszamy z naszej bazy w Kirkjubæjarklaustur (spokojnie, ja też usiłuję się nauczyć jak to się wymawia i za każdym razem brzmię, jakbym miała paraliż szczęki). Droga jest niesamowita. Jedziemy przez totalne pustkowia, a wokół nas wyrastają gigantyczne, surowe, strome góry. Jak dla mnie, czysty amerykański western! Nigdy w Stanach nie byłam, ale naoglądałam się filmów i te krajobrazy natychmiast uruchomiły we mnie skojarzenia z Arizoną czy inną Nevadą – tylko w wersji mocno lodówkowej. Coś pięknego, zresztą zobaczcie sami na zdjęcia.



Naszym pierwszym celem jest jęzor lodowca.

Dojeżdżamy na parking i zamiast dziewiczej natury, pierwsze co rzuca nam się w oczy, to wielka, powykręcana, zardzewiała metalowa konstrukcja. Wygląda to jak porzucona instalacja jakiegoś nowoczesnego artysty, który bardzo mocno przeżył egzystencjalny kryzys. Cóż... nigdy nie ukrywałam, że współczesna sztuka niekoniecznie do mnie trafia, bo konieczność spożycia pewnego rodzaju napojów lub innego przyswojenia substancji chemicznych w postaci białego proszku, aby zrozumieć misję, jaką miał autor, kłóci się z moim światopoglądem. Nie zrozumcie mnie źle, lampka dobrego wina jest super, ale nie jako warunek konieczny do zrozumienia sztuki. No więc stoją te potężne, stalowe teowniki, wygięte w paragraf, a nikt z nas nie wie o co chodzi, bo jakichkolwiek tablic informacyjnych brak. Dopiero wujek Google sprowadza nas na ziemię i uświadamia, że z tą islandzką naturą naprawdę nie ma żartów.

To żelastwo to Skeiðará Bridge Monument – a dokładniej to, co zostało z najdłuższego mostu na Islandii po tym, jak w 1996 roku matka natura postanowiła zrobić tu małe przemeblowanie.

Wyobraźcie sobie taką akcję: pod lodowcem wybucha wulkan. Lawa nie ma jak uciec, więc topi lód od spodu, tworząc gigantyczne podziemne jezioro. W końcu ciśnienie rozsadza lodową skorupę i rusza potwór o wdzięcznej nazwie jökulhlaup, czyli powódź lodowcowa. Ale to nie była rzeczka, która zalała piwnice. To była gigantyczna, brudna ściana wody niosąca ze sobą bryły lodu wielkości... kilkupiętrowych bloków. Taki lodowy taran, uderzył w potężny metalowy most i zmiótł go z powierzchni ziemi, zwijając stalowe dźwigary jak zużyte zapałki. Islandczycy zostawili je tu ku przestrodze, jako memento mori, które nie sposób przegapić.

Przed nami wyłania się Skaftafellsjökull – potężny, majestatyczny jęzor lodowcowy, który spływa leniwie z góry. A ta "góra" to nie byle co, bo to Vatnajökull, czyli największy lodowiec w Europie pod względem objętości i jeden z największych gigantów na całym świecie poza strefami polarnymi. Pokrywa aż 8% powierzchni wyspy i to pod jego białym, niewinnym puchem drzemią te wszystkie najbardziej wybuchowe potwory, które co jakiś czas fundują wyspie darmową powódź albo paraliżują ruch lotniczy na pół świata.

Stoimy u jego stóp, wiatr smaga nas po twarzach, a majestat tego lodu po prostu odbiera mowę. Człowiek w ułamku sekundy zdaje sobie sprawę, jak mikroskopijny jest w starciu z tak potężnym żywiołem.

Pogoda jednak postanawia nas trochę przetestować. Niebo zaciąga się niskimi, ciężkimi chmurami, robi się wybitnie „niepocztówkowo”, więc podziwianie potęgi lodowca z bliska musimy odłożyć na inną okazję. Odwracamy się na pięcie, pakujemy do auta i jedziemy dalej w kierunku miejsca, które na mapie mieni się jako Fjallsárlón.

I tu, następuje opad szczęki.

Dojeżdżamy do jeziora lodowcowego, po którym leniwie dryfują gigantyczne góry lodowe. Krajobraz jest absolutnie nierealny. Sam jęzor lodowca schodzący do wody – choć to wciąż tylko ułamek tego wielkiego giganta – bije na głowę wszystko, co do tej pory widzieliśmy, łącznie z naszymi zeszłorocznymi wspomnieniami z Norwegii. To jest zupełnie inna skala makro.

I ten kolor! Nieprawdopodobny, głęboki, wręcz nienaturalny błękit lodu stłoczonego przez tysiące lat. Pierwszy raz daliśmy się nim zauroczyć w Norwegii, ale tutaj, na Islandii, ten błękit uderza ze zdwojoną siłą.

Stoimy na brzegu, wiatr targa nam kurtki, a my gapimy się na te dryfujące bryły. Ale Islandia nie byłaby sobą, gdyby w tym całym surowym dramatyzmie nie rzuciła jakimś uroczym detalem. Spójrzcie dobrze na zdjęcie zbocza po lewej stronie. Widzicie to? Pomiędzy ciemnymi skałami a lodem wyrosło idealne, wielkie białe serducho! No po prostu wulkaniczno-lodowe love story na żywo. I teraz hit: z całej naszej mikro, czteroosobowej wycieczki tylko ja je widziałam! Reszta ekipy patrzyła dokładnie w tym samym kierunku i... nic. No ślepota absolutna! Moim zdaniem to serducho jest tak wielkie, że aż krzyczy z tych skał, ale cóż – widocznie trzeba mieć specjalne, blogerskie oko do wypatrywania takich perełek. 😎


Żeby jednak nie było zbyt monotonnie, pod nogami mamy totalny mikrokosmos – tutejsze kamienie wyglądają, jakby ktoś oblał je neonową, pomarańczowo-szarą farbą. To porosty, które na tych surowych skałach tworzą genialne, kolorowe dywany. Podobno porosty to najlepsi na świecie kontrolerzy jakości – żyją i rozwijają się wyłącznie tam, gdzie powietrze jest krystalicznie, wręcz laboratoryjnie czyste. Sądząc po tych jaskrawych dywanach wokół nas, tutejsza atmosfera dostała właśnie najwyższy możliwy certyfikat jakości. Nasze płuca z pewnością były nam wdzięczne.

Kawałek dalej, w wyznaczonym miejscu, kręcą się inni turyści w kapokach, gotowi zaokrętować się na pędzące między górami i górkami lodowymi pontony z silnikiem. Szybki rzut oka na cennik takich rejsów i... cóż, romantyczna wizja bliskiego spotkania z lodowym gigantem momentalnie przegrywa z brutalną rzeczywistością. Islandzkie ceny za taką przyjemność potrafią skutecznie zmrozić zapał szybciej niż tutejszy wiatr. Odpuszczamy, portfel też człowiek i swoje prawa ma (mój wąż w kieszeni lubi to).

Zresztą, z brzegu widok jest tak niesamowity, że i bez pontonu czujemy się, jakbyśmy wygrali los na loterii.

Po Fjallsárlón ruszamy dalej krajową jedynką, ale nie ujedziemy daleko, gdy po lewej stronie wyrasta kolejny zjazd. Zatrzymujemy się na parkingu, skąd startuje jakaś ścieżka edukacyjna. Moja urocza współwycieczka, lekko już zmęczona islandzkim wiatrem, natychmiast rzuca hasło: „Ej, no zobacz, stąd też super widać te góry lodowe, po co mamy jechać dalej?”.

O rany, no nie! Mój wewnętrzny radar domorosłego geografa i blogera natychmiast zaczął pikać na alarm. Patrzę w prawo i czuję przez skórę, że prawdziwe eldorado jest tam – dalej za mostem. Cisnę więc i marudzę tak długo, aż reszta ulega. I całe szczęście, bo minęlibyśmy absolutny cud świata!

Przejeżdżamy przez most i parkujemy na głównym placu boju przy legendarnej lagunie Jökulsárlón.

Co tam się dzieje! To nie są jakieś „górki”. To są pływające, monstrualne wieżowce. I dopiero tutaj, gdy obok takiego lodowego kolosa przepływa ponton z turystami (wyglądający przy nim jak łupina od orzecha), do człowieka dociera ta potworna skala. Mało tego – z fizyki pamiętamy, że to, co widzimy na powierzchni, to zaledwie 1/10 całości! Reszta tego lodowego potwora czai się niewidoczna pod wodą.



Wizualnie to jest totalny odlot. Macie tam klasyczną biel, ale też głęboki, niemal neonowy błękit – znak, że patrzymy na wiekowy, potężnie skompresowany lód. Ale absolutnym hitem, którego nie uświadczycie w Norwegii, są czarne pasy gęsto poprzetykane w strukturze lodu. 



To nic innego jak popiół z dawnych erupcji wulkanicznych, który odkładał się na lodowcu przez stulecia. A że góry lodowe po oderwaniu od jęzora żyją własnym życiem, obracają się i dryfują, te wulkaniczne warstwy tworzą teraz na bryłach niesamowite, pionowe pasiaste wzory. Oczywiście pierwotnie te pasy były poziome, ale pionowe się zrobiły po oderwaniu z lodowca kolejnej góry i zaliczenia przez nią spektakularnego salta.




Mamy też farta stulecia. Czytałam wcześniej, że Jökulsárlón potrafi być kapryśna – czasami wiatr i prądy wypychają lód w ocean i laguna jest niemal pusta. My trafiliśmy na totalny korek lodowy. Widok za milion dolarów.




Nasyciwszy oczy, przepakowujemy auto na parking po drugiej stronie drogi. Tablica informacyjna twierdzi, że tutejsze parkingi są w jednej cenie, więc skoro raz zapłaciliśmy, to żaden dodatkowy rachunek nie powinien przyjść (i odpukać – do dziś nic nie przyszło i niech tak zostanie!).

Wysiadamy z auta na słynnej Diamond Beach (Diamentowej Plaży) i pierwsza myśl: „No nie, oszukali mnie na YT. Gdzie te diamenty?!”. Z parkingu plaża wygląda prawie zwyczajnie. Prawie, bo jak na porządne islandzkie plaże przystało, jest czarna jak noc. Ale wystarczy podejść bliżej do linii brzegu, żeby przeżyć kolejny szok.



To miejsce jest po prostu nierealne. Piasek jest idealnie, smoliście czarny – zapomnijcie o jasno żółtych plażach nad naszym Bałtykiem, bo to zupełnie inna bajka. I na tym czarnym jak noc tle leżą one: kryształowo przezroczyste fragmenty brył lodowych. Wyglądają jak gigantyczne, oszlifowane diamenty. Mechanizm tej fabryki biżuterii jest genialny w swojej prostocie: rzeka wypycha kry z laguny do otwartego morza, a potężne fale oceanu tłuką nimi o brzegi, obrabiają, wygładzają i wyrzucają z powrotem na czarny piasek. 




Myślałam, że te wszystkie zachwyty w sieci to marketingowe nadmuchane bzdury, ale odszczekuję to pod stołem – to naprawdę tak wygląda. Pomimo teletubisiowego outficiku, bo mam na sobie cienką puchówkę i na to kurtkę przeciwwiatrową, czuję się jak w swoim żywiole. Wszak diamenty to naturalne środowisko każdej kobiety! No i moja kurtka jest prawie tak różowa tak jak sukienka Madonny w znanym przeboju "Material Girl", także wszystko jest na miejscu ;)


Po tych diamentowych ochach i achach pora na brutalną rzeczywistość: żołądki zaczynają nam grać marsza. Czas rozbić obóz, a dokładniej – odpalić kuchenkę turystyczną i zjeść upragniony obiad.

Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić, bo jak to na Islandii – piździ jak w kieleckiem, a wiatr próbuje zdmuchnąć nam nawet myśli. Na szczęście tuż obok parkingu znajdujemy dwa porzucone, potężne pnie drzew. Szybka akcja logistyczna, ustawiamy z nich prowizoryczną osłonę od wiatru i odnosimy spektakularny sukces! Woda bulgocze. Zalewamy nasze liofilizaty. Część ekipy je ze swoich turystycznych miseczek, w których można też gotować, a część idzie na totalnego survivora i wcina łyżką prosto z fabrycznych opakowań.

Wsuwamy ten obiad, walcząc z podmuchami wiatru. Ale wiecie co? W tych okolicznościach przyrody, z widokiem na diamenty i szalejący ocean, ten liofilizat smakował jak najlepsze danie z restauracji z gwiazdką Michelin. Zresztą, o tym, że islandzkie widoki to najlepsza przyprawa do każdego posiłku, już Wam kiedyś pisałam. Nic tego nie przebije.

Najedzeni jedziemy dalej. Po drodze naszą uwagę przykuwa miejsce oznaczone na mapie jako Eskey. Szybka decyzja i parkujemy.

Eskey to z pozoru niepozorna, niezbyt wysoka górka, ale ma w sobie genialny element zaskoczenia. Człowiek wchodzi na nią bez większego wysiłku, idzie kawałek po płaskim i nagle… trach! Ziemia pod stopami urywa się gwałtownie, a przed oczami otwiera się widok, który po prostu wyrywa z kapci. Przed nami, w całej okazałości, majaczy potężny masyw, a z niego – jak na dłoni – spływają w dół aż trzy olbrzymie jęzory lodowcowe: Skaðafellsjökull, Heinabergsjökull i Fláajökull. W drugą stronę, ku wybrzeżu, panorama jest równie spektakularna. Stoimy na krawędzi, wiatr próbuje nas zrzucić, a we mnie znowu włącza się totalny zachwyt.


Oczywiście, jak to na takich dzikich punktach widokowych bywa – infrastruktury brak, a luksus w postaci toalety pozostaje w sferze marzeń. Kiedy zajechaliśmy na parking, nie było tam żywego ducha, stał tylko jeden samotny kamper, z którego nikt nie wychodził. Korzystając z bezludzia, moja koleżanka szybko zlokalizowała bezpieczną skałkę i zdążyła załatwić potrzebę fizjologiczną. Ja miałam być następna w kolejce do tej improwizowanej toalety, ale… właśnie wtedy turystyczna „metoda lemingów” uderzyła w nas z pełną mocą.

Kierowcy przejeżdżający akurat krajową jedynką zobaczyli, że na tym pustym parkingu stoją jakieś auta, a ludzie weszli na górę. No i co? I oczywiście zareagowali jak lemingi: „Oho, tam na pewno jest coś ciekawego, trzeba zajechać i zobaczyć!”. W ułamku sekundy na parking wbiły kolejne wozy, a przybyli turyści ruszyli prosto na "nasze" wzniesienie. Moja tajna miejscówka za skałką w jednej chwili straciła status „intymnej”, a nagły napływ gapiów skutecznie pokrzyżował mi plany. No i tyle z tego było – z toalety nici, trzeba było wracać do auta z pełnym pęcherzem, ale przynajmniej z głową pełną widoków.

Ruszyliśmy więc w dalszą drogę, zaliczając po drodze obowiązkowy objazd. Główna trasa jest akurat w odbudowie po wielkiej powodzi lodowcowej, która zerwała kawał drogi. Musieliśmy więc trochę pokluczyć przygotowaną obok drogą tymczasową i tak oto zaczęliśmy zbliżać się do kolejnego celu.

Jedziemy więc, a widoki za oknem dają nam kolejne powody do zachwytu. Surowe, potężne góry, przestrzenie, które wydają się nie mieć końca – to jest ten moment, kiedy człowiek po prostu jedzie z otwartą buzią i gapi się przed siebie.

W pewnym momencie po drodze mijamy absolutną perełkę, przy której po prostu musiałam wyciągnąć telefon. Wyobraźcie sobie stary, opuszczony budynek, z którego zostały właściwie same ściany. Sam w sobie wyglądałby pewnie melancholijnie, ale ktoś postanowił tchnąć w niego drugie życie i namalował na nim genialny mural. Co na nim jest? Oczywiście – lokalni celebryci, czyli konie islandzkie. Na tle tych majestatycznych, islandzkich przestrzeni wygląda to po prostu obłędnie.

Mural nie wziął się tam zresztą z przypadku, bo te zwierzaki to żywy symbol Islandii. I tutaj pora na małą dawkę wiedzy, bo historia islandzkich koni (i nie mówcie na nie kucyki, bo Islandczycy strasznie tego nie lubią!) to czysty, bezkompromisowy kryminał rasowy.

Słyszeliście kiedyś o obsesji na punkcie czystości rasy? Och, na pewno, ale tym razem nie chodzi mi o paranoję pewnego austriackiego malarza akwarelisty ;) Islandia w tym temacie nie ma sobie równych. Tutejsze konie żyją w totalnej izolacji od ponad tysiąca lat, odkąd pierwsi osadnicy, Wikingowie, przywieźli je ze sobą na statkach. W X wieku (dokładnie w 982 roku) islandzki parlament, Althing, podjął brutalną i jednoznaczną decyzję: zakazał importu jakichkolwiek koni na wyspę. I ten zakaz obowiązuje do dziś!

Zasada jest prosta i bezwzględna: żaden koń, który opuści Islandię – choćby jechał na mistrzostwa świata i miał zdobyć złoty medal – nie ma już prawa powrotu. Oczywiście działa to też w tą drugą stronę. Żadne obce konie nie mogą być przywożone na wyspę. Wszystko po to, by chronić te unikalne zwierzaki przed chorobami z kontynentu, na które tutejsza populacja nie ma żadnej odporności oraz ocalić unikalne cechy genetyczne. Dzięki temu konie, które mijamy po drodze, to dokładnie te same genetycznie wierzchowce, na których jeździli brodaci wojownicy wieki temu.

Ta izolacja sprawiła też, że islandzkie konie potrafią coś, czego inne konie na świecie dawno zapomniały. Oprócz standardowego stępa, kłusa i galopu, opanowały do perfekcji dwa dodatkowe chody: tölt (niesamowicie szybki i tak płynny stęp, że jeździec może pić kawę w siodle i nie uroni ani kropli) oraz skeið (tzw. inochód latający). Ten inochód latający podpowiedział mi internet i przyznam Wam, że moja wyobraźnia wysiada przy tej nazwie ;)

Patrząc na te konie, jak stoją niewzruszone na wietrze, z tymi swoimi długimi, hipsterskimi grzywami, człowiek znowu czuje, że ta wyspa żyje własnym, odrębnym rytmem.

Po pożegnaniu z naszymi końskimi modelami z muralu, ruszamy dalej trasą, która powoli zaczyna przypominać plan filmowy wysokobudżetowego fantasy. Droga wije się tak, że potężne, surowe góry niemal wchodzą na asfalt, tworząc klimat tak gęsty, że można by go kroić nożem. Zachwytom w aucie nie ma końca.


Naszym celem jest Stokksnes. To absolutnie kultowy półwysep, na który pielgrzymują fotografowie z całego świata, żeby zrobić legendarne zdjęcie „na Jezusa”. Jak to działa? Tuż pod monumentalną, poszarpaną góra Vestrahorn rozlewa się ekstremalnie płytka, dosłownie centymetrowa warstwa wody oceanicznej. Przy bezwietrznej pogodzie można wejść tam w butach (oczywiście można i bez butów jeśli się lubi morsować, ale nawet jak się wejdzie w butach to się ich nie zmoczy!) i zrobić zdjęcie, na którym wygląda się, jakby się dosłownie spacerowało po tafli wody, w której idealnie odbija się góra.

No... ale to jest Islandia. A Islandia nie byłaby sobą, gdyby nie rzuciła nam w twarz (dosłownie!) tutejszym wiatrem.

Zanim jednak stanęliśmy oko w oko z żywiołem, musieliśmy sforsować szlaban. To jedno z nielicznych miejsc na wyspie, gdzie nie płaci się tylko za sam parking, ale kupuje regularny bilet wstępu na cały prywatny teren (transakcję załatwia się w tutejszej kultowej restauracji).

Wjeżdżamy, parkujemy i... następuje atak klonów. Nasza poczciwa, dzielna Dacia Duster została natychmiast wcielona do wojska – stanęliśmy w równiutkim rzędzie identycznych, białych Dacii. No ale jak mówiłam, ten samochód to oficjalny, niepisany król islandzkich dróg i ulubieniec każdego turysty, który chce zjechać z asfaltu i nie tylko.

Ruszamy na plażę. I tutaj następuje dotykowy szok. Tutejszy czarny piasek nie ma nic wspólnego z ostrym, wulkanicznym żwirem. Jest tak niewiarygodnie drobny i jedwabisty, że przesypywanie go w dłoniach to czysta przyjemność. A ponieważ wiało tak, że niemal zrywało nam skalpy i kładło nas na ziemię, ten szalony wiatr rzeźbił w czarnym piasku przepiękne, regularne fale.

A co z naszym zdjęciem „na Jezusa”? Cóż, wiatr pofalował nie tylko piasek ale i wodę tak skutecznie, że o idealnym lustrze mogliśmy pomarzyć. Ale nie poddaliśmy się bez walki! Próbowaliśmy chyba wszystkich możliwych póz, walcząc z grawitacją i podmuchami, żeby złapać choćby mały, spokojniejszy kawałek tafli, w którym góra raczyła się łaskawie odbić. Na ułamki sekund się udawało! I nawet bez idealnego lustra, to miejsce z czarnymi wydmami i surowym Vestrahorn w tle jest po prostu mistyczne.


Przy bezwietrznej pogodzie, czyli szczęściu większym niż przy wygranej w totka, dostaje się mniej więcej coś takiego:


Gdy już upewniliśmy się, że piasek mamy dosłownie wszędzie, przeszliśmy kawałek dalej, gdzie z mgły wyrosła nam... prawdziwa wioska Wikingów.

Wygląda to niesamowicie klimatycznie – drewniane chaty kryte darnią, rzeźbione bramy i surowy, nordycki klimat. Ale uwaga, to nie są żadne średniowieczne ruiny ani stanowisko archeologiczne. 


Ta wioska to w 100% filmowa makieta, zbudowana w 2010 roku na potrzeby hollywoodzkiego filmu, który... ostatecznie nigdy nie powstał, bo twórcom skończył się budżet (brzmi znajomo, prawda?)! Właściciel terenu (lokalny rolnik) postanowił jednak nie burzyć tej dekoracji i zostawił ją dla turystów (nie, żeby na tym nie zarabiał, ale w sumie ktoś to sprzątać musi ;) ).


I całe szczęście, bo filmowcy szybko sobie o niej przypomnieli. To właśnie tutaj Netflix kręcił sceny do serialu „Wiedźmin: Rodowód krwi” (The Witcher: Blood Origin), a swoje teledyski i mniejsze produkcje kręciły tu dziesiątki innych ekip. Chodząc między tymi pustymi w środku chatami (bo większość to tylko piękne fasady pod ujęcia kamer!), można poczuć się jak na planie filmowym.


Nasyceni kadrami, pełni piasku we włosach i zachwyceni tym filmowym klimatem, pakujemy się z powrotem do naszej Dacii i robimy zwrot przez ramię. Wracamy na zachód, w kierunku naszej bazy w Kirkjubæjarklaustur (tak, wciąż łamię sobie język na tej nazwie).

Ale Islandia nie pozwala tak po prostu jechać przed siebie. Gdy ponownie mijamy lagunę Jökulsárlón, nie wytrzymujemy i zjeżdżamy na parking jeszcze raz (płaci się raz na dobę ...chyba ;) ). No po prostu musimy znowu na nią spojrzeć! I tutaj czeka nas totalny opad szczęki (który to już dzisiaj?).

Minęło zaledwie kilka godzin, a my mamy wrażenie, jakbyśmy trafili w zupełnie inne miejsce. Krajobraz laguny całkowicie się przebudował! Te monstrualne góry lodowe, które podziwialiśmy rano, odpłynęły, obróciły się albo ustąpiły miejsca zupełnie nowym kolosom. Prądy i wiatr urządziły tu sobie ekspresowe przemeblowanie. Te giganty cały czas są w ruchu, żyją własnym życiem i zmieniają scenerię w tempie, którego zupełnie się nie spodziewaliśmy. Oczywiście telefony znowu idą w ruch, bo nie da się obok tego przejść obojętnie.


Kiedy jednak ostatecznie ruszamy w stronę „Klaustur-cos -tam” (nie ma szans, abym się tego nauczyła!), islandzka pogoda postanawia przypomnieć nam, gdzie jesteśmy. Błękitne niebo, które towarzyszyło nam przy Stokksnes, znika pod grubą, ołowianą kołdrą niskich chmur. Robi się ciemno, surowo i ponuro.

I właśnie wtedy, w tym całym ponurym dramatyzmie, natura postanawia odpalić dla nas finałowy pokaz efektów specjalnych.

Nagle z tych ciężkich, ciemnych chmur wystrzeliwuje jeden, gigantyczny, niesamowicie ostry i złoty promień słońca. Przebija się przez chmury niczym gigantyczny reflektor teatralny, oświetlając zbocze góry i rozlewając się ciepłym blaskiem po surowym krajobrazie. Wygląda to absolutnie nierealnie – jakby jakieś bóstwo właśnie wskazywało nam drogę powrotną do domu. Widok po prostu sztos, zresztą zobaczcie sami na zdjęcie. Dla takich chwil warto znosić ten tutejszy, urywający głowę wiatr.

Zmęczeni, pełni wrażeń i z kartami pamięci zapchanymi do granic możliwości, docieramy w końcu do naszej bazy. To był niesamowity dzień pod znakiem lodu, wiatru i filmowych kadrów.


Po więcej postów z Islandii zapraszam TUTAJ.

Jeśli chcecie zlokalizować na mapie opisane w poście lokalizacje oraz wszystkie lokalizacje z bloga, zapraszam do mapy interaktywnej, która otworzy się dla Waszej wygody w nowym oknie. Najedź na wybraną pinezkę i kliknij nazwę lokalizacji, która pokaże Ci się pod mapą aby wyświetlić zdjęcia i link do odpowiedniego posta 😀. Kliknij strzałkę po prawej stronie nazwy lokalizacji, aby wyznaczyć do niej trasę. Powiększaj mapę aby zobaczyć więcej pinezek. Kliknij na napis "Patent na Wypad" (w wersji komórkowej na dole ekranu) aby wejść w legendę, gdzie znajdziesz listę lokalizacji lub będziesz mógł wpisać konkretną lokalizację w lupkę.

Linka do lokalizacji na mapie Google z niniejszego bloga znajdziecie także poniżej - szukajcie pod tekstem słowa "Lokalizacja...."

A jeśli chcecie przeczytać więcej wpisów w moim blogu, z pewnością ułatwi Wam to TA LISTA , zaś zbiór niektórych wcześniejszych map znajdziecie TUTAJ.

A może interesują Was gotowe propozycje tras? Zapraszam TUTAJ.

#patentnawypad #podroz #podroze #blog #travelblog #islandia #island #visitisland #islandtravel #SkeiðaráBridgeMonument #jökulhlaup #Skaftafellsjökull #Vatnajökull #Fjallsárlón #IceLagoon #Jökulsárlón #Eskey #Skaðafellsjökull #Heinabergsjökull #Fláajökull #Vestrahorn #Stokksnes


Komentarze