Baśń z fioletu i lawy, czyli mój patent na Islandię - Islandia 2026

Dziś rozpoczynam nowy cykl mojego bloga. Opowiem Wam o kraju, który odwiedziłam pierwszy raz w życiu. Pierwszy, ale mam nadzieję, nie ostatni.

Chyba swego rodzaju regułą na moim blogu stało się to, że pierwszy post o kraju, który odwiedzam po raz pierwszy,  jest postem ogólnoinformacyjnym. Czyli zanim zacznę zachwycać się (albo i nie ;)) krajobrazami i widokami, zbieram w jednym miejscu trochę praktycznych informacji dla tych osób, które zechcą podążyć naszym śladem, ale i dla tych, którzy taką wyprawę planują po raz kolejny, bo przecież nawet wytrwały podróżnik czasem nie wie wszystkiego.

Wiem, zaraz się pojawią głosy: pojechała taka pierwszy raz i już się wymądrza ;) Dlatego postaram się nie wymądrzać, tylko przedstawić kilka tipów z mojego punktu widzenia. Nawet jeśli nie wniosą w Wasze doświadczenia jakiejś istotnej wiedzy, to może zachęcą Was na spojrzenie na niektóre rzeczy z mojego punktu widzenia. Wszak wiedza to nie tylko suche informacje. To także możliwość dostrzegania wielu aspektów różnych spraw. 

No dobra, miałam się nie wymądrzać, a chyba to robię 😳. Przejdę już lepiej do konkretów.

Oczywiście cały czas są aktualnie moje ogólne uwagi, które opisałam TUTAJ , a do przeczytania których serdeczne zachęcam. Teraz jednak skupię się na Islandii i jej specyfice.


A na co bym chciała zwrócić uwagę?:


Jak polecieć na Islandię? Samemu, z biurem podróży, czy jeszcze inaczej?

Cóż.. Jeśli czytacie mojego bloga, zapewne wiecie, że my zawsze sami organizujemy swoje wyjazdy. Nie twierdzę, że to jedyna słuszna opcja. Po prostu my tak wolimy. Jest z tym więcej roboty, ale za to mamy całkowitą swobodę w realizowaniu podróży.

Do tej pory, przez naście lat podróżowaliśmy z naszymi dziećmi, które - jak nie trudno się domyślić - przez ten czas dorosły i o ile córka nie chce już jeździć z wapnem, które "robi siarę", o tyle syn został postawiony przed faktem dokonanym i tym razem pojechaliśmy bez dzieci, z dwójką znajomych, którzy też radośnie ożenili swój przychówek z dziadkami (możliwe, że dziadkowie byli mniej radośni, ale cóż... każdy rodzic potrzebuje czasem odrobiny wytchnienia od nadmiary dziecięcej miłości ;) )..

Czy to dobry wybór? Z tego co czytam w Internecie, zazwyczaj nie :)  Wszystko zależy od ludzi z którymi się pojedzie i niewątpliwie od nas samych i naszej odporności na zwyczaje oraz poglądy innych osób. Czy w takim razie dokonaliśmy dobrego wyboru? Cóż... nie chciałabym się wypowiadać w imieniu naszych znajomych, ale fakty są takie: Nadal ze sobą rozmawiamy, co więcej, myślimy o kolejnym wspólnym wyjeździe. Wnioski możecie wyciągnąć sobie sami ;)

Z mojego punktu widzenia (mój mąż tym razem podziela moje poglądy - co nie jest rzeczą oczywistą, żeby nie było), to był strzał w dziesiątkę. Kocham moje dorosłe dzieci, ale moim zdaniem taki tryb zwiedzania, jaki przyjęliśmy, byłby dla nich zbyt marudno-róbny (czyli powodowałby zbyt dużo uwag, co do organizatora, a sam organizator miałby raczej ograniczony zasób akceptacji marudzenia, ze względu na wyczerpujący tryb zwiedzania). Oczywiście zdaję sobie sprawę, że są dzieci, które dały by radę, nasze są jednak bardzo normalnymi dziećmi w tym zakresie ;)

Może więc lepiej jechać bez dzieci ale z biurem podróży? Cóż...planując naszą wyprawę, przeglądałam trochę ofert biur podróży, bo nie ukrywam, że było to dla mnie źródło informacji o tym, co trzeba zobaczyć na Islandii, przynajmniej na początek. Inna sprawa, że potem się okazało, że jak dla mnie kultowe "must see" okazały się średnio atrakcyjne, o czym napiszę w kolejnych odcinkach bloga. Ale wracając do tych biur podróży, to jak dla mnie ich programy wyglądają tak, że nawet japońska wycieczka przy nich wymięka. No, chyba, że ktoś lubi program typu: macie 2,5 min na zdjęcia bo potem jedziemy jeszcze tu, tu, tu, tu, tu i tu.. Ja rozumiem, że chce się zobaczyć jak najwięcej. Ale ja wolę nie odhaczać, ale się delektować. A zobaczylibyście jak mój mąż robi zdjęcia, a bardziej, ile to trwa! ;) No i ceny! Tak na moje oko, nasza wyprawa kosztowała połowę tego, co byśmy zapłacili jadąc przez biuro podróży, a śmiem twierdzić, że warunki bytowe mieliśmy lepsze.

Ale wracając do sedna tematu, moim niedoświadczonym zdaniem wyjazd w 4 osoby jest niezłym rozwiązaniem. Mamy 4 potencjalnych kierowców (a jeździmy dużo, Islandia to nie destynacja na byczenie się na plaży), wszyscy się zmieszczą do jednego auta, więc koszty wynajmu samochodu, paliwa, opłat parkingowych dzielimy na 4 osoby, lub jak kto woli dwie rodziny. No i 4 osoby to tylko 5 różnych zdań na różne tematy ;)

Kwestie transportowe

Jeśli chodzi o to jak się dostać na Islandię, to ponieważ jest to wyspa, do wyboru mamy dwa rozwiązania. Pierwszym jest prom, ale kwestii nie rozwinę, bo osobiście uważam, że dotarcie na Islandię promem zabiera za duża czasu. Owszem, można wtedy zabrać swoje auto, ale z tego co słyszałam, bilet dla samochodu wychodzi drożej, niż wypożyczenie auta na miejscu. Dlatego samolot jest moim zdaniem najlepszym wyjściem tym bardziej, że z Polski są tam bezpośrednie loty. My lecieliśmy z Gdańska. Na Islandię niecałe 3,5 h, spowrotem jakieś 3h. Bilety kupowaliśmy ponad pół roku wcześniej. Jeśli korzystacie z tanich linii, opłaty za bagaż będą często wyższe niż same bilety, ale to chyba żadna niespodzianka.

Na lotnisku w Keflaviku (to lotnisko kilka kilometrów od Reykjaviku) są co najmniej trzy stałe punkty różnych wypożyczalni aut. Myślę jednak, że samochód warto zarezerwować wcześniej, bo nie jestem pewna na ile można go dostać tak od ręki i z marszu. My auto rezerwowaliśmy ok pół roku przed podróżą, a ponieważ wypożyczalnia, z której korzystaliśmy nie miała punktu w samej hali lotniska, pracownik wypożyczalni czekał na nas w hali przylotów z tabliczką z nazwą firmy. Ponieważ wychodzimy z założenia, że warto wspierać rodaków i korzystać z usług firm prowadzonych za granicą przez Polaków, była to polska firma ICEPOL. Odebrali nas z lotniska, a gdy po tygodniu wróciliśmy, po zdaniu samochodu, odstawili na samolot. Szybko, miło, bez problemu. Dla osób, które nie zaglądały na stronę O MNIE, podaję, że ja jeśli wspominam o kimś na blogu, to nie dlatego, że dostałam od tej osoby jakiekolwiek profity. Mój blog w żaden sposób nie jest komercyjny. Po prostu wspominam o osobach/firmach, które uważam za warte polecenia i nie mam w tym żadnego interesu.

Wypożyczając auto na Islandii weźcie pod uwagę następujące rzeczy:

1. Zakres ubezpieczenia. Pamiętajcie, że cena auta, która się Wam wyświetli, na jakiejś stronie, polecajce itp, nie zawsze je zawiera, a moim zdaniem takie ubezpieczenie jest na Islandii obowiązkowe.

2. Ewentualne kwestie transportu z i do lotniska, jeśli firma nie stacjonuje w pobliżu terminalu.

3. Gdzie możecie pojechać wypożyczonym autem. Wypożyczając standardowe auto, nie macie zazwyczaj pozwolenia wjeżdżania na drogi, których numer jest poprzedzony literą F. 

To drogi górskie, które są otwierane najczęściej dopiero w drugiej połowie czerwca. Jeżdżąc po nich musicie się liczyć z przekraczaniem rzek (czytaj: nie mówimy o sytuacji, gdzie jest most, tylko o możliwości przekraczania rzek na mokro). Standardowe ubezpieczenie nie obejmuje zalania samochodu.

Naszym autem nie mogliśmy też wjechać na drogi o numerach 249, 88, 208, 209, 210, 95.

Warto się upewnić na jakie drogi się wjeżdża, jadąc do ewentualnego noclegu, żeby się nie zdziwić jeśli się okaże, ze auto, owszem mamy, tylko do danej miejscówki nie można nim wjechać (to znaczy, nie wjechać do domu, ale pod dom ;) ).

4. Czy auto ma napęd 4x4. Moim zdaniem nawet jeśli nie planujecie jeździć F-kami, warto wynająć auto 4x4, bo do części atrakcji z dużym prawdopodobieństwem będziecie jechać szutrówkami.

5. Wielkość bagażnika i ewentualne wyposażenie dodatkowe. My w 4 osoby mieliśmy ze sobą 4 bagaże podręczne, 2 kabinówki i dwie duże walizki. I biorąc pod uwagę wyjazd na tydzień i to co ze sobą braliśmy, ciężko by się nam było zabrać w mniejszą ilość walizek. Nie spaliśmy na campingach, więc nie mieliśmy namiotów, śpiworów itp. Na szczęscie wypożyczyliśmy auto z bagażnikiem na dachu, bo w ten "będący standardowym wyposażeniem auta" nie zmieścilibyśmy się z naszymi bagażami.

A jak już wszystko przeanalizujcie, z dużym prawdopodobieństwem wypożyczycie Dacię Duster. Białą Dacię Duster ;) Nie mam pojęcia dlaczego, ale to chyba 90% wypożyczanych samochodów na Islandii :)

6. Podatek. Od 1 stycznia 2026, w Islandii trzeba zapłacić podatek od każdego przejechanego kilometra (ok 7 ISK za kilometr). Zazwyczaj wypożyczalnie obciążają tą opłatą przy zwrocie auta, więc często cena wypożyczenia nie obejmuje tej opłaty. Ile zapłacicie? My w ciągu tygodnia zrobiliśmy ok 2200 km i podobno to standardowy wynik, czyli podatek kilometrowy kosztował nas ok 466 zł w czerwcu 2026.

7. Na koniec kwestia tankowania, czyli jak nie utknąć na islandzkim pustkowiu z migającą rezerwą. My podróżowaliśmy wyłącznie po południowej części wyspy, a tam cywilizacja jest jeszcze łaskawa – stacje benzynowe trafiają się na tyle często, że nie spędzało nam to snu z powiek. Jednak im dalej na Północ, a już w szczególności, gdy wjedziecie w głąb wyspy (do wnętrza zwanego interiorem), zasady gry drastycznie się zmieniają. Obowiązuje tam jedna, święta i bezwzględna zasada: widzisz stację – tankujesz do pełna.

Nieważne, że wskazówka ledwo drgnęła, a w baku macie jeszcze 3/4 paliwa. Jeśli komputer pokładowy mówi, że przejedziecie jeszcze mnóstwo kilometrów, nie wierzcie mu – islandzkie stacje pośrodku niczego potrafią być od siebie oddalone o długie godziny jazdy. Mijanie dystrybutora z myślą „e tam, zatankuję na następnej” to na Islandii najlepszy przepis na survivalowy spacer życia. Zapamiętajcie podstawową regułę: stacja na horyzoncie = obowiązkowy przystanek na karmienie auta! 🚗💨

Islandzkie drogi

Wyobraź sobie drogowy Dziki Zachód, tylko z domieszką wulkanicznego pyłu i totalnego braku pośpiechu. Na Islandii słowo „autostrada” to czysta abstrakcja (no ok, nie mówię o tym malutkim odcineczku koło Reykjaviku), bo najwyższa dopuszczalna prędkość to oszałamiające 90 km/h na asfalcie, a i to pod warunkiem, że wiatr akurat nie próbuje zdmuchnąć Twojego auta w przepaść. Główną arterią kraju jest legendarna „Jedynka”, czyli Ring Road – jedna wielka pętla wokół wyspy, która brzmi dumnie, a w rzeczywistości jest po prostu wąską, jednojezdniową dróżką bez poboczy, czasem uniesioną na nasypie. Jakikolwiek błąd oznacza widowiskowy zjazd w dół, a próba zatrzymania się „tylko na jedno szybkie zdjęcie” to murowany przepis na katastrofę i wściekłe trąbienie lokalsów. Żeby było weselej, jadąc tą główną trasą, regularnie trafiasz na mosty jednopasmowe.

A skoro już mowa o tych słynnych mostach, to kryje się na nich genialny, lokalny smaczek, który totalnie zaskakuje w świecie wiecznie spieszących się kierowców. Teoretycznie zasadą jest czysty darwinizm – kto pierwszy przy moście, ten lepszy. W praktyce jednak Islandczycy i doświadczeni podróżnicy wypracowali tam niesamowicie miły rytuał.

Jeśli zbliżasz się do mostu, a z naprzeciwka jedzie akurat cały sznur samochodów, nie musisz nerwowo walczyć o przetrwanie ani wciskać się na Tetris (jeśli nie wiesz co to Tetris, znaczy, nie jesteś wapnem ;) ). Gdy tylko przejedzie pierwsze auto z tej kolumny, ten drugi kierowca w rzędzie zazwyczaj dobrowolnie naciska na hamulec i grzecznie czeka, aż to Ty spokojnie przejedziesz przez most. Taki bezsłowny pakt solidarności: „teraz my, teraz wy”. To niesamowicie urocze i pełne kultury podejście – na pozór zupełnie nieoczywiste w dzisiejszych czasach, a sprawia, że nawet przed wąskim, stresującym mostem człowiek od razu uśmiecha się za kółkiem!

Wróćmy jednak do pozostałych dróg. Prawdziwa zabawa zaczyna się w interiorze, czyli w mitycznym środku wyspy. To absolutne imperium surowości, gdzie rządzą tzw. drogi F. Jeśli nie masz potężnego traktora albo przynajmniej porządnego napędu 4x4 z wysokim zawieszeniem, prawo z miejsca zabrania Ci tam wjazdu. Zamiast dróg masz tam kamienie, szuter i rzeki, które musisz pokonać wpław, bo nikt nie bawił się w budowanie tam mostów. Jest hardcore, ale te widoki!

Gdy jednak wrócisz do cywilizacji, czekają na Ciebie islandzkie ronda dwupasmowe – drogowy fenomen, który przeczy logice reszty świata. Na Islandii to kierowca na wewnętrznym, lewym pasie ma absolutne, święte pierwszeństwo. Jeśli jedziesz prawym, zewnętrznym pasem, jesteś w zasadzie na straconej pozycji. Prawy pas służy tylko do natychmiastowego zjazdu na najbliższym wyjeździe. Jeśli postanowisz pojechać nim prosto lub w lewo, a ktoś z wewnętrznego pasa nagle skręci tuż przed Twoją maską – gratulacje, stłuczka jest z Twojej winy, a Twoje ubezpieczenie właśnie zapłakało krwawymi łzami.

Jak wspomniałam, na Islandii maksymalna prędkość na asfaltowej drodze krajowej to 90 km/h. I uwierzcie, oni traktują to śmiertelnie poważnie. Przekroczenie prędkości o jakieś 20-30 km/h (co nie jest trudne na prostej, pustej drodze po horyzont) nie skończy się upomnieniem i miłą pogawędką o pogodzie. Zamiast tego dostaniesz blankiet na kwotę, za którą w Polsce kupisz średniej klasy używane auto (mówimy o tysiącach złotych!).

                                    

Masz napęd 4x4, wielkie opony i duszę odkrywcy? Świetnie! Ale pamiętaj, że zjechanie choćby o centymetr poza wyznaczoną drogę (nawet tę szutrową F-road) to w Islandii niemal zbrodnia stanu. Tamtejsza przyroda rośnie tak wolno, że rozjechanie kawałka mchu jest traktowane jak sabotaż (i dobrze!). Mandaty za nielegalny off-road zaczynają się od kilkunastu tysięcy złotych, a lokalni mieszkańcy namierzą Cię szybciej niż Urząd Skarbowy.

Mimo tych wszystkich finansowych straszaków i fotoradarów, trzeba przyznać jedno: jazda po Islandii ma w sobie coś absolutnie magicznego.

Przez większość czasu jedzie się tam spokojnie. Ruch zazwyczaj nie jest duży, a krajobraz za oknem potrafi być tak powtarzalny, że człowiek za kółkiem wpada w przyjemny, wręcz medytacyjny trans. Jedziesz i widzisz: z prawej strony długo, długo nic (czyli pola lawowe), z lewej strony długo, długo nic (czyli... kolejne pola lawowe). Do tego droga ciągnie się przed Tobą prosta jak strzała, po horyzont, niczym pas startowy.

Zawsze się z tego śmiałam, że to jest idealna trasa typu: „Okej, to ja włączam tempomat, a wy obudźcie mnie, jak będziemy na miejscu”. Noga odpoczywa, auto jedzie samo, pasażerowie chrapią, a Ty po prostu suniesz przez ten księżycowy świat. Pełen relaks, totalna oaza spokoju...dopóki z naprzeciwka nagle nie nadjedzie ONA. Islandzka Ciężarówka.

Wtedy cała ta sielanka i medytacja pryskają w ułamku sekundy! Na tych ich wąskich drogach, pozbawionych jakichkolwiek poboczy, mijanie się z tirem to czysty sport ekstremalny. Taka ciężarówka działa na islandzkim wietrze jak gigantyczny, rozpędzony żagiel. Kiedy Cię mija, pęd powietrza uderza w Twoje auto z taką siłą, że tworzy się nagła mikrotąba powietrzna. W jednej chwili musisz zapomnieć o tempomacie, zmienić się w kierowcę rajdowego, zaprzeć się nogami o podłogę i trzymać kierownicę tak mocno, jakby od tego zależało całe Twoje życie (i kaucja w wypożyczalni). Kostki bieleją, auto tańczy na wietrze, a serce nagle puka od środka w gardło.

Na szczęście – i to jest największe błogosławieństwo tej wyspy – ciężarówek jest tam jak na lekarstwo. Nie kursują zbyt często, dzięki czemu człowiek nie musi co piętnaście minut przechodzić takiego przedzawałowego testu na refleks. Pojawiają się na tyle rzadko, że zanim nadjedzie kolejna, zdążysz akurat ochłonąć, odkleić palce od kierownicy, ponownie włączyć tempomat i znowu zacząć udawać, że jesteś na najbardziej relaksującym road tripie swojego życia. 😉

Pogoda na Islandii, czyli "Cebula" w Krainie Ognia i Lodu

Planujecie urlop na Islandii i zastanawiacie się, co spakować? Krótka odpowiedź brzmi: wszystko. Od puchówki po strój kąpielowy.

Na Islandii krąży kultowe powiedzenie: „Jeśli nie podoba ci się pogoda, poczekaj 5 minut (albo przejedź 5 kilometrów)” , przy czym w zależności od wersji jest to wartość 5, 10 lub 15 minut lub kilometrów. I to nie jest żart. Tam naprawdę można doświadczyć wszystkich czterech pór roku w ciągu jednego popołudnia. Podobno latem zdarza się tam śnieg – choć podczas naszej czerwcowej wyprawy (druga połowa miesiąca) śniegu na szczęście nie było, ale i tak pogoda bawiła się z nami w rollercoaster.

Nasze termometry pokazywały od 7 do 17 stopni Celsjusza. Brzmi znośnie? Diabeł tkwi w islandzkim wietrze.

W nasz ostatni dzień, w Reykjavíku było piękne 17 stopni, słońce, spacerowaliśmy w krótkim rękawku. Sielanka! Wystarczyło jednak podejść bliżej nabrzeża, żeby nagły podmuch wiatru zmusił nas do szybkiego szukania czegoś cieplejszego w plecaku.

Z kolei na Reynisfjarze (to słynna czarna plaża) przy 7 stopniach i islandzkim, lodowatym wietrze temperatura odczuwalna spadała chyba do -2°C. Jako zmarźlak z powołania miałam na sobie: t-shirt, bluzę, cienką kurtkę puchową, a na to jeszcze kurtkę przeciwwiatrową. I wiecie co? Było mi idealnie komfortowo (zwłaszcza, że na głowie miałam z tego całego kompletu 3 kaptury i jeszcze czapkę). Moja koleżanka postawiła na grubą bluzę zamiast puchówki i dla niej też było ok.

Czapka i rękawiczki to obowiązkowy punkt programu, zwłaszcza w lecie ;) Kolega miał czapkę wyglądającą na zimową i było mu w niej zimno. Ja miałam zimowe rękawiczki i chyba pójdę na dziękczynną pielgrzymkę, za to, że je wzięłam ;)

Pamiętajcie więc o złotej zasadzie islandzkiego survivalu modowego:

Metoda na cebulę (warstwy), to absolutny święty Graal. Musisz mieć możliwość rozebrania się i ubrania w 10 sekund, zależnie od tego, czy akurat wyszło słońce, czy zaczął dąć wiatr od lodowca.

Kurtka chroniąca przed wiatrem i deszczem z porządną membraną to podstawa. My akurat do deszczu mieliśmy ogromne szczęście, bo złapał nas tylko raz i to przelotnie, ale Islandia rzadko bywa tak łaskawa. No i kwestia wodospadów. Spróbujcie wejść za Seljalandsfoss (to "ten wodospad za który się wchodzi")! Ja na tą okoliczność miałam dodatkowy szałowy outfit czyli foliowy płaszczyk, w którym wyglądałam jak teletubiś, ale przynajmniej nie musiałam po wyjściu zza wodospadu niczego suszyć. Z kolei aby wejść do jaskini, w której znajduje się wodospad Gljúfrabúi trzeba brodzić w wodzie, więc porządne membranowe buty to podstawa.

Oprócz puchówki bierzemy także strój kąpielowy. Ale po co, skoro tam jest zimno? Wydaje się to mało logiczne prawda? Strój jest potrzebny do wszechobecnych gorących źródeł! Oczywiście, w tych dzikich można próbować wskakiwać na golasa, ale w miejscach publicznych współtowarzysze kąpieli mogliby mieć lekkie obiekcje. I to mimo faktu, że Islandia jest superotwarta i tolerancyjna na wszelką odmienność (czego dowodem są wszechobecne tęcze – na chodnikach, budynkach i flagach).

Wspomniałam już o buciszczach za kostkę. Porządne buty trekkingowe z twardą podeszwą to must-have. Podejścia pod wodospady czy trekkingi po kamieniach bez stabilizacji kostki to proszenie się o kontuzję. Nie ukrywam jednak, że po kilku dniach w tych ciężkich "buciorach" miałam ich już dość. Co więcej, moje porządne buty miały chyba w środku stalowe wzmocnienia i... namiętnie dzwoniły na bramkach na lotnisku. Jeśli chcecie sprawnie przejść przez kontrolę bezpieczeństwa, przygotujcie się na ich zdejmowanie! Osobiście więc polecam też drugą parę lżejszych butów, gdy przypadkiem traficie na lepszą pogodę, lajtową trasę i będziecie już na etapie ucieczki w krzaki na myśl o zakładaniu butów trekkingowych. Ja w jedną stronę miałam na sobie w samolocie trekkingowce, a na powrót, gdy zwolniło mi się trochę miejsca w walizce, założyłam te lżejsze.

Na koniec jeszcze jedna, kluczowa uwaga dotycząca islandzkiej nieprzewidywalności. W Polsce jesteśmy wręcz zalewani alertami pogodowymi. Dostajemy SMS-y tak często, że większość z nas (w tym ja!) przestała je w ogóle czytać. No bo umówmy się – kiedy system alarmuje z powagą, że „uwaga, jest lato i będzie ciepło” albo „idzie zima, spadnie śnieg”, to trudno zachować powagę. Albo taki zestawik z wczoraj (końcówka czerwca):


Dla wyjaśnienia: oczywiście nie spadła ani kropla deszczu, o burzy już nie wspomnę. No i popatrzcie na godzinę przyjścia tego o czadzie... o jego przydatności merytorycznej nawet nie wspomnę...

Na Islandii zasada jest jedna: tam alerty czyta się z pełną powagą i nabożnością. Jeśli islandzkie służby meteorologiczne ogłaszają alert żółty, to znaczy, że warunki będą trudne. Jeśli jednak na mapie pojawia się kolor pomarańczowy albo – nie daj Boże – czerwony, to absolutnie nie ma miejsca na polskie: „Eee tam, ja nie przejadę?”.

Alert na Islandii oznacza jedno: zamykane są drogi, wiatr potrafi zepchnąć z jezdni potężnego vana, a widoczność spada do zera. Tam natura nie negocjuje. Przed każdą, nawet najkrótszą trasą, Waszym porannym rytuałem powinno być sprawdzenie stron vedur.is (pogoda) oraz road.is (stan dróg). Są do tego też stosowne apki (polecam też apkę Safe Travel). Tamtejsze alerty to nie są czcze ostrzeżenia przed deszczykiem – to realne instrukcje przetrwania!

Oglądając jakiś vlog trafiłam na relację z sytuacji, gdy został ogłoszony alert pomarańczowy. Wiatr wiał tak, że trzęsł się cały dom! Szklanki z wodą dzwoniły na stole. Wyglądało to na prawdę przerażająco!

No dobrze, ale wyobraźcie sobie sytuację: macie zaplanowaną trasę, opłacone noclegi w różnych miejscach, rano rzucacie okiem na mapę, a tam świeci się wielki, pomarańczowy lub czerwony komunikat: ZAKAZ WYCHODZENIA Z DOMU. Drogi zablokowane. I co wtedy?

To jest właśnie ta ciemna strona islandzkiego planowania, o której rzadko pisze się w pięknych przewodnikach, a z którą trzeba się po prostu liczyć. Jeśli utkniecie w jednym miejscu i nie dacie rady fizycznie przemieścić się do kolejnej kwatery, nikt Wam nie zwróci pieniędzy za niewykorzystany nocleg. Siła wyższa, żywioł, Islandia – lokalni gospodarze są do tego przyzwyczajeni a biznes to biznes.

Z drugiej strony pojawia się kolejny problem: co z miejscem, w którym aktualnie koczujecie? Jeśli na Wasze pokoje czekają już następni podróżni, przedłużenie pobytu o kolejną dobę może graniczyć z cudem. Wtedy zaczyna się nerwowe szukanie czegokolwiek w okolicy, co ma dach i nie zostanie zdmuchnięte przez wiatr. Z drugiej strony, to skoro my nie możemy się przemieścić, to może kolejni podróżni też nie dojadą...chyba. A co jeśli musimy dojechać na lotnisko bo mamy samolot do domu a w pracy czeka na nas fura dokumentów i delikatnie mówiąc zdenerwowany szef?

Podróżowanie po tej wyspie to nie są rurki z kremem. Oprócz spakowania dobrej puchówki i kabanosów, trzeba mieć w sobie ogromne pokłady elastyczności i... przygotowany finansowy bufor na sytuacje awaryjne. Natura na Islandii zawsze rozdaje karty, a my możemy jedynie grzecznie dostosować się do jej zasad!

Podsumowując, sprawdzajcie alerty pogodowe, pakujcie się mądrze (pisałam już o ilości bagażu? ;) ), bądźcie gotowi na wszystko i pamiętajcie – jeśli nie ma alertów, nie ma złej pogody, jest tylko nieodpowiednio dobrana puchówka! 😉

Islandia na talerzu, czyli jak nie pójść z torbami (nasz „Patent na Wypad” 😉)

Umówmy się, Islandia jest potwornie droga. Zresztą, co tu się umawiać, fakty są faktami. Oficjalnie okrzyknięto ją najdroższym krajem na świecie w 2026 roku. Oczywiście, jeśli macie nieograniczony budżet, to kto bogatemu zabroni? Ale jeśli nie należycie do tej finansowej elity i widzicie talerz zwykłej zupy pomidorowej za ponad 100 zł, zaczynacie intensywnie myśleć. Co prawda knajpy często oferują te zupy z darmową dolewką, ale to raczej wymysł nieświadomego "januszowych" metod Islanczyka – gdyby cała wycieczka przykolegowała się do jednego talerza i każdy po kolei brał dokładkę, raczej szybko by zweryfikowali swoje poglądy. W sumie to biorąc pod uwagę ilość polskich turystów w Islandii dziwię się, że jeszcze tego nie zrobili. A może zrobili? My na tą sławetną pomidorówkę nie poszliśmy, więc w sumie to nie wiem jak jest teraz z tym na prawdę.

W każdym razie, my mieliśmy na to swój własny patent, czyli liofilizaty, wspomniane wcześniej kabanosy i walkę z żywiołem

Naszą bazą obiadową były liofilizaty. Są lekkie, zajmują mało miejsca w bagażu, a przygotowanie ich to bajka. Z Polski zabraliśmy malutki palnik nakręcany na kartusz gazowy (gaz kupiliśmy na miejscu, bo do samolotu tego brać nie można), a z wypożyczalni aut dostaliśmy garnek. Do tego wielofunkcyjny niezbędnik (łyżka, widelec i nóż w jednym) i obiad gotowy – prosto z torebki! I wiecie co? Te liofile wcale nie były najgorsze, zwłaszcza gdy przypominaliśmy sobie cenę pomidorówki w restauracji. Ale fakt, że przed wyjazdem zrobiliśmy sobie liofiparty (ta nazwa to mój osobisty "patent"), czyli imprezę, na której testowaliśmy liofilizowane dania różnych producentów.

Taka mobilna kuchnia to genialna sprawa, bo jecie, kiedy chcecie i gdzie chcecie – często w miejscach, gdzie najbliższa gastronomia to abstrakcja. 

Choć raz Islandia utarła nam nosa. Trafił nam się dzień z tak potwornym wiatrem, że za nic w świecie nie mogliśmy znaleźć skrawka przestrzeni, by odpalić nasz mini-palnik. Wiatr zdmuchiwał płomień wszędzie. Trzeba było obejść się smakiem, a raczej cukierkami.

Poczułam się wtedy trochę jak słynna francuska królowa Maria Antonina, która na wieść o tym, że poddani nie mają chleba, miała rzec: „Niech jedzą ciastka!”. No więc my, nie mogąc ugotować obiadu, z godnością godną wersalskiego dworu, wcinaliśmy landrynki na islandzkim pustkowiu. I wiecie co? Zadziałało! (...) Stało się to nawet naszym klasykiem i motywacyjnym żartem wyprawy: „Weź zjedz cukierka, to jeszcze godzinę pojedziesz!”. Działało bezbłędnie przy intensywnym zwiedzaniu.

Jeśli chodzi o śniadania i kolacje, postawiliśmy na prostotę. Część rzeczy kupowaliśmy w lokalnych marketach na zwykłe kanapki (jajka są w miarę znośne cenowo, choć na Islandii nie widziałam ani jednej kury), ale zapas z Polski okazał się kluczowy. Idealnie sprawdziły się kiełbasy, które w Polsce można kupić w marketach i nie wymagają trzymania w lodówce.

Mój syn śmiał się do rozpuku, kiedy pakowałam do walizki kolejne paczki kabanosów. I wiecie co? Zeszły w trzy dni! Rozeszły się jak świeże bułeczki (bochenek chleba też wzięłam, a co!).

Może teraz przyjdzie Wam do głowy taka myśl: a może McDonald’s? Cóż... Islandia to jeden z niewielu krajów na świecie, który całkowicie „odciął się” od kultowego złotego łuku. Ostatni burger z tej sieci został tam sprzedany w 2009 roku, kiedy to kryzys finansowy tak mocno uderzył w wyspę, że importowanie specjalnych składników stało się dla lokalnego franczyzobiorcy kompletnie nieopłacalne. Zamiast podnosić ceny burgerów do astronomicznych kwot, McDonald’s po prostu spakował walizki i opuścił Islandię na dobre.

Co ciekawe, Islandczycy zrobili z tego małą legendę. Ostatni zakupiony w kraju zestaw – cheeseburger z frytkami – nie został zjedzony, lecz trafił do... muzeum! Mimo że minęło już siedemnaście lat, zestaw wygląda niemal tak samo jak w dniu zakupu, co jest świetną reklamą dla islandzkiego powietrza... albo konserwantów.

Podsumowując, da się przeżyć na Islandii bez brania kredytu na jedzenie. Wystarczy dobra logistyka, kilka (czyli dużo ;) ) paczek kabanosów, liofilizaty i sprawdzona ekipa, która nie pogardzi obiadem z widokiem na Diamentową Plażę, przygotowanym na przydrożnym parkingu!

Islandzkie atrakcje za bezcen? Odczarowujemy luksus! 💸🏔️

Skoro już ustaliliśmy, że Islandia potrafi zrujnować portfel jedzeniem, czas na ogromne, pozytywne zaskoczenie. Choć kraj ten uchodzi za piekielnie drogi, to pod względem zwiedzania natury jest niesamowicie łaskawy dla kieszeni.

Większość genialnych wodospadów, monumentalnych kanionów czy słynnych czarnych plaż jest całkowicie darmowa. Nie ma biletów wstępu, bramek ani kas biletowych. Jedyne, za co płacicie, to parking. Najłatwiej ogarnąć te płatności aplikacjami Parka, lub rzadziej EasyPark, ale uwaga, te aplikacje pobierają za płatności swoje myto od ok 90 do 150 ISK (czerwiec 2026).

Standardowa opłata za parking przy większości głównych atrakcji to 1000 koron islandzkich (ISK). Kiedy Polak słyszy słowo „tysiąc”, w pierwszym odruchu dostaje lekkiego zawału serca. Wizja wydania tysiaka na postój samochodu brzmi jak czyste szaleństwo! Na szczęście wyspiarska waluta szybko sprowadza nas na ziemię. W przeliczeniu na złotówki to zaledwie około 30 zł.

Gdy podróżuje się w cztery osoby jednym samochodem, ta kwota rozkłada się na śmieszne grosze. Biorąc pod uwagę, ile kosztują wejściówki do byle jakich zamków czy parków w innych zakątkach Europy, islandzki „standardzik” parkingowy za trzy dychy za całe auto to wręcz rewelacyjna cena.

Podczas całej naszej trasy po południowej Islandii tylko dwa miejsca wyłamały się z tego trzydziestozłotowego schematu:

Półtora raza więcej (1400 ISK) zapłaciliśmy na parkingu pod tą słynną, trójkątną „Górą Kościelną”, czyli Kirkjufell. No cóż, bycie najbardziej fotogenicznym symbolem Islandii ma swoją cenę, nawet na parkingu! 

Inna sprawa, że zrobienie kultowego zdjęcia i dojście do punktu, z którego to zdjęcie się robi zajmuje nie więcej niż 20 min, a i w 5 się da radę jak się ktoś postara.

Z kolei jedynym miejscem, gdzie zapłaciliśmy za sam wstęp (i to od osoby, a nie za auto), był wulkan Kerið na trasie Złotego Kręgu. To ten niesamowity, czerwony krater z turkusowym jeziorem w środku. Opłata jest jednak dość symboliczna (700 ISK), a zebrane fundusze idą na ochronę tego prywatnego terenu i utrzymanie bezpiecznych ścieżek, więc osobiście nie mam tu żadnych zastrzeżeń!

Jak widzicie,  Islandia potrafi być droga, ale natura wciąż pozostaje tam dobrem wspólnym. Jeśli zepniecie budżet na jedzeniu i paliwie, samo oglądanie cudów świata nie zrujnuje Waszego konta. Wystarczy oswoić się z myślą, że „tysiąc za parking” to w gruncie rzeczy bardzo uczciwa cena! 😉

Gotówka czy karta na Islandii? Odwieczny spór i islandzka rzeczywistość 💳 vs 💵

Przed wyjazdem na Islandię w wielu polskich domach staje na ostrzu noża odwieczny dylemat: brać gotówkę czy polegać wyłącznie na plastiku?

W naszym teamie mamy podział idealny. Ja jestem fanką płatności bezgotówkowych. Mój mąż z kolei to dumny „Pan Gotówka”. Szanuję to podejście, bo tradycyjny pieniądz w kieszeni daje jednak poczucie niezależności. Co w takim razie brać na Islandię? Cash czy card? ;) Los (a raczej realia polskiego rynku) szybko jednak zweryfikował nasze dylematy. Okazało się, że w żadnym kantorze w naszym rodzinnym mieście koron islandzkich po prostu nie było. Chcąc nie chcąc, spakowaliśmy karty i ruszyliśmy w nieznane.

Czy na Islandii da się przeżyć bez ani jednej papierowej korony? Tak, w stu procentach!

Islandia to finansowy XXI wiek (a może nawet XXII). Przez całą wyprawę nie dotknęliśmy ani jednego fizycznego banknotu, nie widzieliśmy na oczy monet z rybkami i ani razu – powtarzam, ani razu – nie mieliśmy z tego powodu najmniejszego problemu.

Tam karta jest absolutnym królem. Zapłacicie nią w ekskluzywnej restauracji (nie, żebyśmy to sprawdzali, nawet w nieekskluzywnej), na stacji benzynowej pośrodku niczego (zresztą większość stacji na Islandii jest bezobsługowa, więc tam po prostu nie zapłacisz inaczej), na wspomnianym wcześniej automacie parkingowym za 1000 koron, a nawet za wejście do toalety publicznej! Tak, nawet na klamkach w kibelkach (albo bramkach wejściowych) wiszą terminale płatnicze.

Czy ten bezgotówkowy raj to wyłącznie powód do zachwytu? Rozumiem obawy mojego męża i sama mam tu spore wewnętrzne rozdarcie. Z jednej strony – wygoda jest nieziemska. Z drugiej – doskonale znam analizy pokazujące drugie dno tego systemu. Każde kliknięcie kartą to prowizje dla banków i gigantów obsługujących terminale, które ostatecznie i tak ukryte są w cenach produktów.

No i kwestia najważniejsza: pełna kontrola. Płacąc wszędzie plastikiem, zostawiamy cyfrowy ślad na każdym kroku. Wiadomo, gdzie jedliśmy, gdzie tankowaliśmy i z której toalety korzystaliśmy o 14:15. Ta świadomość bycia pod ciągłą obserwacją systemu potrafi budzić wewnętrzny sprzeciw u każdego, kto ceni sobie prywatność. A jaka to informacja dla US! Pojechał na Islandię burżuj jeden, sprawdźmy skąd ma kasę!

Jednak walka z wszechobecną cyfryzacją na Islandii to typowa walka z wiatrakami. Jeśli ktoś kategorycznie odmawia płacenia kartą, na Islandii po prostu często... nie zje, nie zatankuje i nie zaparkuje.

Zostawcie więc poszukiwania islandzkich koron w polskich kantorach, bo to strata czasu. Przed wylotem załóżcie dobrą kartę wielowalutową (np. Revolut), spakujcie telefon z podpiętą płatnością i... pogódźcie się z tym, że na czas urlopu Wasz bank dowie się o Was wszystkiego, US i tak dowie się  z fotek na FB albo innym Insta. Islandia nie daje wyboru!

Islandzka woda, czyli prehistoryczne bakterie, siki owcy i wielki smród siarki 💦🤢

Przed wyjazdem na Islandię przeczytałam chyba cały internet. Wszyscy jak jeden mąż powtarzali: „Nie kupujcie wody! Tam pije się wodę prosto z rzeki, jeziora albo prosto z topniejącego lodowca!”.

I tu włączyła się moja wewnętrzna, polska podejrzliwość. Woda z lodowca? Przecież w lodzie prehistoryczne bakterie potrafią przetrwać tysiące lat. Wizja złapania jakiejś zamrożonej w paleolicie infekcji i testowanie na niej naszego NFZ-u jakoś mnie nie kręciła. 

A rzeki? No umówmy się – skąd mam wiedzieć, czy sto metrów wyżej jakaś islandzka owca nie zrobiła sobie tam toalety, albo czy w krzakach nie pływa ryba do góry brzuchem? Choćby woda wyglądała na najczystszą na świecie, bariera psychologiczna była silniejsza.

Na szczęście jest genialna alternatywa, czyli najzwyklejsza (prawie) kranówka.

W domu, w moim rodzinnym mieście, woda jest tak dobra, że bez obaw piję kranówkę. I na Islandii jest dokładnie tak samo – kranówka jest genialna, krystaliczna i zdrowa. Kupowanie butelkowanej wody w marketach to czysty grzech i marnowanie ciężkich koron. My na początku dostaliśmy od właściciela pierwszej miejscówki (który notabene okazał się Polakiem) dwie butelki wody, które przez resztę wyjazdu służyły nam po prostu jako wielorazowe bidony podróżne napełniane w kwaterach.

Jest jednak jeden, kluczowy i niezwykle aromatyczny haczyk. Pijemy WYŁĄCZNIE wodę zimną. Dlaczego? Bo ciepła woda na Islandii pachnie... no, powiedzmy wprost – zgniłym jajem. 🥚💨

Islandia wulkanami stoi, co oznacza niesamowite dobrodziejstwo: wszechobecne wody termalne. Islandczycy nie muszą podgrzewać wody w piecach. Oni po prostu pompują wrzątek prosto z ziemi. Dzięki temu ogrzewanie jest tanie, a niemal każdy dom ma na podwórku własne jacuzzi, w którym można się pławić nawet zimą. Raj? Teoretycznie tak. W praktyce ta woda jest niesamowicie nasycona siarkowodorem.

Jeśli jedziecie w Polsce do uzdrowiska (np. do Kudowy-Zdroju) i pijecie tamtejsze wody mineralne ze specjalnego kubeczka, to wiecie, że to „pachnie zdrowiem” i jakoś to akceptujecie. Ale codzienne życie w tym zapachu to zupełnie inna bajka.

Moim największym życiowym koszmarem na tym wyjeździe było mycie zębów. Woda z zimnego kranu jest tak lodowata jakby rzeczywiście płynęła prosto z lodowca (a może faktycznie z niego płynie?), że płukanie nią zębów to absolutny, paraliżujący ból i hardcore dla dziąseł. Na szczęście w kranach jest ciepła woda. Odkręcasz więc nią, płuczesz usta i... natychmiast zbiera cię na wymioty przez zapach zgniłego jaja. Musisz czyścić zęby od nowa. I tak w kółko!

Sytuacji nie poprawia fakt, że przed tym zapachem nie ma ucieczki. Któregoś dnia po relaksie w termalnym jacuzzi stwierdziłam: „Dobra, posiedziałam w tym śmierdzielu, czas iść pod prysznic i się porządnie spłukać”. Wchodzę do kabiny, odkręcam ciepłą wodę, a zza słuchawki oczywiście bucha we mnie dokładnie ten sam, intensywny zapach siarki.

Co ciekawe, im bliżej Reykjaviku, tym zapach bardziej intensywny. No ale jeśli się chce mieszkać w stolycy... ;)

Jednym słowem islandzkie gorące źródła i ekologiczne ogrzewanie są super, ale przygotujcie się psychicznie na to, że zapach zgniłego jaja będzie Waszym wiernym towarzyszem przez całą podróż. Bierzcie to na klatę, pijcie tylko zimną kranówkę i... powodzenia przy porannej toalecie! 😉

Kiedy jechać na Islandię? Letnie kolory vs Zimowa zorza 🌤️❄️

Wydaje mi się, że Islandia jest absolutnie przepiękna o każdej porze roku. Choć sama doświadczyłam jej uroków wyłącznie latem, to mam silne poczucie, że to właśnie ta cieplejsza połowa roku jest jednak atrakcyjniejsza pod kątem intensywnego zwiedzania.

Dlaczego? Po pierwsze, białe noce. Słońce właściwie nie zachodzi, co daje Wam nieograniczony czas na eksplorację. Po drugie, dostępność. Mnóstwo kultowych dróg (zwłaszcza tych prowadzących w głąb interioru) jest otwartych tylko i wyłącznie latem. Po trzecie: kolory. Krajobraz mieni się wtedy soczystą zielenią, fioletem łubinu i głęboką czernią wulkanicznych skał. Zimą zapewne wszystko – albo prawie wszystko – przykrywa biała kołdra. Znikają kontrasty, a droga staje się wyzwaniem samym w sobie.

Oczywiście wszystko zależy od tego, co tak naprawdę chcecie zobaczyć. Jeśli Waszym największym marzeniem jest upolowanie spektakularnej zorzy polarnej, to cóż... w czerwcu możecie o tym zapomnieć. Na zorzę trzeba polować w zimniejszych, ciemniejszych miesiącach.

Żeby ułatwić Wam ten życiowy wybór, mam dla Was coś genialnego. Jakiś czas temu, przeczesując internet w poszukiwaniu podróżniczych inspiracji, trafiłam na niesamowitą tabelę podsumowującą Islandię miesiąc po miesiącu. Niestety, uciekło mi gdzieś nazwisko autora, a zapisałam sobie tylko samą treść. Z góry bardzo przepraszam twórcę – jeśli ktoś z Was rozpoznaje swoje dzieło, dajcie znać w komentarzu, a z wielką chęcią dopiszę tutaj imię, nazwisko lub link do Waszego bloga, bo absolutnie nie chcę naruszać niczyich praw autorskich! Tak, widzę, że tam jest adres strony, ale wolę jednak dmuchać na zimno.

Tabela jest jednak tak świetna, przejrzysta i pomocna, że po prostu muszę się nią z Waściami podzielić, żeby każdy z Was mógł idealnie zaplanować swoją islandzką przygodę.

Spójrzcie na to:

Fioletowy szał i jasność nocy, czyli dlaczego czerwiec to urlopowy majstersztyk 🌸👀

Dla mnie absolutnie najlepszym czasem na zwiedzanie Islandii jest czerwiec. Ten miesiąc ma w sobie coś tak obłędnego, że człowieka oszałamia już w momencie, gdy samolot dotyka kołami pasa startowego. Co to takiego? Łubiny. Te fioletowe dywany ciągnące się po horyzont są po prostu niesamowite! Dla mnie Islandia to absolutny cud natury i kraj, który... nawet chwasty ma piękne. No bo nie wiem czy wiecie, że ten spektakularny łubin, który tak namiętnie wszyscy fotografują, to dla Islandczyków zwyczajny, wręcz ekspansywny chwast!

Sprowadził go tam w 1945 roku pewien przedsiębiorczy facet – dyrektor ds. leśnictwa, Hakon Bjarnason. Miał genialny plan: łubin miał pomóc w walce z potężną erozją gleby i użyźnić islandzkie pustkowia. Plan wypalił aż za dobrze. Łubin poczuł się na wyspie jak w raju, zdominował krajobraz i dziś rośnie dosłownie wszędzie. Jedni go nienawidzą, bo wypiera rodzimą roślinność, a turyści... turyści go kochają, bo wygląda jak z bajki!

Połowa czerwca to idealny moment na Islandię z jeszcze jednego powodu: białych nocy. Słońce w czerwcu chowa się za horyzont tylko na moment, a w środku nocy jest tak jasno, jak w środku dnia. To daje niesamowitą supermoc – możecie zwiedzać, kiedy tylko chcecie!

Wielu podróżników celowo rusza na szlak nocą, żeby uniknąć gigantycznych tłumów przy największych atrakcjach. Sama to potwierdzam! Taki na przykład Seljalandsfoss zwiedzaliśmy jakoś tuż przed północą. Efekt? Ludzi jak na lekarstwo, kompletny spokój, a słońce wiszące nisko nad horyzontem tak genialnie przeświecało przez ścianę spadającej wody, że zdjęcia wyszły po prostu kosmiczne!

Żeby jednak nie było zbyt kolorowo – białe noce mają swoją mroczną (a raczej jaskrawą) stronę. Obowiązkowym wyposażeniem Waszej walizki musi być opaska na oczy do spania! Bez tego ani rusz.

W każdej z naszych miejscówek okna były co prawda wyposażone w grube zasłony, ale prawda jest taka, że one nigdy nie są w 100% szczelne. Którejś nocy obudziłam się, uchyliłam na chwilę opaskę i zamarłam. Byłam święcie przekonana, że ktoś stoi pod domkiem i świeci mi prosto w twarz potężnym reflektorem! A to po prostu islandzkie, czerwcowe słońce bezczelnie wdarło się przez mikroskopijną szparę w zasłonie. Jeśli jesteście wrażliwi na światło podczas snu – to będzie dla Was prawdziwy hardcore.

Przez to, że na zewnątrz ciągle było jasno, kompletnie straciliśmy poczucie czasu. Ciągle chcieliśmy zobaczyć „jeszcze jedną rzecz, i jeszcze jedną, i kolejną...”. W efekcie kładliśmy się spać według czasu islandzkiego np. o 1:30 w nocy. Brzmi znośnie? Pamiętajcie o różnicy czasu! 1:30 na Islandii to 3:30 nad ranem w Polsce. Nasze organizmy, zakodowane od lat na wstawanie do pracy o określonej godzinie, bezlitośnie budziły nas według polskiego zegara biologicznego.

Efekt? Przez cały tydzień spaliśmy raptem po 4 godziny na dobę (a przynajmniej ja tak spałam). Dla mnie – osoby, która żeby normalnie funkcjonować i się wyspać potrzebuje bitych 9 godzin snu (tak, wiem, sporo, ale co poradzę!) – to był najbardziej intensywny urlop w życiu.

Czy wrócicie z takiego wyjazdu zmęczeni? Fizycznie – potwornie. Ale mimo wszystko... dla tych widoków, przestrzeni i fioletowych pól łubinu – warto jak nigdy nic innego!

Parkingi widma i toaletowy hardcore, czyli czego nie mówią Wam o Islandii 🚗🚽🗑️

Kiedy oglądamy zdjęcia z Islandii, widzimy nieskazitelną naturę, kosmiczne krajobrazy i totalną dzikość. Brzmi pięknie, dopóki w trasie nie dopadną Was najbardziej podstawowe ludzkie potrzeby, takie jak głód albo nagła potrzeba odwiedzenia toalety, bo wtedy islandzka rzeczywistość potrafi sprowadzić na ziemię szybciej niż lodowaty podmuch.

Zacznijmy od miejsc postojowych, za które płaci się chętnie i gęsto, bo ten nasz słynny standardzik za tysiąc koron obowiązuje na każdym kroku. Problem w tym, że bardzo często w zamian dostajecie po prostu kawałek wysypanego żwiru i nic poza tym. Zapomnijcie o znanej z polskich dróg infrastrukturze, bo stoliki, ławeczki czy zadaszenia, gdzie można spokojnie usiąść i zjeść przygotowany liofilizat, to tam rzadkość. Na większości zwykłych zjazdów nie ma kompletnie nic, a o toaletach możecie tylko pomarzyć.

Oczywiście przy tych największych, najbardziej obleganych atrakcjach toalety się zdarzają, ale to, co tam zastaliśmy, przerosło moje najśmielsze oczekiwania w tym negatywnym sensie. Weźmy taki Skogafoss, gdzie przy wodospadzie stoi duży budynek z całą masą bezpłatnych toalet. Wchodzę do środka i zamieram, bo chyba jeszcze nigdy w życiu nie widziałam tak potwornie zaśmieconych kibelków. Same muszle klozetowe może i były znośne (nie sprawdziłam, nie dotarłam, bo nie było jak), ale to, co działo się na podłodze, to był jakiś absolutny papierowy armagedon. Warstwa śmieci i chusteczek była tak gruba, że człowiek autentycznie bał się zrobić krok, żeby w coś nie wdepnąć.

Skąd coś takiego w tak cywilizowanym kraju? Odpowiedź okazała się banalna i niesamowicie zaskakująca, ponieważ na Islandii praktycznie nie ma koszy na śmieci. Na większości punktów widokowych i miejsc postojowych nie uświadczycie ani jednego śmietnika. Ja rozumiem ekologiczną ideę zabierania swoich śmieci ze sobą, ale życie pisze własne scenariusze. Wyobraźcie sobie, że przygotowujecie liofilizata na poboczu, coś się Wam wylewa, wycieracie i nagle zostajecie z górą mokrych, brudnych chusteczek. Przecież nie wrzucicie tego luzem do czystego samochodu, bo wszystko ulepicie. My na szczęście mieliśmy ze sobą zapasowe worki w bagażu, ale nie zawsze ma się je pod ręką. Brak koszy i brak toalet skutkuje jednym, bardzo niefajnym zjawiskiem, czyli masowym szukaniem toalety pod chmurką, co mocno mnie rozczarowało. Wiecie, załatwianie potrzeby fizjologicznej w naturze, zwłaszcza w polu łubinu może mieć swój urok, ale jeśli na przykład okropnie wieje, i jeszcze nie daj Boże leje, a do tego odczuwalna temperatura oscyluje wokół zera to trzeba mieć na prawdę mnóstwo samozaparcia, żeby coś zrobić ze swoją potrzebą.

Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze jeden gigantyczny przeciwnik, czyli wszechobecny, islandzki wiatr. Trzeba to bezwzględnie wziąć pod uwagę przy planowaniu podróży, bo nawet jeśli będziecie przygotowani idealnie, zabierzecie z Polski liofilizaty, kupicie na miejscu kartusz gazowy i wyciągniecie swoją mini-kuchenkę, to wiatr może Wam brutalnie zweryfikować te plany. Czasami na parkingu po prostu kompletnie nie ma możliwości, żeby się gdziekolwiek rozłożyć i odpalić płomień, bo wicher zdmuchuje wszystko w ułamek sekundy. Człowiek stoi wtedy głodny na tym pięknym pustkowiu i mimo posiadania całego sprzętu w bagażniku, musi obejść się smakiem. Dlatego ruszając w trasę po Islandii, oprócz prowiantu i palnika, obowiązkowo miejcie w schowku pod ręką rolkę mocnych worków na śmieci, paczkę chusteczek nawilżanych, żel antybakteryjny, kabanosy/cukierki/batoniki i przede wszystkim ogromne pokłady elastyczności, bo tamtejsza przyroda rządzi się własnymi prawami i nikomu nie ułatwia zadania.

Polskie eldorado na krańcu świata, czyli jak Islandia mówi do nas „dzień dobry”

Przed wylotem naczytałam się w internecie, że na Islandii można spotkać wielu naszych rodaków, ale to, co zastaliśmy na miejscu, przerosło nasze najśmielsze oczekiwania. Liczby nie kłamią i oficjalne statystyki pokazują, że Polacy stanowią już tam niemal 10% całego społeczeństwa i są zdecydowanie największą mniejszością narodową na wyspie. W praktyce oznacza to jedno: na Islandii na każdym kroku potykasz się o język polski i momentami możesz poczuć się jak na wakacjach nad bałtyckim kurorcie, tyle że z widokiem na lodowce i wulkany.

To wszechobecne poczucie „polskości” uderzyło nas już od pierwszych chwil i towarzyszyło nam przez całą wyprawę w najbardziej zaskakujących momentach. Jedna z naszych genialnych miejscówek noclegowych, uroczy dom, który wynajmowaliśmy, okazał się należeć do Polaka, co od razu skróciło dystans i ułatwiło całą logistykę. Mało tego, firma, od której wypożyczaliśmy nasz samochód na wyprawę, również była całkowicie polska. Kiedy wchodziliśmy do lokalnych marketów po składniki na codzienne kanapki, przy kasach namiętnie witały nas uśmiechnięte polskie sprzedawczynie, a na ulicach miast i przy turystycznych szlakach polska mowa niosła się echem z każdej strony, mieszając głosy mieszkających tam na stałe rodaków z tłumem takich jak my turystów. Co ciekawe, kasy samoobsługowe w jednym z najczęściej odwiedzanych przez turystów sklepach, czyli Kronan i Bonus (to takie odpowiedniki polskich Biedronek), były w 3 językach: islandzkim, angielskim...i polskim!!!!!

Prawdziwym hitem okazała się jednak droga powrotna i wizyta na lotnisku w Keflavíku. Człowiek nastawia się na międzynarodowe procedury i rozmówki po angielsku, a tymczasem  Security to w dużej mierze Polacy. Kiedy po przejściu bramek poszliśmy zrobić ostatnie przedwylotowe zakupy w strefie bezcłowej, tam przy ladach znowu stali polscy sprzedawcy. Choć przed wyjazdem teoretycznie byłam na to przygotowana psychicznie, to skala tego zjawiska na żywo i tak niesamowicie zaskakiwała. To niesamowite i bardzo miłe uczucie, kiedy jedziesz na odległą, surową wyspę pośrodku Oceanu Atlantyckiego, a ona na każdym kroku wita cię swojskim i serdecznym akcentem, sprawiając, że ten daleki koniec świata staje się nagle jakby trochę bliższy i bezpieczniejszy.

Zapraszam do mapy interaktywnej , która otworzy się dla Waszej wygody w nowym oknie. Najedź na wybraną pinezkę i kliknij nazwę lokalizacji, która pokaże Ci się pod mapą aby wyświetlić zdjęcia i link do odpowiedniego posta 😀. Kliknij strzałkę po prawej stronie nazwy lokalizacji, aby wyznaczyć do niej trasę. Powiększaj mapę aby zobaczyć więcej pinezek. Kliknij na napis "Patent na Wypad" (w wersji komórkowej na dole ekranu) aby wejść w legendę, gdzie znajdziesz listę lokalizacji lub będziesz mógł wpisać konkretną lokalizację w lupkę.
A jeśli chcecie przeczytać więcej wpisów w moim blogu, z pewnością ułatwi Wam to TA LISTA 
A może interesują Was gotowe propozycje tras? Zapraszam TUTAJ.

#patentnawypad #podroz #podroze #blog #travelblog #travel #ciekawostki #porady #tipy #wskazówki #tips #inspiracje #sugestie #rady #islandia


Komentarze