Dzień Ognia -cz.2 - Islandia 2026

Opuściliśmy półwysep Reykjanes, kierując się na wschód. 

Zanim jednak zagłębiliśmy się w południowe rubieże wyspy, skierowaliśmy nasze auto na parking, skąd mieliśmy ruszyć w kierunku największej atrakcji tego dnia. Zanim jednak zaczęliśmy górski hiking, trzeba było się posilić. Na szczęście chwilę wcześniej udało nam się upolować kartusz gazowy na stacji paliw, która tym razem była pełnowymiarową stacją z zapleczem sklepowym i co ważne toaletą ;) Odpaliliśmy więc naszą mikro kuchenkę, zalaliśmy liofilizaty i z gotowymi daniami siedliśmy na brzegu bagażnika, z zazdrością patrząc na ekipy zaopatrzone w składane stoliki i krzesełka. Ale może i warunki mieliśmy skromne, ale widoki i ekipa sprawiły, że posiłek smakował nam tak, że nawet pewna influenserka z nazwiskiem na G tak by nam nie dogodziła.

Wszyscy zachwycają się tym, jak Islandia karmi zmysły, ale nikt nie wspomina, że te niesamowite widoki to tak naprawdę najlepsza przyprawa do liofilizatów. Kiedy siedzisz na krawędzi bagażnika i patrzysz z zazdrością na sąsiednie ekipy rozstawiające turystyczne salony, nagle uświadamiasz sobie jedno: głód to najlepszy kucharz, a przy odpowiednim poziomie ssania w żołądku nawet wiatr w zębach wydaje się wykwintną przystawką.

Po napełnieniu brzuchów liofilizatami natychmiast dopadła nas bezwzględna biologia. Kiedy człowiek zaczyna trawić, cała krew z organizmu nagle melduje się w okolicach jelit i koczuje tam z taką ekscytacją, jakby czekała na kuriera z paczką. W mózgu natychmiast dochodzi do drastycznych braków kadrowych, centrala ogłasza urlop na żądanie i jedyne, o czym marzysz, to zwinąć się w kulkę i spać.

Teoretycznie powinniśmy więc uciąć sobie regenerującą drzemkę, ale w praktyce... na Islandii nie ma lekko! Po pierwsze, nasza czwórka w Dacii Duster miała do dyspozycji przestrzeń pasażerską, w której spanie przypominałoby grę w Tetrisa poziom Master. Po drugie, do naszej docelowej miejscówki noclegowej było jeszcze potwornie daleko. A po trzecie i najważniejsze – przed nami majaczył już trekking do gorącej rzeki, a marnowania cennego, islandzkiego czasu po prostu nie było w planach!

Zamiast więc ulec fali senności, zmusiliśmy uśpione mózgi do powrotu z urlopu, ruszyliśmy przed siebie i rzuciliśmy wyzwanie kolejnej przygodzie. 

I pamiętajcie, że to był prawdziwy heroizm z naszej strony bo trasa wiodła ostro pod górę. Znaki informowały, że czekają nas 3 kilometry ostrego drałowania. Ale co to dla nas! My nie damy rady? Pierwsze kilkaset metrów pokonaliśmy z rekordem życiowym, co było możliwe na skutek  zatrzymywania się co kilka metrów i robienia setek zdjęć syczącej ziemi, ziemi z wydobywającą się parą wodną, ziemi bulgoczącej, bulgoczącej wody wydobywającej się z ziemi, nas sprawdzających czy sama ziemia jest gorąca (serio, była!), nas pozujących do zdjęć na tle śmierdzącej zgniłymi jajami pary wodnej itp. To wchodzenie na górę tak bardzo nas wyczerpało, że zaczepiliśmy pierwszych lepszych turystów z polityczną wersją pytania "daleko jeszcze?". Według tego co usłyszeliśmy, ten pierwszy odcinek by najbardziej stromy, potem miało rzekomo być lepiej. Pomni tych instrukcji jeszcze wielokrotnie przed kolejnymi zakrętami usiłowaliśmy się podnosić na duchu, że przecież najgorsza część drogi już powinna być za nami. Cóż... nie była. Nie mniej jednak droga do gorącej rzeki stała się niemym zachwytem. Z każdym krokiem pod górę islandzkie olbrzymy odsłaniały przed nami swoje surowe, tętniące dawnym ogniem serce.

Monumentalne zbocza, momentami spowite welonem z mgły i dymu, zdawały się dotykać samego nieba. Wędrowaliśmy w milczeniu (chyba, że dyskutowaliśmy ze sobą czy jeszcze daleko), zaniepokojeni i jednocześnie urzeczeni tym niesamowitym majestatem, gdzie zieleń mchu ostro kontrastowała z czernią i czerwienią wulkanicznej ziemi, a wiatr niósł zapach tajemnicy (no ale przecież nie dodam do tego para poetyckiego opisu, smrodu zgniłych jaj!). Ziemia wokół nas dymiła, jakby góry oddychały głęboko, prowadząc nas wyżej i wyżej, ku ukrytemu w sercu doliny ciepłu. Czas przestał istnieć – były tylko te potężne szczyty i my, mali wędrowcy w krainie lodu i ognia.



Po przejściu około 15 kilometrów (a przynajmniej my byliśmy pewni, że tyle przeszliśmy, i żadne argumenty by nas nie przekonały, że jest inaczej) ukazał nam się napis radośnie nas informujący, że zostało nam jakieś 700 metrów. Zaraz, zaraz ... miało być 3km, przeszliśmy więc jakieś 2/3 to ile nam zostało? Pięć kilometrów?! Nie, no zawracamy! Nie damy rady dojść do celu. No ale tyle już przeszliśmy...bez sensu teraz wracać. Oczywiście, nie wróciliśmy. Pełni determinacji podążyliśmy dalej. Daleko przed nami widzieliśmy wydobywające się z ziemi kłęby pary. "To chyba już niedaleko" zasugerowała koleżanka wskazując na nie. Hmmm... no wiesz - powiedziałam - jeśli z tej rzeki wydobywa się taka para to raczej musimy pożegnać się z kąpielą, chyba, że chcemy robić za kolejne przeterminowane jajka gotowane na twardo, w sumie to biorąc pod uwagę nasz wiek to z grubsza to nawet pasuje ;)

Na szczęście okazało się, że "nasza" gorąca rzeka ukazała nam się po niedługim czasie, a wspomniane kłęby pary nie były jej produkcji. Dotarliśmy do Reykjadalur.

Już podchodząc do rzeki widzieliśmy, że siedzi w niej niesamowita liczba ludzi i ciężko będzie nam znaleźć choć skrawek wolnej przestrzeni. Ale jednak idąc nieco dalej w górę rzeki było ich coraz mniej, aż w końcu nie było wcale. Miejsce idealne? Ale mi się zaświeciła czerwona lampka. Dlaczego niżej ludzie się tłoczą jak zawartość całej szafy upchnięta do bagażu podręcznego, skoro kawałeczek dalej jest pusto? No jasne! Przecież im bliżej źródła tym woda musi być cieplejsza! I tu wkracza Mój Bohater, czyli mój Ślubny. Niczym magik wyciąga z plecaka Rica. Kim, a raczej czym był Rico? To po prostu termometr do mierzenia temperatury w dziecięcej wanience, zakończony pływakiem w kształcie maskotki. Dlaczego Mój Bohater wozi ze sobą takie rzeczy? Cóż.., nie pytajcie...niech rzuci kamieniem ten kto będąc dorosłym, jest całkowicie normalny ;) Czy nie uważacie, że normalność jest nudna? W tym miejscu widzę zbulwersowane miny naszych dorosłych dzieci, którym wapno ZNOWU robi siarę. No, ale tym razem pojechaliśmy bez nich ;)

Ale wróćmy do Rica. Skąd ten Rico? Do dziś trwają spory intencyjne. W każdym razie to taki nasz misz masz skojarzeniowy. Z jednej strony, jego mordercze spojrzenie idealnie pasowało do twardzieli z Pingwinów z Madagaskaru – miał w sobie bojowe zacięcie Skippera i totalną nieobliczalność Rico, czyli kumpli słynnego Króla Juliana. Z drugiej strony miał tak napakowaną sylwetkę, że od razu kojarzył nam się z legendarnym gwiazdorem filmów dla dorosłych, Rocco Jakimśtam. W sumie wszystko się zgadzało: w kadrze mieliśmy w końcu gorące źródła, mnóstwo nieubranych ciał i bezkompromisowego Rica, który bez mrugnięcia okiem był gotów zanurzyć się w każdą szczelinę, byle tylko profesjonalnie zmierzyć głębokość... to znaczy temperaturę. 

Okazało się zresztą, że te skojarzenia z parą i gorącą wodą to nie była tylko nasza radosna wyobraźnia pod wpływem oparów siarki. Ta rzeka ewidentnie ma w sobie jakiś afrodyzjak, bo tuż obok nas jedna para odpaliła pełen program randkowy w wersji zaawansowanej. Zamiast grzecznego moczenia nóżek mieliśmy na żywo seans z cyklu „geotermalnego masażu tantrycznego”. Rocco Jakiśtam patrzyłby z aprobatą, a my zyskaliśmy ostateczny dowód na to, że ta rzeka działa na ludzi wyjątkowo... rozgrzewająco!

Nie mniej jednak skoro Rico przyleciał z nami na Islandię (ups...sprawę biletu pomińmy milczeniem), to niech się chłopak na coś przyda. Bez pardonu został więc umieszczony w rzece (może to stąd to wukr...eee... zdenerwowana mina?), oczywiście w miejscu niezaludnionym. I co? Może przez złośliwośc, a może po prostu z powodu warunków, słupek pseudortęci na termometrze pokazał dobre 45 stopni. Musieliśmy się jednak cofnąć w dół rzeki i spróbować się wcisnąć pomiędzy wspomnianą romantyczną parę. 

Ok, wciskanie się między parę to jedno, ale najpierw musieliśmy się wcisnąć w stroje kąpielowe. Na szczęście teren dysponował przebieralniami, a my byliśmy zdeterminowani i ubezpieczeni. Mieliśmy wspomniane stroje kąpielowe, oraz gustowne pącza. I wszystko byłoby super, gdyby przebieralnie nie wyglądały tak:


Wystarczy jedno spojrzenie na te lokalne konstrukcje, żeby zrozumieć, że „przebieralnia” na Islandii to pojęcie wysoce umowne. To, co zastaliśmy na miejscu, to po prostu dwie drewniane ścianki postawione „na krzyż” – bez dachu, bez drzwi i bez krzty prywatności.

W takich okolicznościach przyrody strategicznym punktem programu stała się logistyka przebierani. Nie było łatwo. Co prawda zabezpieczyliśmy się w internetach w specjalne poncza z kapturem do przebierania, ale tutaj ujawnił się syndrom „gadżeciarstwa” mojego męża. Podczas gdy ja i reszta ekipy mieliśmy zwykłe, budżetowe poncza, które po prostu spełniały swoją funkcję, mój małżonek musiał zaszaleć. Kupił wersję „na wypasie” za jakieś kosmiczne pieniądze.

Do dzisiaj nie rozumiem tego zakupu. Technicznie to cudo nie różniło się absolutnie niczym od naszych tańszych modeli – no, może poza tym, że było bardziej kolorowe. Przez całą wyprawę mieliśmy z niego niezły ubaw, docinając mu, że za tę cenę to ponczo premium powinno co najmniej samo go ubierać, a w międzyczasie parzyć poranną kawę.

I teraz wyobraźcie sobie tę komedię w czterech aktach. Stoisz za dwiema deskami na środku islandzkiego pustkowia, wiatr wieje z każdej możliwej strony, a ty próbujesz zachować resztki godności. Zwykłe ponczo współpracuje (albo chcielibyśmy aby współpracowało), a mąż walczy ze swoim luksusowym materiałem, który zamiast chronić przed światem, pod wpływem podmuchów nagle próbuje go udusić. Człowiek wydaje fortunę na sprzęt, a ostatecznie i tak kończy, tocząc na śmierć i życie walkę z własną odzieżą za dwiema deskami.


Gdy walka z wiatrem, deskami i kaprysami luksusowego poncza została w końcu wygrana, a stroje kąpielowe wylądowały na swoim miejscu, przyszedł czas na nagrodę. Zrobiliśmy kilka szybkich, zmarzniętych kroków i zanurzyliśmy się w nurcie.


I w tym momencie cała logistyczna udręka po prostu przestała istnieć. Poczuliśmy absolutną, obezwładniającą błogość. Ciepła woda momentalnie odcięła nas od lodowatego islandzkiego wiatru, a ciało ogarnęło genialne, rozlewające się leniwie odprężenie. Siedzieliśmy w tej cieplutkiej rzece, otoczeni monumentalnymi, zielono-czarnymi wzgórzami, i gapiliśmy się w niebo z minami totalnie odmóżdżonych ze szczęścia ludzi. Nawet wkurzony pingwin Rico, wetknięty gdzieś bezpiecznie między kamienie na brzegu, przestał nas tak bardzo razić swoim morderczym spojrzeniem. Po tym wszystkim, co trzeba było przejść, żeby się tu znaleźć, ten moment smakował po prostu jak czysta, geotermalna poezja. 

A wiecie, co było w tym wszystkim najlepsze? Jak pisałam TUTAJ, niemal wszystkie atrakcje przyrodnicze są na Islandii za darmo! Płaci się tylko za parking - ok 30 zł za cały dzień (2026r).

Totalnie zrelaksowani ubraliśmy się i ruszyliśmy spowrotem. Nie ukrywam, że po takim czilałcie nasze nogi niekoniecznie chciały być mobilizowane do pracy tym bardziej, że droga, która w zamiarze miała prowadzić w dół (bo do rzeki szliśmy zdecydowanie w górę) jakoś za często wbrew fizyce biegła znowu pod górę! 


Ponieważ po dojściu do rzeki stwierdziłam, że nie wierzę, że przeszliśmy tylko 3km (tyle wskazywały znaki), tym razem na powrocie zmierzyłam trasę za pomocą smartwatcha i komórki. Oczywiście nie zdziwił mnie fakt, że islandzkie pomiary trasy gdzieś po drodze trafiły na zagięcie czasoprzestrzeni, ponieważ zamiast trzech, w jedną stronę było 5km:


Zanim zapakowaliśmy się do auta było już na tyle późno, że obiecaliśmy sobie teraz już jechać prosto do naszej miejscówki. Ruszliśmy więc w drogę.

Jechaliśmy dalej, a zmęczenie powoli odcinało nam prąd. Było już późno, słońce wisiało nisko, a do naszej kolejnej miejscówki noclegowej brakowało dobrych dwóch godzin drogi. Marzyliśmy tylko o łóżku. I wtedy nasz kolega, który tym razem dzielnie trzymał kierownicę, rzucił hasło: „Słuchajcie, zaraz mijamy taki wodospad przy samej drodze. Podjedźmy tam teraz, bo jest późno i nie będzie żywej duszy!”.

Nasze wewnętrzne lenie zgodnie zawyły: „O nie, błagam, tylko nie kolejne zwiedzanie...”. Ale argument o braku tłumów ostatecznie nas złamał. Skręciliśmy.

I tu kolejny islandzki hit – tuż po zjeździe z trasy zaparkowaliśmy przy niewielkiej skarpie, która przechodziła bezpośrednio w drogę, i to nie byle jaką, bo słynną islandzką „jedynkę”. Na tej malutkiej skarpie, dosłownie metr od parkujących aut, zobaczyliśmy coś niesamowitego: kółko ustawione z kilku zwykłych pachołków drogowych. A co było w środku, między pachołkami? No cóż, najzwyczajniej w świecie na środku tego całego zamieszania siedział sobie ptaszek w swoim gnieździe! Po prostu obłęd. Cała ta prowizoryczna instalacja miała go chronić przed rozkojarzonymi turystami i kołami samochodów. W każdym innym kraju ten ptasi lokator miałby marne szanse, a na Islandii dostał własne mini-rondo ochronne z pachołków i święty spokój. Coś niesamowitego!

Wiedząc, że wodospad, który mieliśmy zobaczyć ma w zanadrzu pewną sztuczkę – a mianowicie można wejść bezpośrednio za jego wodną ścianę – postanowiliśmy przygotować się na nadchodzący potop. Wyciągnęliśmy nasze radosne, foliowe płaszczyki przeciwdeszczowe. Gdy cała ekipa zatrzasnęła drzwi samochodu, wyglądaliśmy jak zbuntowana, nieco zmęczona życiem sekta Teletubisiów na gigancie. Szyku w tym nie było za grosz, ale cel był wyższy, czyli sucha kurtka.

Kiedy parkowaliśmy, niebo było jeszcze szczelnie zaciągnięte ponurymi chmurami. Ale Islandia nie byłaby sobą, gdyby nie zagrała nam na nosie. Ledwo wysiedliśmy z auta, słońce zaczęło bezczelnie przebijać się przez szarugę. Gdy podeszliśmy bliżej, nad wodospadem unosiła się już piękna acz jeszcze nieśmiała tęcza. Pomyśleliśmy: „Wow, super, było warto”, co w praktyce oznaczało głupkowate gapienie się z otwartą buzią ;).

Jednak prawdziwy, filmowy opad szczęki zaczął się dopiero chwilę później, gdy przeszliśmy na drugą stronę wodospadu.


Co to był za widok! Stoisz w skalnej wnęce, a tuż przed twoimi oczami z potężnym hukiem przetacza się monumentalna ściana spadającej wody. A przez tę ryczącą kurtynę przebijało się prosto w nasze oszołomione twarze (nadal z mało inteligentną miną) to nisko zawieszone, niemal zachodzące słońce. Światło filtrowane przez tysiące ton pędzącej wody stworzyło spektakl, którego żaden opis nie jest w stanie w pełni oddać. To była czysta, niczym niezmącona magia. Totalny obłęd!

I wiecie co było w tym wszystkim najlepsze? Nasz kierowca miał stuprocentową rację. Żadnych wycieczek, żadnego przepychania się łokciami w kadrze. Tylko my, huk wody, zachód słońca i gromadka zachwyconych Teletubisiów, która zupełnie zapomniała o zmęczeniu i gapiła się przed siebie z otwartymi ustami. Dla takich chwil warto dać się namówić na „jeszcze tylko jeden krótki przystanek”!

Ten wodospad, jak zapewne domyślą się osoby, które choć raz były na Islandii to 60 metrowy Seljalandsfoss - nazwa tak poetycka jak magiczny jest ten cud natury.

Samo wyjście zza Seljalandsfoss okazało się jednak osobnym poziomem trudności. Wiatr zaczął tak potężnie targać wodną kurtyną, że bezpieczny powrót wymagał logistyki godnej mistrza strategii. Trzeba było wyczuć odpowiedni moment i przeskoczyć dokładnie wtedy, gdy podmuch odsuwał ścianę wody nieco na bok. Pamiętacie te stare, ośmiobitowe gry z czasów Pegasusa, gdzie trzeba było przeprowadzić ludzika przez ruchliwą ulicę i idealnie wstrzelić się w lukę między pędzącymi samochodami? No więc to było dokładnie to! Pełna koncentracja, szybki sprint i... skok. Oczywiście priorytetem było zabezpieczenie sprzętu – zwłaszcza telefonów. Niby producenci przysięgają, że są wodoodporne, ale kto by tam wierzył korporacjom w starciu z islandzkim żywiołem?

Gdy cali, zdrowi i w miarę susi wylądowaliśmy po drugiej stronie, zmęczenie znowu próbowało o sobie przypomnieć. Ale apetyt rośnie w miarę jedzenia. Tym razem to ja przejęłam rolę kusiciela i rzuciłam: „Słuchajcie, skoro i tak wyglądamy jak Teletubisie, a dookoła żywego ducha, to tuż obok jest jeszcze jeden wodospad! Tyle że schowany w jaskini”.

Chodzi o Gljúfrabúi. Podobno w ciągu dnia stoją do niego gigantyczne kolejki, bo to absolutnie ikoniczne miejsce na mapie Islandii. Każda wycieczka musi mieć tam zdjęcie, a ponieważ wchodzi się przez wąską, skalną szczelinę, to zazwyczaj tworzy się tam niezły zator. Skoro jednak mieliśmy ten luksus, że Islandia była w tej chwili tylko nasza, grzechem byłoby nie skorzystać.

Wejście do środka jaskini to kolejna wyższa szkoła jazdy. Trzeba skakać z kamienia na kamień, balansując nad płynącym potokiem, a i tak masz gwarancję, że w pewnym momencie wtopisz stopę w wodę. Bez porządnych, wodoodpornych butów trekkingowych nawet nie ma co podchodzić. Ale kiedy już człowiek wciśnie się przez tę szczelinę i stanie w środku...kolejny opad szczęki gwarantowany. Stoisz na dnie ukrytej jaskini, a prosto z góry, z wielkiej dziury w suficie, z potężnym hukiem wali się w dół kolumna wody. Magia w najczystszej postaci. Zdjęcia na tle tego naturalnego prysznica wychodzą wręcz nierealnie. 

Żeby było jeszcze piękniej, kiedy wychodziliśmy, niesamowicie niskie już słońce wbiło się swoimi promieniami idealnie w poprzek tej wąskiej szczeliny wejściowej. Zobaczcie zresztą sami na fotki – to jest po prostu totalny obłęd!



I tak właśnie zakończył się ten niesamowity maraton, który na moim blogu zyskał miano „Dnia Ognia”. Atrakcji było tak potężne zagęszczenie, że z rozsądku musiałam podzielić tę relację na dwie części, bo jedna wyszłaby kilometrowa.

Zwijając nasz teletubisiowy obóz, ruszyliśmy w końcu w stronę noclegu. Islandzki wieczór szybko przeszedł w szarą, burą i ponurą (bo niebo ponownie zasnuło się chmurami) choć jasną noc, a my jechaliśmy przez kolejne pustkowia, resztkami sił trzymając otwarte oczy. Nasz gospodarz z Airbnb najwyraźniej też zaczął już tracić nerwy, bo na telefon zaczęły spływać od niego pełne niepokoju wiadomości z pytaniem, czy na pewno dojedziemy i czy przypadkiem nie porwały nas trolle.


Ostatecznie pod dom zajechaliśmy dokładnie 7 minut po północy. Magia liczb nie opuszczała nas zresztą do samego końca – nasz dom nosił numer 7, a zanim się ostatecznie rozpakowaliśmy i padliśmy na łóżka, była równo 1:17, co oczywiście uwieczniłam na zdjęciu, żeby kolekcja szczęśliwych siódemek była kompletna.

Kiedy w końcu zamknęliśmy oczy, wiedzieliśmy, że przed nami znowu zaledwie jakieś 4 godziny snu. Islandia zdecydowanie nie jest łaskawa dla podróżników, nie daje chwili wytchnienia i wyciska z człowieka ostatnie soki... Ale powiedzcie sami – czy patrząc na te widoki, nie było warto?


Po więcej postów z Islandii zapraszam TUTAJ.

Jeśli chcecie zlokalizować na mapie opisane w poście lokalizacje oraz wszystkie lokalizacje z bloga, zapraszam do mapy interaktywnej, która otworzy się dla Waszej wygody w nowym oknie. Najedź na wybraną pinezkę i kliknij nazwę lokalizacji, która pokaże Ci się pod mapą aby wyświetlić zdjęcia i link do odpowiedniego posta 😀. Kliknij strzałkę po prawej stronie nazwy lokalizacji, aby wyznaczyć do niej trasę. Powiększaj mapę aby zobaczyć więcej pinezek. Kliknij na napis "Patent na Wypad" (w wersji komórkowej na dole ekranu) aby wejść w legendę, gdzie znajdziesz listę lokalizacji lub będziesz mógł wpisać konkretną lokalizację w lupkę.

Linka do lokalizacji na mapie Google z niniejszego bloga znajdziecie także poniżej - szukajcie pod tekstem słowa "Lokalizacja...."

A jeśli chcecie przeczytać więcej wpisów w moim blogu, z pewnością ułatwi Wam to TA LISTA , zaś zbiór niektórych wcześniejszych map znajdziecie TUTAJ.

A może interesują Was gotowe propozycje tras? Zapraszam TUTAJ.

#patentnawypad #podroz #podroze #blog #travelblog #islandia #island #visitisland #islandtravel #Gorąca rzeka #Reykjadalur #Seljalandsfoss #Gljúfrabúi


Komentarze