Dzień Wiatru - Islandia 2026
Zaczął się kolejny dzień naszej islandzkiej wyprawy. Zerwaliśmy się skoro świt... zaraz zaraz,,, skoro nie było zmroku, to czy był świt?!
Co do ilości snu, nie będę się wypowiadać, ale słowo „wypoczęci” byłoby tu sporym nadużyciem – powiedzmy, że stan naładowania naszych osobistych baterii był mocno dyskusyjny – ale za to głód przygody mieliśmy ogromny! Nasz cel na dziś? Kierujemy się w stronę słynnego Vík, ale – żeby nie było zbyt nudno – wybieramy nieco okrężną trasę.
Przed wyruszeniem w drogę mój mąż, z miną rasowego planisty i niezachwianą pewnością w głosie, uroczyście oświadczył: „Spokojnie, na tej trasie na pewno nie będzie szutrów”. Cóż... Islandia szybko zweryfikowała te plany. Zamiast gładkiej czarnej wstęgi, co chwilę wjeżdżaliśmy na typowo żwirowe, pełne niespodzianek drogi. Ale wiecie co? Wcale nam to nie przeszkadzało, bo widoki za oknem dosłownie zapierały dech w piersiach!
Wjechaliśmy w obszar Eldhraun – gigantyczne pola lawowe, które ciągną się po horyzont. Niektóre formacje skalne są tu wyższe od człowieka i wyglądają niezwykle majestatycznie. Cały ten niesamowity chaos zastygłej lawy to sprawka potężnego wulkanu Laki, którego gigantyczna erupcja z lat 1783–1784 zapisała się na kartach historii całego świata. Był to jeden z najbardziej niszczycielskich wybuchów w historii ludzkości, który wyrzucił gigantyczne ilości lawy i trujących gazów. Pył wulkaniczny przysłonił wtedy słońce w całej Europie, powodując klęskę głodu, a niektórzy historycy uważają nawet, że anomalie pogodowe z tym związane pomogły wywołać... Rewolucję Francuską. I wiecie co? Ja im wierzę. Skoro wybuch wulkanu w Indonezji w 1815r. wywołał w Europie klęskę głodu, w wyniku czego powstała kolęda Cicha Noc, o czym pisałam TUTAJ, to wpływ Laki na Rewolucję Francuską jest bardzo prawdopodobny.
Dziś te potworne niegdyś skały pokrywa w większości mech, tworząc krajobraz całkowicie nie z tej ziemi (w latach 60. trenowali tu nawet astronauci NASA przed misją Apollo!). Krajobraz jest tak oszałamiający i kosmiczny, że i my czuliśmy się, jakbyśmy wylądowali na innej planecie!
Po drodze musieliśmy stawić czoła tutejszemu, bezlitosnemu żywiołowi. Nie bez powodu nazwałam ten odcinek Dniem Wiatru. Wiatr była tak potężny, że żółte słupki drogowe na poboczach dosłownie tańczyły na wietrze – i to nie byle jaki taniec, ale klasyczny taniec hula!
Mimo tych ekstremalnych warunków, mieliśmy też okazję podejrzeć lokalną faunę. I to w bardzo ciekawych odsłonach!
Po pierwsze wypatrzyliśmy nietypowe ptaki. Wyglądały zupełnie jak nasze klasyczne, białe łabędzie, ale wyróżniały się jaskrawożółtymi dziobami i żółtawym przejściem na szyi. To łabędzie krzykliwe (whooper swans) – tutejsi dumni mieszkańcy, którzy z gracją i spokojem obserwowali nas z przejeżdżanych przez nas okolic.
Po drugie: oczywiście one – islandzkie owce! Szybko zauważyliśmy pewną zasadę: tutejsze owce niemal zawsze podróżują trójkami. I ta reguła sprawdziła się idealnie! Trafiliśmy na wyjątkowo wesołą, zgraną trójeczkę (zapewne mama z dwójką dzieci), i ten widok szczególnie nas rozbawił. Mama owca wyglądała, jakby... w pośpiechu zapomniała założyć sweter, albo, co bardziej prawdopodobne, jej futro zdmuchnął wiatr! Od głowy mniej więcej do pasa była całkowicie łysa, a puszystą wełnę miała dopiero od połowy ciała w dół. Wyglądało to niesamowicie komicznie i uroczo zarazem. No ale mamy na całym świecie wiedzą, że przy dzieciach, swoje potrzeby trzeba odłożyć na bok, a za sukces należy uznać gdy dziecię nie wyjdzie z domu w kapciach ;)
Mijamy Vík – na razie bez zatrzymywania się, bo zrobimy to w drodze powrotnej. Kątem oka dostrzegamy tylko kultową, czarną budkę z naleśnikami.
Podobno z Nutellą robią tam cuda i wszyscy je polecają, ale my byliśmy jeszcze zupełnie pełni po śniadaniu, więc bez sensu byłoby się tam teraz zatrzymywać. Nasz cel to półwysep Dyrhólaey.
Dla mnie to był najważniejszy punkt całej wyprawy. Przed wyjazdem umówiliśmy się w naszej czwórce, że każdy wskazuje jedną rzecz, którą najbardziej na Islandii chce zobaczyć. Ja bez wahania wskazałam na maskonury.
Chociaż, powiedzmy sobie szczerze: kto w ogóle wymyślił polską nazwę „maskonur”? Dla mnie ta nazwa pasuje do tego uroczego ptaszka dokładnie tak samo, jak niemieckie słowo Schmetterling do delikatnego motyla. Schmetterling brzmi przecież jak nazwa ciężkiego, bojowego czołgu, a nie lekko latającego owada! I z maskonurem mam dokładnie tak samo – ta twarda nazwa zupełnie nie pasuje do takiego słodziaka. Dlatego w naszej ekipie od razu daliśmy sobie spokój z tym nazewnictwem. Przeszliśmy na angielskie puffins, z których szybko i bardzo naturalnie zrobiły się nasze własne, słodkie pafinki, choć niektórzy chcieli je jeszcze bardziej przesłodzić i mówili muffinki. I tak już zostało – jechaliśmy na Dyrhólaey polować wzrokiem (to mały prztyczek do moich towarzyszy podróży - już oni wiedzą o co chodzi ;) ) na pafinki!
Dyrhólaey to dla nich absolutna mekka, więc moje oczekiwania były ogromne.
Tyle że rzeczywistość szybko sprowadziła nas na ziemię. Po pierwsze – trwał sezon lęgowy, a w tym okresie wjazd na klify jest zamykany między 19:00 a 9:00 rano, żeby chronić ptaki. Można je więc podglądać tylko w dzień, a wtedy maskonury najczęściej latają daleko nad morzem, polując na ryby.
Po drugie – pogoda. Gdy wjechaliśmy na górę, wiatr był po prostu nieprawdopodobny. Urywało nam głowy. W Polsce przy takich podmuchach telefony wyłyby od alertów RCB, a w telewizji ogłaszano by stan klęski żywiołowej z zakazem wychodzenia z domów (a tym bardziej do lasów ;) - choć tym razem przynajmniej by to było uzasadnione). Na Islandii to po prostu kolejny rześki wtorek. U nich alerty włącza się tylko wtedy, gdy wiatr naprawdę chce przestawić samochód.
Ledwo wysiedliśmy z auta, walcząc o utrzymanie pionu. Poszliśmy w kierunku latarni morskiej. Widok w dół na bezkresną czarną plażę to absolutny kosmos, jeden z najpiękniejszych, jakie w życiu widziałam. Po prawej stronie majaczyły wysokie góry i lodowce, a po lewej – gigantyczna, czarna plaża ciągnąca się aż po horyzont. Coś niesamowitego!
Ale pafinków ani widu, ani słychu. Przy tym huraganie żaden normalny ptak nie odważyłby się rozłożyć skrzydeł, bo wiatr od razu cisnąłby nim o skały i nawet Red Bull by nie uratował tematu. Stałam tam niesamowicie rozczarowana, pogodzona z myślą, że z mojej wielkiej pafinkowej misji będą nici.
I nagle kolega krzyczy i pokazuje palcem gdzieś daleko, daleko w dół, na małą półkę skalną na zboczu. Jest! Siedzi! Jeden jedyny, maluteńki pafinek.
Te ptaki są tak komiczne, że nie da się ich nie kochać – wyglądają jak skrzyżowanie małego pingwinka z kolorową papugą. Cieszyłam się jak dziecko na ten widok i od razu zaczęłam strzelać zdjęcia, ile fabryka dała (choć z tej odległości jakość była mocno "patriotyczna").
Nasz jedynak postanowił jednak, że nie pozwoli nam odejść bez porządnego show. W pewnym momencie ten mały, uroczy ptaszek uniósł dumnie kuper do góry i... odpalił taką salwę, że kupa poleciała na jakąś absurdalną odległość. Nie wiem, skąd w takim małym ciałku taka siła nośna, ale pokaz balistyczny dostaliśmy pierwsza klasa!
Mimo że był tylko jeden, daleko i bez szans na idealne portretowe zdjęcie – i tak byłam najszczęśliwsza na świecie. Zobaczony? Zobaczony. A do tego z jakim efektem specjalnym!
Droga do samej latarni morskiej na Dyrhólaey była regularną walką o przetrwanie. Wiatr targał nami tak potężnie, że nie było mowy o swobodnym spacerku. Musieliśmy kurczowo trzymać się metalowych łańcuchów rozciągniętych tuż nad stromym klifem, żeby po prostu nie porwało nas w przepaść!
Gdy w końcu udało nam się wywalczyć drogę na punkt widokowy, naszym oczom ukazał się absolutny cud natury – monumentalny, podwójny łuk skalny, od którego cały ten półwysep wziął swoją nazwę (po islandzku Dyrhólaey to dosłownie „Wzgórze z drzwiami”). Te potężne, bazaltowe wrota wyryte w skali przez ocean i wiatr robią porażające wrażenie. Ponoć otwór jest tak ogromny, że w spokojniejsze dni przepływają przez niego statki, a kiedyś przeleciał tamtędy nawet mały samolot! Nam przy tym sztormie ledwo udawało się utrzymać pion, a co dopiero myśleć o lataniu. Choć w sumie latanie byłoby w tej sytuacji jak najbardziej realne. Wystarczyło puścić łańcuchy ;)
Staliśmy tam, w bezpiecznej odległości od krawędzi, i po prostu chłonęliśmy ten widowiskowy spektakl.
Przed wyjazdem na Islandię po cichu marzyłam, że może uda nam się zejść na sam dół i pospacerować po tutejszej czarnej plaży. Rzeczywistość jednak szybko zweryfikowała te plany. Z góry widać jak na dłoni, że to kawał drogi, a przy tym huraganie i naszym mocno napiętym grafiku schodzenie tam byłoby kompletnym szaleństwem (szczególnie że ścieżki i plaża bywają tam często zamknięte z powodu obrywających się skał i nieprzewidywalnych fal).
Natura jasno dała nam do zrozumienia, kto tu rządzi. Szybko więc porobiliśmy zdjęcia – przynajmniej na tyle, żeby nie stracić telefonu – i ewakuowaliśmy się z powrotem do samochodu. Zjechaliśmy na dół z tego wietrznego wzgórza, zostawiając naszego jedynego, dzielnego pafinka i jego popisy balistyczne za sobą.
Naszym kolejnym celem był parking przy Dyrhólaey Sea Arch. Pierwszą misją po opuszczeniu klifu było oczywiście poszukiwanie toalet (może ten wiatr tak działa? ;) ). I tu spotkało nas gigantyczne, niezwykle cywilizowane zaskoczenie. Po naszych wcześniejszych, raczej survivalowych przeżyciach sanitarnych na tej wyspie, trafiliśmy na supernowoczesny, wręcz sterylny budynek z czystymi toaletami.
Gdy opanowaliśmy już kwestie fizjologiczne, ruszyliśmy na krótki spacer po tutejszym terenie. Widok z dołu na potężne klify i monumentalny łuk skalny dosłownie wgniatał w ziemię, ale to, co skradło moje serce, to krajobraz na samej plaży.
Tuż obok nas, na idealnie czarnym piasku, dumnie prezentowała się potężna, ciemna skała Arnardrangur (czyli Skała Orła). Zdjęcia, które tam zrobiliśmy, wyszły po prostu obłędnie!
Dla nas ta ponura, ciężka pogoda była jak wygrana na loterii. Czarne chmury, wzburzony ocean i unosząca się w powietrzu mgiełka z drobinek wody, którą wiatr porywał prosto z fal, stworzyły niesamowity, wręcz mistyczny klimat. Majacząca w oddali plaża Reynisfjara i jej słynne skalne iglice Reynisdrangar wyglądały przez to nieco niewyraźnie, jakby były tylko sennym wspomnieniem.
Surowość tego krajobrazu była tak uderzająca, że mogłabym tam stać godzinami i po prostu gapić się na ten spektakl – oczywiście gdyby wiatr nie próbował nas co chwilę przewrócić, a wierzcie mi, próbował z uporem maniaka.
Następny przystanek na naszej trasie to legendarny wodospad Skógafoss. Kiedy staje się u jego stóp, człowiek po prostu milknie z zachwytu. Jest gigantyczny, idealnie szeroki, a masa wody spadająca z hukiem w dół robi piorunujące wrażenie.
Co ciekawe, gdy tak się na niego patrzy, ma się nieodparte wrażenie, że film z wodospadem ktoś odtworzył w zwolnionym tempie! Ta woda zdaje się opadać niesamowicie dostojnie i powoli. Nasz mózg i wzrok po prostu gubią się przy tak ogromnej masie i szerokości spadającej z 60 metrów ściany wody – nasza percepcja nie nadąża z rejestrowaniem tego białego spektaklu, co tworzy ten genialny, hipnotyzujący efekt slow-motion. Oczywiście podeszliśmy tak blisko, jak tylko się dało, co skończyło się natychmiastowym i bardzo solidnym zmoczeniem przez unoszącą się dookoła odbijającą się o wszystko co popadnie spadającą wodę.
Gdy stoi się przodem do Skógafoss, po prawej stronie pną się w górę metalowe schody prowadzące na sam szczyt. W internecie naczytałam się mrożących krew w żyłach historii, że jest tam ponad 500 stopni i czeka nas morderczy wycisk. Szczerze? Bez przesady. Dla kogoś, kto choć trochę się rusza, to wejście okazało się całkiem lajtowe. Za to mój mąż postanowił zrobić z tego wejścia mały, humorystyczny spektakl i ogłosił, że przed nami prawdziwa „Golgota Skógafoss”. Cała wspinaczka miała swoje bardzo konkretne etapy. Na pierwszej stacji mój mąż musiał pospiesznie złożyć kijki trekkingowe, bo schody są zrobione z metalowej kratownicy i wbijanie w nie końcówek groziło katastrofą. Kawałek wyżej, na drugiej stacji, zrobiło się już na tyle ciepło, że z głowy została zdjęta czapka. W końcu, na stacji trzeciej, nastąpił pełen dramatyzm i rozpięcie kurtki pod szyją. I tak oto, krok po kroku, mężowska „droga krzyżowa” została pokonana i z uśmiechem zameldowaliśmy się na samej górze.
A tam? Tam dopiero zaczyna się prawdziwa magia! Zdecydowanie warto było pokonać te schody. Nie dość, że sam wodospad z góry wygląda niesamowicie, to jeszcze dalej, w górę rzeki, prowadzi genialna ścieżka. Krajobrazy są tam po prostu bajeczne – rzeka wije się malowniczo, a po drodze mija się kilka kolejnych, mniejszych, ale równie uroczych wodospadów. Spędziliśmy tam dłuższą chwilę, po prostu ciesząc się tą przestrzenią.
Gdy w końcu zeszliśmy na dół, przyszedł czas na prozę życia – czyli zrobienie obiadu i toalety na zapas. I tu nastąpiło zderzenie z brutalną rzeczywistością. O ile przy Dyrhólaey Sea Arch toalety były wręcz sterylnym luksusem, o tyle przy Skógafoss przeżyliśmy prawdziwy koszmar. Sam budynek wyglądał na całkiem nowoczesny, więc potencjał był, ale to, co zastaliśmy w środku, po prostu mną wstrząsnęło. Na podłodze panował taki brud, smród, chaos z rozrzuconych papierów i innych, bliżej niezidentyfikowanych substancji, że po prostu mnie to pokonało. Naprawdę bardzo chciałam wejść, bo na Islandii z toaletami bywa różnie i człowiek nigdy nie wie, kiedy nadarzy się kolejna okazja, ale fizycznie nie byłam w stanie postawić tam stopy. Bałam się, że wdepnę w coś, czego później nie domyję do końca wyjazdu, więc odwróciłam się na pięcie i uciekłam.
Na szczęście w okolicy udało nam się sprawnie pobrać czystą wodę, odpalić kuchenki i przygotować nasze niezawodne liofilizaty. Posileni i nasyceni, spakowaliśmy nasz majdan i ruszyliśmy w dalszą drogę w kierunku czarnej plaży Reynisfjary. I jeśli myślałam, że wcześniej wiało mocno, to tutaj Islandia postanowiła pokazać nam, co to znaczy prawdziwy huragan.
To było coś absolutnie nieprawdopodobnego. W pewnym momencie wiatr uderzył we mnie z taką siłą, że po prostu nie byłam w stanie iść dalej – musiałam natychmiast przykucnąć, bo autentycznie bałam się, że zaraz mnie zdmuchnie i poturla po tym czarnym piasku. Mój mąż w tym samym czasie musiał dosłownie przyhamować i wbić się ciężkimi butami głęboko w drobny żwirek, żeby w ogóle utrzymać pion. A umówmy się – ja ważę zaledwie ok. 50 kg, ale mój mąż waży dwa razy tyle! Skoro facet o takiej masie ma problem z ustaniem w miejscu, to wiecie, że żarty się skończyły.
Ten niesamowity wiatr uzmysłowił nam też, jak śmiertelnie niebezpieczne jest to miejsce. Reynisfjara słynie ze zdradzieckich, potężnych fal, zwanych sneaker waves, które potrafią nagle wedrzeć się na brzeg i porwać ludzi w głąb lodowatego oceanu. Kiedy tam staliśmy, fale były naprawdę konkretne, a trzeba pamiętać o jednej rzeczy: wiatr wiał wtedy od lądu, więc siłą rzeczy naturalnie wyhamowywał i „dociskał” wodę. Aż strach pomyśleć, jaki koszmar musi się tu dziać, gdy potężny sztorm uderza z przeciwnego kierunku – prosto od strony oceanu!
Sama plaża jest przepiękna, surowa i magnetyczna, ale muszę być szczera: po tym wszystkim, co o niej czytałam i widziałam na zdjęciach, poczułam lekkie rozczarowanie. Oczywiście, trzeba ją zobaczyć na własne oczy, ale moim zdaniem na Islandii są jeszcze piękniejsze i bardziej magiczne zakątki.
Może to też kwestia tego, że trafiliśmy na moment, kiedy plaża była świeżo po wielkiej, naturalnej demolce. Na przełomie stycznia i lutego 2026 roku te rejony nawiedziły potężne sztormy i bezprecedensowa erozja. Ocean dosłownie zabrał z plaży gigantyczne ilości piasku, obniżając jej poziom o ponad dwa metry, a z sąsiedniej góry zeszła lawina skalna! Słynna jaskinia Hálsanefshellir została częściowo zniszczona i zasypana, a widowiskowe bazaltowe kolumny straciły swój piaszczysty bufor i nagle znalazły się tuż przy linii fal. Choć plaża powoli próbuje się regenerować, ten krajobraz wciąż nosi świeże ślady tych zniszczeń.
Mimo tej surowości i walki z wiatrem, pospacerowaliśmy chwilę i porobiliśmy zdjęcia. Niemal apokaliptyczny klimat tego dnia idealnie pasował do charakteru Reynisfjary.
W tym całym mrocznym spektaklu trafiliśmy też na niesamowity akcent artystyczno-humorystyczny. W pewnym momencie dostrzegliśmy na plaży parę Azjatów na sesji zdjęciowej. Dziewczyna miała na sobie elegancką, czarną wieczorową suknię i w tym tnącym wietrze, na tle monumentalnych, ciemnych skał i spienionych fal, cierpliwie pozowała do zdjęć. Normalnie pomyślałabym, że to sesja ślubna lub narzeczeńska, ale... no nie. Kolor tej sukni w połączeniu z tą ponurą, katastroficzną scenerią i szalejącym żywiołem zdecydowanie bardziej sugerował sesję rozwodową! Trzeba jednak przyznać, że zdjęcia w tej czarnej kreacji na tle spienionego oceanu musiały wyjść niesamowicie widowiskowo i z ogromnym dramatyzmem.
Czy to już koniec dnia? Wolne żarty! Przecież to Islandia w czerwcu, gdzie słońce praktycznie nie schodzi z nieba, a doba wydaje się nie mieć końca. Wracając w kierunku bazy, po prostu musieliśmy zaliczyć jeszcze dwa absolutne klasyki a przy okazji kilka mniejszych.
Najpierw zatrzymaliśmy się w Vík. Celem były kultowe, wręcz pocztówkowe ujęcie tutejszego kościółka, koniecznie kadrowane z góry, przez dywan fioletowych łubinów. No jakżeby inaczej! Trzeba przyznać, że do tych kwiatów słońce i błękitne niebo pewnie pasowałyby idealnie, ale nasz mroczny, islandzki klimat też zrobił robotę. Zdjęcia wyszły niesamowicie nastrojowe, z tym surowym, mglistym tłem i kontrastującym fioletem.
Po szybkiej sesji ruszyliśmy dalej, prosto do miejsca, którego nazwa to kolejna, potężny językowy łamaniec. Oficjalnie to Fjaðrárgljúfur, ale na całym świecie i tak wszyscy znają go po prostu jako... Kanion Justina Biebera, bo to tutaj gwiazdor pop nagrał w 2015 roku swój słynny teledysk.
Samo miejsce wygląda absolutnie bajecznie i niesłychanie – te porośnięte soczystym, zielonym mchem pionowe, pofalowane ściany, głębokie na sto metrów, robią piorunujące wrażenie. Wielka szkoda, że całą trasę przechodzi się wyłącznie wytyczoną ścieżką górą i nie można wejść do samego wnętrza kanionu. Na dole efekt na pewno urywałby jeszcze bardziej.
Kiedy tak spacerowałam po tych pomostach, nie mogłam się jednak oprzeć irytacji. Dlaczego my, zwykli śmiertelnicy, musimy grzecznie trzymać się wyznaczonych barierek, a jakiś celebryta mógł sobie bezkarnie biegać po krawędziach i brodzić w rzece na dole? Sprawdziłam to i okazuje się, że ta historia kryje w sobie potężną dawkę hipokryzji i wielką ironię. Bieber nagrywał tu swój klip zanim powstały te wszystkie zabezpieczenia.
I wiecie co? To właśnie jego bezmyślne popisy (jak turlanie się po niezwykle delikatnym, rosnącym dekadami mchu) i gigantyczna fala naśladowców, która po tym nastąpiła, zmusiły Islandczyków do zamknięcia kanionu i ukrócenia tej samowolki. Przez to, że jeden celebryta musiał mieć ładne ujęcia, dzisiaj wszyscy inni mogą podziwiać ten cud natury wyłącznie z bezpiecznej odległości na platformie widokowej.
Doskonale jednak rozumiem Islandczyków, że chcą chronić tę przyrodę. Na trasie przygotowano kilka świetnych platform wysuniętych nad przepaść, z których widoki i tak są spektakularne. Z racji tego, że pogoda była mocno średnia, a godzina już bardzo późna, na miejscu nie było praktycznie żywej duszy. Mieliśmy cały ten majestatyczny cud natury niemal wyłącznie dla siebie. Cisza, przestrzeń i ten surowy, wieczorny klimat sprawiły, że zdjęcia z platform pomimo pogody wyszły po prostu bajecznie.
Zostawiając za sobą kanion, ruszyliśmy w dalszą drogę do kolejnego punktu, który na zdjęciach wyglądał tak nierealnie, że aż trudno było uwierzyć w jego naturalne pochodzenie. Naszym celem było Kirkjugólf (czyli „Posadzka Kościoła”) tuż obok Kirkjubæjarklaustur.
Zanim jednak dotarliśmy do samej posadzki, idąc ścieżką z parkingu, minęliśmy po drodze charakterystyczny, porośnięty mchem kopiec skalny – Hildishaugur. Tablica informacyjna na miejscu szybko wyjaśniła sprawę: to legendarny grobowiec pogańskiego osadnika o imieniu Hildir. Według podań, te tereny były dawniej uświęconą przez chrześcijańskich pustelników ziemią, na której poganie nie mieli prawa ustać. Kiedy Hildir spróbował się tu osiedlić, padł trupem w tym samym momencie, w którym jego stopa dotknęła gruntu. Został pochowany właśnie pod tym kopcem – niesamowity, mroczny wstęp do tego, co zobaczyliśmy chwilę później.
Gdy minęliśmy grób pogańskiego pechowca, doszliśmy do samego Kirkjugólf. Każdy, kto widzi to miejsce na zdjęciach, jest święcie przekonany, że to dzieło ludzkich rąk. I zupełnie się nie dziwię! Na powierzchni około 80 metrów kwadratowych leży idealnie równy, płaski chodnik ułożony z idealnie dopasowanych, wielokątnych bazaltowych klocków. Wygląda to zupełnie jak starannie zaprojektowana posadzka w jakiejś dawnej świątyni (stąd zresztą historyczna nazwa).
W rzeczywistości nigdy nie stał tu żaden kościół. Te geometryczne „płytki” to wierzchołki pionowych kolumn bazaltowych, które powstały podczas stygnięcia lawy. Później lodowce i nacierające morze dosłownie ścięły je i oszlifowały na gładko, zostawiając ten genialny, naturalny chodnik. Stojąc tam, człowiek po prostu przeciera oczy ze zdumienia, jak niesamowicie precyzyjna potrafi być natura.
Żeby jednak tego dnia symetrii stało się zadość, tuż obok posadzki trafiliśmy na kolejny, rozczulający i niemal równie nierealny widok. Na pobliskiej łące pasło się – a właściwie smacznie spało na stojąco – stado islandzkich koni. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że te urocze grubaski ustawiały się w idealnym, równiutkim szeregu, jeden obok drugiego. Wyglądały dosłownie jak żywy, puszysty płotek, idealnie nawiązujący do geometrycznych bazaltów pod naszymi stopami.
Konie poszły spać, więc i my po tym pasjonującym dniu dotarliśmy w końcu do naszej miejscówki.
Wszystkie opisane wyżej atrakcje są całkowicie darmowe i ogólnodostępne! Jedyne opłaty, z jakimi musicie się liczyć na miejscu, to te za parkingi (warto mieć zainstalowaną aplikację Parka, która bardzo ułatwia sprawę). To genialny układ – płacisz tylko za postój Dustera, a niesamowite cuda natury podziwiasz bez wydawania ani grosza!
Po więcej postów z Islandii zapraszam TUTAJ.
Jeśli chcecie zlokalizować na mapie opisane w poście lokalizacje oraz wszystkie lokalizacje z bloga, zapraszam do mapy interaktywnej, która otworzy się dla Waszej wygody w nowym oknie. Najedź na wybraną pinezkę i kliknij nazwę lokalizacji, która pokaże Ci się pod mapą aby wyświetlić zdjęcia i link do odpowiedniego posta 😀. Kliknij strzałkę po prawej stronie nazwy lokalizacji, aby wyznaczyć do niej trasę. Powiększaj mapę aby zobaczyć więcej pinezek. Kliknij na napis "Patent na Wypad" (w wersji komórkowej na dole ekranu) aby wejść w legendę, gdzie znajdziesz listę lokalizacji lub będziesz mógł wpisać konkretną lokalizację w lupkę.
Linka do lokalizacji na mapie Google z niniejszego bloga znajdziecie także poniżej - szukajcie pod tekstem słowa "Lokalizacja...."
A jeśli chcecie przeczytać więcej wpisów w moim blogu, z pewnością ułatwi Wam to TA LISTA , zaś zbiór niektórych wcześniejszych map znajdziecie TUTAJ.
A może interesują Was gotowe propozycje tras? Zapraszam TUTAJ.
#patentnawypad #podroz #podroze #blog #travelblog #islandia #island #visitisland #islandtravel #Arnardrangur #Dyrhólaey #DyrhólaeySeaArch #Eldhraun #Fjaðrárgljúfur #Kirkjubæjarklaustur #Kirkjugólf #Laki #maskonury #puffins #Reynisdrangar #Reynisfjara #Skógafoss #sneakerwaves #Vík

.jpg)







.jpg)




.jpg)

.jpg)
.jpg)
.jpg)



.jpg)



.jpg)










(1)%20(1).jpg)


















Komentarze
Prześlij komentarz