Dzień Off-roadu- Islandia 2026
Opuściliśmy naszą bazę wypadową w okolicach Złotego Kręgu (TUTAJ możecie przeczytać o tym co już zobaczyliśmy w ramach tej atrakcji) i przemieściliśmy się do kolejnej miejscówki. Pierwszym punktem programu był wodospad Brúarfoss.
Zanim jednak dane nam było zachwycić się naturą, musieliśmy zaliczyć standardową islandzką procedurę parkingową. Parking okazał się po prostu kawałkiem uklepanej ziemi. Na dzień dobry powitała nas informacja o kamerach i konieczności uiszczenia opłaty – w końcu za luksus stania na szutrze trzeba zapłacić. Oczywiście, jak to mam w swoim zwyczaju, muszę się pożalić na toalety. Wiem, że to może błahy problem, ale w praktyce często okazuje się istotny, zwłaszcza gdy się jest kobietą i nie można się po prostu odwrócić do drzewka ;) Inna sprawa, że na Islandii drzewka są artykułem dość deficytowym ;) Tu jednak akurat drzewka były, ale toalety niestety nie. No po prostu dramat w trzech aktach, bo przecież człowiek po dłuższej trasie ma swoje naturalne potrzeby, a biologia nie słucha argumentów o braku infrastruktury.
Żeby było jeszcze śmieszniej i bardziej absurdalnie, tuż po wejściu na ścieżkę prowadzącą do wodospadu, po lewej stronie wyrósł dumny znak.
Przekaz był jasny i czytelny: kategoryczny zakaz załatwiania potrzeb fizjologicznych na łonie natury. I w tym momencie człowiek staje przed głębokim dylematem egzystencjalnym. W cywilizowanym przybytku nie możesz, bo go nie ma, a w krzakach też nie, bo grozi ci ekologiczny lincz. Nie ukrywam, byłam tym faktem potężnie zniesmaczona. Droga Islandio – jeśli kasujesz za parking, daj ludziom żyć! Jeśli nie chce się stawiać toalet, to zabranianie ludziom korzystania z krzaków jest po prostu niehumanitarne.
Na szczęście niesmak minął błyskawicznie, gdy tylko dotarliśmy do celu. To, co zobaczyliśmy, to był jakiś absolutny kosmos.
Brúarfoss nie bez powodu bywa nazywany „najbardziej niebieskim wodospadem Islandii”. Woda ma tam tak nierealny kolor, jakby ktoś u góry wylał do rzeki całe zapasy intensywnie niebieskiej farby. Nie szmaragdowy – bo szmaragd wpada w zieleń – ale czysty, głęboki, hipnotyzujący błękit, który aż razi w oczy. Coś nieprawdopodobnego!
Oczywiście, jak na blogerkę przystało, natychmiast przeszłam w tryb lekkiego lansu i zaczęliśmy polowanie na idealne kadry. Nad rzeką rozciąga się charakterystyczny most, ale jeśli chcecie zrobić najlepsze ujęcia, trzeba zejść na dół. Tyle że to „na dół” to w rzeczywistości mała, surowa półka skalna tuż pod konstrukcją. Miejsca jest tam jak na lekarstwo – dosłownie na kilka osób – a w pakiecie startowym dostajecie okrągłe zero jakichkolwiek barierek czy zabezpieczeń. Po prostu stoisz na mokrej skale, a tuż obok huczy lodowata woda.
Porobiliśmy zdjęcia i kiedy już zbierałam się do powrotu na górę, nastąpił niespodziewany atak. Z góry runęła na nas potężna, zorganizowana wycieczka azjatycka. Zawsze żyłam w przekonaniu, że to turyści z tamtych rejonów świata słyną z niezwykłej uprzejmości, kłaniania się w pas i żelaznego przestrzegania reguł społecznych. No cóż... teoria drastycznie minęła się z praktyką.
Zamiast poczekać, aż wdrapię się z powrotem i zrobię im miejsce na tej ciasnej przestrzeni, cała ta banda ruszyła na chama w dół. Pchali się z impetem, taranując wszystko na swojej drodze i zupełnie ignorując fakt, że stoimy na niezabezpieczonej niczym krawędzi, a fizyka nie pozwala, byśmy zmieścili się tam wszyscy naraz. Zamiast kulturalnej wymiany przestrzeni, wyszła z tego regularna walka o przetrwanie i równowagę na skraju głębokiej wody. Byłam autentycznie zniesmaczona ich zachowaniem – ot, taka mała przestroga, że azjatycka grzeczność czasami kończy się dokładnie tam, gdzie zaczyna się walka o idealne selfie.
Kolejnym punktem na naszej trasie był punkt widokowy oznaczony na mapie jako Hrafnagjá Observation Deck. To niesamowita platforma, z której można z góry podziwiać potęgę geologii. Stoisz tam i patrzysz prosto na miejsce, gdzie stykają się – a raczej spektakularnie rozchodzą – dwie ogromne płyty tektoniczne: północnoamerykańska oraz euroazjatycka.
Czy wiedzieliście, że Islandia to jedyne miejsce na świecie, gdzie grzbiet śródatlantycki wystaje ponad poziom morza? Te dwie płyty oddalają się od siebie w tempie około dwóch centymetrów rocznie. Oznacza to, że Islandia dosłownie pęka w szwach, a jej terytorium co roku zyskuje trochę darmowej przestrzeni.
Od razu przypomniała mi się kultowa scena z „Sami swoi”, w której konflikt stulecia wybuchł o to, że Kargul zaorał ziemię Pawlaka na trzy palce za daleko. Na Islandii cała ta sąsiedzka awantura rozwiązałaby się sama! Płyty tektoniczne rocznie rozsuwają się niemal o te słynne trzy palce, więc co roku przybywa tu kawałek ziemi bez żadnego kłótliwego sąsiada i bez podpalania stodoły. Pawlak z Kargulem na pewno mieliby tu nieziemską zagwozdkę, sprawdzając, czyja krowa właśnie przeszła z terytorium europejskiego na amerykańskie, choć przy tym tempie na realne powiększenie działki pod budowę domu trzeba by jednak mieć anielską cierpliwość!
Po dalszej krótkiej jeździe zaparkowaliśmy auto na kolejnym parkingu, wokół którego panowało trudne do opisania zamieszanie. Wszędzie kręcili się technicy, rozstawiano potężne rusztowania, nagłośnienie i ogromną scenę. Szybki rzut oka w internetowy kalendarz wydarzeń wyjaśnił całą tę tajemnicę – u nas był akurat 18 czerwca, a z oficjalnych zapowiedzi wynikało, że już dwa dni później, dokładnie 20 czerwca w noc przesilenia letniego, całą tę przestrzeń miał przejąć we władanie absolutny gigant islandzkiego blues-rocka, czyli zespół KALEO! Okazało się, że szykowano tu wielki festiwal BERGMÁL. Ekipa montująca scenę uwijała się jak w ukropie, przygotowując teren pod to wielkie muzyczne święto w otoczeniu płyt tektonicznych. W powietrzu czuć było ogromne podekscytowanie zbliżającym się wydarzeniem. Trzeba przyznać Islandczykom jedno: rozmachu w organizowaniu koncertów światowego formatu w samym sercu surowej natury odmówić im po prostu nie można!
Z parkingu ruszyliśmy prosto w głąb spektakularnego wąwozu. Fakt, przez to całe zamieszanie z koncertem musieliśmy dreptać naokoło, ale na szczęście pogoda była piękna. Całe to magiczne miejsce to oczywiście słynny Park Narodowy Þingvellir, a sam kanion, w którym dosłownie spaceruje się pomiędzy dwoma kontynentami, nazywa się Almannagjá.
Þingvellir to nie tylko park narodowy i geologiczny fenomen, ale też żelazny, obowiązkowy punkt każdego przejazdu Złotym Kręgiem – to właśnie tu historia najstarszego parlamentu świata styka się z pękającą ziemią.
Ściany z czarnej, zastygłej lawy wznoszące się po obu stronach ścieżki robią piorunujące wrażenie. Idąc kładką, dotarliśmy najpierw do wodospadu Öxarárfoss.
Woda spada tam z hukiem prosto do wąwozu, rozbijając się o ciemne skały. Widok jest niezwykle surowy i fotogeniczny.
Po zrobieniu miliona zdjęć, bo w końcu na blogu musi być idealnie, ruszyliśmy drewnianym pomostem dalej, by po chwili wyjść na zewnątrz kanionu i skierować się w stronę miejsca o dość ponurej sławie – Drekkingarhylur.
Drekkingarhylur, czyli w dosłownym tłumaczeniu „Wyciszone Miejsce” lub po prostu Worek do Topienia, to uroczo wyglądające zakole rzeki Öxará z krystalicznie czystą wodą. Jednak tablica informacyjna, którą tam zastaliśmy, błyskawicznie starła uśmiech z twarzy i przypomniała, że dawne islandzkie prawo od czasów reformacji w szesnastym i aż do połowy osiemnastego wieku nie znało litości. To właśnie tutaj Alþingi, czyli najstarszy parlament świata, zatwierdzał wyroki śmierci, które później wykonywano na miejscu w wyjątkowo brutalny sposób. Kobiety skazane za kazirodztwo, bójki czy dzieciobójstwo były wiązane, wpychane do wielkich worków, wrzucane do lodowatej toni Drekkingarhylur i trzymane pod wodą aż do utonięcia. Mężczyźni mieli z kolei zupełnie inny los, bo w zależności od paragrafu byli ścinani na pobliskim ostrowiu Höggstokkseyri lub wieszani na Szubienicznej Skale zwanej Gálgaklettar. Z kolei osoby oskarżone o czary kończyły swój żywot na stosie w wąwozie Brennugjá. Stojąc nad tym cichym, pięknym lustrem wody, trudno było uwierzyć, że ta bajkowa sceneria była świadkiem tak potwornych dramatów. To niesamowity, choć mroczny kontrast, gdzie z jednej strony mamy zapierające dech w piersiach cuda natury i przygotowania do rockowego koncertu, a z drugiej namacalną, krwawą historię dawnych mieszkańców wyspy. Swoją drogą, Islandczycy mieli fantazję w wymyślaniu kar. Skazywanie kobiet za bójki na karę śmierci to chyba trochę przesada. A tak w ogóle – jaką karę za te same przewinienia odbywali mężczyźni? Znając ich zamiłowanie do siłowego argumentowania swoich racji, gdyby byli skazywani na to samo co kobiety, na Islandii pozostałaby wyłącznie płeć piękna nieagresywna, a filmowa Seksmisja stałaby się faktem.
Po opuszczeniu tego mrocznego zakola rzeki ruszyliśmy dalej i z powrotem zagłębiliśmy się w kanion, którego potężne, skalne ściany z każdym krokiem zdawały się coraz bardziej zaciskać wokół nas. Właśnie w tym surowym korytarzu dotarliśmy do miejsca, które z pozoru wyglądało dość skromnie – ot, skalna półka ze sterczącym dumnie masztem z islandzką flagą. Okazało się jednak, że to absolutna geologiczna i historyczna świętość, czyli Lögberg – Skała Prawa. To właśnie tutaj znajdowało się serce najstarszego parlamentu świata, Alþingi, który funkcjonuje od 930 roku! Z tablicy informacyjnej dowiedzieliśmy się, że to właśnie w tym punkcie, na szczycie zbocza Hallurinn, Głosiciel Prawa "publikował" nowe przepisy i wygłaszał przemówienia do zgromadzonego w dole tłumu. Choć dziś historycy spierają się o dokładną lokalizację tej mównicy, to właśnie ten niepozorny punkt z flagą symbolizuje miejsce, w którym narodziła się islandzka demokracja.
Swoją drogą, nietrudno się domyślić, dlaczego to wąskie gardło stało się później areną wszystkich masowych imprez narodowych – skoro fundamenty pod państwowość postawiono tu już w X wieku, to tradycję trzeba było kontynuować. Nic dziwnego, że w 1874 roku Islandczycy hucznie świętowali tu tysiąclecie zasiedlenia wyspy, a król Danii wręczył im pierwszą konstytucję. Z kolei w 1930 roku zjechali się tłumnie na okrągłe tysiąclecie swojego parlamentu. Najważniejsza impreza odbyła się tu jednak 17 czerwca 1944 roku – w samym środku wojennej zawieruchy Islandczycy wykorzystali moment, gdy Dania miała inne problemy na głowie, zerwali z duńską koroną i pośród tych samych skał uroczyście ogłosili pełną niepodległość. My spacerowaliśmy tam dokładnie 18 czerwca, czyli dzień po rocznicy tego wydarzenia, więc idealnie wstrzeliliśmy się w moment, gdy narodowa duma wciąż unosiła się w powietrzu. Trzeba przyznać, że rozmach w zapraszaniu całego narodu na debaty w ciasnym, tektonicznym pęknięciu robi wrażenie – Pawlak z Kargulem na pewno mieliby problem z wyznaczeniem tam bezpiecznej odległości na machanie kosą, a o miedzę kłóciliby się pewnie z samym Głosicielem Prawa. Idąc dalej tym imponującym korytarzem, aż trudno było uwierzyć, jak wiele skrajnych emocji – od mrocznych wyroków w worku po niepodległościowe wiwaty i polityczne debaty – potrafi pomieścić jedno pęknięcie w ziemi.
Kawałek dalej natura postanowiła nam dosadnie przypomnieć, że te wspomniane dwa centymetry rocznie to nie są jakieś tam czysto teoretyczne, akademickie wyliczenia, a Islandia naprawdę cały czas pęka pod nogami. Dotarliśmy do miejsca, gdzie na szlaku stanęła tablica z wymownym tytułem: „A fissure opens up”. Okazało się, że dokładnie pod tą żwirową ścieżką, którą tak beztrosko maszerowaliśmy, w marcu 2011 roku nagle, bez żadnego ostrzeżenia, otworzyła się potężna, głęboka na 10 metrów i długa na 15 metrów dziura w ziemi! Górna, cienka warstwa żwiru po prostu zapadła się do wnętrza ukrytej w dole tektonicznej szczeliny, prawdopodobnie podmyta przez topniejący śnieg i podkradana przez wcześniejsze trzęsienia ziemi. Zdjęcia z minikoparką próbującą okiełznać ten nagły geologiczny kryzys uświadomiły nam, że hasło „nie znasz dnia ani godziny” nabiera tu zupełnie nowego, bardzo dosłownego znaczenia – idziesz sobie spokojnie dróżką, a tu nagle winda jedzie w dół bez pytania. Żeby turyści nie znikali masowo w odmętach ziemskiej skorupy, nad tą nowo powstałą przepaścią wybudowano drewnianą kładkę.
Kawałek dalej dotarliśmy do miejsca, które dla każdego fana nurkowania jest absolutną Mekką, czyli do szczeliny Silfra. To kolejne pęknięcie tektoniczne zalane wodą, ale za to jaką! Woda jest tam tak absurdalnie krystaliczna, że widoczność sięga ponad 100 metrów. Podglądaliśmy śmiałków, którzy w pełnym ekwipunku ładowali się do tej lodowatej toni. Z boku wyglądało to komicznie – ludzie w tych grubych skafandrach poruszali się jak skrzyżowanie Teletubisia z pingwinem na lądzie, by po wskoczeniu do wody nagle lewitować w powietrzu, bo ta woda jest wręcz niewidzialna.
Ciekawostką jest to, że woda filtruje się przez podziemne skały lawowe przez jakieś 50 do 100 lat, zanim tu trafi, więc jest prawdopodobnie czystsza niż jakakolwiek kranówka na świecie, choć ma stałe, arktyczne dwa stopnie Celsjusza. Idealne miejsce, żeby dosłownie dotknąć rękami dwóch kontynentów naraz pod wodą – o ile oczywiście nie przeszkadza komuś fakt, że po minucie pływania w tej temperaturze człowiek traci całe czucie w twarzy i ma usta ułożone w permanentny, zamrożony dzióbek do selfie. Zamiast ryb, których tam praktycznie nie ma, największą atrakcją turystyczną są więc zamarznięci nurkowie, którzy próbują potem z lodowatym spokojem i sztywnymi palcami spakować się z powrotem do aut, no ale czego się nie robi dla idealnej foty na Insta ;)
Wskakujemy więc z powrotem do auta i zamiast grzecznego powrotu do cywilizacji fundujemy sobie prawdziwy islandzki klasyk. Odbijamy na drogę numer 550, czyli słynną Kaldidalur. Kiedyś ten trakt dumnie nosił status górskiej trasy F, a choć dziś oficjalnie nią nie jest, to luksusowy asfalt kończy się błyskawicznie, ustępując miejsca rasowej, szutrowej tarce.
Prawdziwy opad szczęki następuje chwilę później, gdy wjeżdżamy w krajobraz, który wygląda tak, jakbyśmy jakimś cudem wjechali autem prosto do wnętrza gigantycznego wulkanu, bo chyba faktycznie tak przebiega ta trasa! Surowość tego miejsca wręcz poraża – wokół rozciągają się potężne, ciemne skały, a roślinność całkowicie skapitulowała i zniknęła, ustępując miejsca malowniczemu jeziorku.
O ile jeszcze na zjeździe do jeziorka mamy litościwy asfalt, o tyle dalej czeka nas już tylko szuter. Jedziemy tym surowym off-roadem, a trasa ciągnie się kilometrami – cała ta przeprawa liczy ich ponad czterdzieści. Wokół panuje absolutnie księżycowy klimat, ziemię przecinają kolejne wulkany, a my czujemy się, jakbyśmy eksplorowali zupełnie inną planetę.
Dopiero dużo później, głęboko w tej szarej, wulkanicznej pustce, nagle wyrasta przed nami mały, jaskrawy akcent – schronisko ratunkowe. Ten malutki, czerwony domek wygląda pośrodku niczego jak porzucona zabawka, ale w środku klimat robi się już mocno survivalowy. Znaleźliśmy tam coś w rodzaju pryczy, na której w teorii można by się zdrzemnąć, oraz starą butlę gazową z kuchenką, do której osobiście bałabym się podejść na metr, a co dopiero próbować ją uruchomić.
Obok wisiało coś przypominającego archaiczny telefon lub krótkofalówkę – wszystko nadgryzione zębem czasu i sponiewierane przez tutejszy klimat, co wyglądało wręcz zatrważająco.
Po co te schroniska? Przecież to niewiele ponad 40 km trasy. Tyle że ta trasa jest otwarta zazwyczaj bardzo krótko – od połowy czerwca do września/października (w zależności od opadów śniegu). Przez resztę roku tonie w głębokim śniegu i jest całkowicie nieprzejezdna. Nawet w środku lata potrafi tam nagle nadejść gęsta mgła lub śnieżyca, a wiatr spycha pył wulkaniczny tak mocno, że widoczność spada do zera.
Swoją drogą, byliśmy tam dokładnie w połowie czerwca. Znałam już nieco nawyki mojego męża – głównego nawigatora naszej wyprawy – więc w pewnym momencie dopadła mnie bardzo uzasadniona wątpliwość, czy jemu w ogóle przyszło do głowy sprawdzenie, czy ta droga jest już otwarta!
Na Islandii zwykłe mapy Google bardzo często całkowicie wymiękają. Beztrosko prowadzą człowieka w najgorsze bezdroża, zupełnie nie biorąc pod uwagę takich „drobnostek” jak to, że dana trasa wciąż tonie w śniegu, jest zamknięta przez służby albo wymaga czołgu zamiast auta. Tym bardziej mój osobisty kierowca powinien to trzy razy zweryfikować na oficjalnych stronach z warunkami drogowymi... A mam przemożne wrażenie, że po prostu wbił punkt w nawigację i pojechał na żywioł. O tym, że trasa Kaldidalur bywa przejezdna dopiero od połowy czerwca (i to przy dobrych wiatrach!), dowiedział się pewnie, gdy pod kołami nagle skończył się asfalt. Na szczęście los (oraz islandzkie pługi) były po naszej stronie!
Ruszamy dalej i im wyżej się wspinamy, tym mocniej krajobraz zmienia się w absolutną, wysokogórską bajkę – pojawia się śnieg, a surowe, czarne wulkany w połączeniu z białymi czapami tworzą widok, który po prostu zapiera dech w piersiach. Przemykamy obok wulkanu o prawdopodobnie najkrótszej i najbardziej optymistycznej nazwie na świecie – Ok. Choć brzmi to tak, jakby ktoś przy jego nazywaniu machnął ręką i stwierdził, że „jest w porządku”, historia tego miejsca niesie spory ładunek nostalgii. To właśnie tutaj znajdował się słynny lodowiec Okjökull, który w 2014 roku oficjalnie uznano za pierwszy islandzki lodowiec całkowicie unicestwiony przez ocieplenie klimatu, a kilka lat później Islandczycy wyprawili mu nawet symboliczny pogrzeb, zostawiając pamiątkową tablicę z listem do przyszłości.
Im mocniej nasz samochód prze do przodu, stromo wspinając się pod górę w tym surowym, odciętym od świata terenie, tym większy zaczyna mnie ogarniać blady strach. Przed oczami natychmiast stanęła mi nasza legendarna już wyprawa na chorwacką wyspę Lastovo (możecie o tym przeczytać TUTAJ), gdzie off-road przetestował nas tak hardcorowo, że w pewnym momencie mieliśmy absolutnie pełne majtki i wizję, że zostaniemy tam na zawsze. Mając w pamięci tamtą traumę oraz specyficzną współpracę naszego męskiego duetu – gdzie kolega z determinacją kręcił kierownicą, a mój mąż z wielkim zamiłowaniem do off-roadu serwował swoją autorską interpretację map, w której gładki asfalt w ułamku sekundy staje się dziką szutrówką – zaczęłam poważnie panikować.
Delikatnie mówiąc, moje zaufanie do męskiej nawigacji drastycznie spadło (nie, żeby wcześniej było wysokie) i na tym podejściu pod szczyt całkiem serio domagałam się natychmiastowego odwrotu. No ale nie naciskałam zbyt mocno, a chłopaki niewzruszenie parli przed siebie. I całe szczęście, bo ominęłoby nas coś absolutnie kosmicznego!
W końcu wdrapujemy się na najwyższy punkt trasy. Znakiem rozpoznawczym, że osiągnęliśmy szczyt, okazuje się skromny, bo mający może z trzydzieści centymetrów kamyk z namalowaną zieloną kropką. Choć sam głaz gabarytami nie grzeszył, to panorama, jaka się stąd rozpościerała, była po prostu nieziemska. Te potężne, ośnieżone góry, ta nieskończona, surowa przestrzeń – coś tak obłędnego i pięknego, że żadne zdjęcia nie oddadzą tego majestatu. Księżyc mógłby brać u Islandii lekcje stylu!
Dalej trasa mija nam na równie spektakularnych widokach: najpierw mały strumyk o tym samym, neonowoniebieskim kolorze wody, który zachwycił nas przy Brúarfoss, a potem potężne, zapierające dech w piersiach rozlewisko rzeki.
Kiedy koła naszego auta w końcu z ulgą zameldowały się na gładkim asfalcie, a znaki wskazały Borgarnes w jedną stronę i Fljótstunga w drugą, odetchnęłam z ulgą. Ta trasa była warta każdego stresu, bo widoki po prostu zwaliły nas z nóg! Przejechanie tych czterdziestu paru kilometrów zajęło nam niemal 3 godziny!
Po off-roadzie czas na kolejną perełkę, czyli Hraunfossar i Barnafoss. Te dwa wodospady leżą obok siebie, ale każdy to zupełnie inna bajka.
Hraunfossar to totalny magik. Woda nie płynie tu żadną normalną rzeką, tylko przesącza się podziemnymi korytarzami przez porowate pole lawowe i nagle, tysiącami małych strumyczków, wypływa wprost ze środka skalnej ściany! Wszystko to wpada do rzeki Hvítá, która ma tak obłędny, intensywnie turkusowy kolor, że aż przecieraliśmy oczy ze zdumienia.
Złapaliśmy się tu na refleksji, że Islandia jest absolutną królową w kategorii wodospadów. Kiedy zwiedzaliśmy Norwegię, po entym z rzędu wodospadzie mieliśmy już lekki syndrom znużenia. Tam wszystkie działają według klasycznego, nudnego schematu, który roboczo nazwałam „up and down” – woda leci z góry na dół, dziękuję, do widzenia, klasyka gatunku. A Islandia? Islandia w ogóle nie bawi się w powtarzalność i każdy wodospad projektował chyba inny, mocno kreatywny inżynier. Jeden pozwala ci wejść za swoje plecy (Seljalandsfoss), żebyś mógł dostać darmowy prysznic i przy okazji strzelić fotkę życia z zachodem słońca w tle. Kawałek dalej, tuż obok Skógafoss, inny spryciarz (Gljúfrabúi) postanowił schować się w głębi mrocznej jaskini, jakby bawił się z turystami w chowanego (przeczytacie o nich TUTAJ). Z kolei taki Gullfoss całkowicie łamie prawa geometrii – zamiast płynąć prosto, uparcie zakręca w kaskadach pod kątem prostym, jakby nie mógł się zdecydować, w którą stronę ma właściwie spadać (o nim z kolei pisałam TUTAJ). No i na koniec hit programu, czyli Hraunfossar, gdzie woda leniwie sączy się spod zastygłej lawy, kompletnie ignorując fakt, że porządny wodospad powinien mieć przecież jakiś początek na powierzchni.
Kawałek dalej czekał na nas sąsiedni Barnafoss, czyli „Wodospad Dzieci”. O ile Hraunfossar zachwyca, tak tutaj z tablic informacyjnych bije typowy, islandzki mroczny klimat. Według legendy, w Boże Narodzenie dwójka dzieci z pobliskiej farmy postanowiła skrócić sobie drogę do kościoła i przejść nad huczącą rzeką po naturalnym, skalnym moście. Zakręciło im się w głowach, wpadły do wody i utonęły. Zrozpaczona matka rzuciła na to miejsce klątwę i chciała zniszczyć skalny łuk, żeby nikt więcej nie zginął – i faktycznie niedługo potem most zawalił się podczas trzęsienia ziemi.
Jak widać, Islandia potrafi w ułamku sekundy przejść od zachwytu nad neonową wodą do opowieści z dreszczykiem, po której człowiek zaczyna potulnie i bardzo mocno trzymać się barierki.
Po pełnym wrażeń dniu przyszedł czas na zasłużony przystanek na obiadokolację. Zjechaliśmy na klasyczny islandzki parking w miejscowości Sturlureykir. I uwaga – to była wersja deluxe! Oprócz ubitej ziemi zastaliśmy tam bowiem... prawdziwą ławeczkę ze stolikiem, na której można było normalnie usiąść i zjeść posiłek regeneracyjny. Szaleństwo luksusu brutalnie równoważył jednak fakt, że toalety oczywiście nie stwierdzono. Na szczęście tuż obok rozciągało się przepiękne, gęste pole fioletowego łubinu, które w kryzysowych sytuacjach na Islandii z powodzeniem przejmuje funkcje brakującej infrastruktury sanitarnej.
Jedząc posiłek w tym urokliwym otoczeniu, natknęliśmy się na dwa pamiątkowe kamienie wciśnięte w zieleń. Okazało się, że trafiliśmy na pomnik ku czci tutejszych gospodarzy z początku XX wieku – Erlendura Gunnarssona i jego żony Andrei Jóhannesdóttir. Erlendur był absolutnym, lokalnym MacGyverem. W 1908 roku jako pierwszy człowiek na Islandii wpadł na genialny pomysł, by okiełznać parę z bulgoczącego pod ziemią gorącego źródła. Zabetonował je, podłączył rury i doprowadził ciepło prosto do swojego domu, fundując sobie ekologiczne centralne ogrzewanie oraz geotermalną kuchenkę. Jego żona Andrea bez wątpienia była zachwycona tym wynalazkiem – tablica dumnie głosi, że była matką aż dwunastki dzieci! Przy tak potężnej domowej armii do wykarmienia darmowy wrzątek płynący prosto z ziemi musiał być dla niej darem z niebios. Nie wiem, czy w tej sytuacji ta 12 dzieci była wotum dziękczynnym, czy po prostu skutkiem ubocznym ciepłej wody w domu (czysty facet jednak robi różnicę), niemniej jednak ja po cichu chyliłam czoło wobec takiego „daru natury”. Myślę, że będąc na jej miejscu, już po czwartym dziecku co rano stawiałabym mężowi szklankę z wodą... zimną tym razem ;)
Kawałek dalej dotarliśmy do miejsca, które na mapie nosi dźwięczną nazwę Deildartunguhver. Już z odległości kilku kilometrów zobaczyliśmy potężne słupy pary wznoszące się nad horyzontem, a na miejscu poczuliśmy się tak, jakbyśmy stanęli u samych wrót piekła.
Ziemia dosłownie tu kipi, bulgocze i ryczy. Jak się okazało, to nie są zwykłe gejzerki – Deildartunguhver to najpotężniejsze gorące źródło w Europie! Woda tryska tu z prędkością aż 180 litrów na sekundę, a jej temperatura to stałe, zabójcze 97°C. Stanie przy specjalnych barierkach w gęstej, wilgotnej mgle i oglądanie tego wrzącego żywiołu na żywo robi piorunujące wrażenie.
Tuż obok tego piekielnego widowiska wyrosło ultranowoczesne, luksusowe spa Krauma, gdzie gorąca woda ze źródła jest sprytnie mieszana z lodowcową wodą z gór. Trzeba przyznać, że z zewnątrz kompleks wyglądał naprawdę stylowo i kusząco. Naszą uwagę przyciągnęło jednak coś innego – stojące obok szklarnie w całości zasilane tą darmową, piekielną energią. Islandia słynie z tego, że w takich miejscach potrafią dojrzewać nawet banany (oczywiście importowane, na wyspie nie rosną one z wiadomych względów), więc postanowiliśmy skusić się na tutejsze nowalijki. W specjalnej budce zakupiliśmy kilka lokalnych pomidorów. Cóż... kosztowały tyle, jakby były podlewane płynnym złotem, a w smaku okazały się – mówiąc zupełnie szczerze – mocno przeciętne i bez wyrazu. Ale hej, przynajmniej możemy z dumą powiedzieć, że jedliśmy pomidory prosto z najgorętszego wulkanicznego serca Europy!
Na sam koniec dnia, jadąc wzdłuż drogi 301, dotarliśmy do naszej ostatecznej bazy noclegowej. To była absolutnie baśniowa, typowo islandzka miejscówka. Dookoła wznosiły się majestatyczne, surowe góry, a na zielonych, rozległych padokach pasły się dziesiątki przepięknych koni islandzkich z bujnymi grzywami. Te dumne zwierzęta kręciły się dosłownie wszędzie, tworząc niesamowity, sielski klimat i cierpliwie pozując nam do zdjęć. Idealne, spokojne zwieńczenie dnia pełnego ekstremalnych i gorących wrażeń.
Po więcej postów z Islandii zapraszam TUTAJ.
Jeśli chcecie zlokalizować na mapie opisane w poście lokalizacje oraz wszystkie lokalizacje z bloga, zapraszam do mapy interaktywnej, która otworzy się dla Waszej wygody w nowym oknie. Najedź na wybraną pinezkę i kliknij nazwę lokalizacji, która pokaże Ci się pod mapą aby wyświetlić zdjęcia i link do odpowiedniego posta 😀. Kliknij strzałkę po prawej stronie nazwy lokalizacji, aby wyznaczyć do niej trasę. Powiększaj mapę aby zobaczyć więcej pinezek. Kliknij na napis "Patent na Wypad" (w wersji komórkowej na dole ekranu) aby wejść w legendę, gdzie znajdziesz listę lokalizacji lub będziesz mógł wpisać konkretną lokalizację w lupkę.
Linka do lokalizacji na mapie Google z niniejszego bloga znajdziecie także poniżej - szukajcie pod tekstem słowa "Lokalizacja...."
A jeśli chcecie przeczytać więcej wpisów w moim blogu, z pewnością ułatwi Wam to TA LISTA , zaś zbiór niektórych wcześniejszych map znajdziecie TUTAJ.
A może interesują Was gotowe propozycje tras? Zapraszam TUTAJ.
#patentnawypad #podroz #podroze #blog #travelblog #islandia #island #visitisland #islandtravel #GoldenCircle #ZłotyKrąg, #Almannagjá #Alþingi #Barnafoss # Brúarfoss #Deildartunguhver #Drekkingarhylur #HrafnagjáObservationDeck #Hraunfossar #Kaldidalur #Okjökull #Öxarárfoss #Silfra #Þingvellir #Emergencyshelter
cut.png)
.jpg)

.png)





.jpg)
.jpg)

.jpg)
.jpg)




.jpg)


.jpg)
.png)

(1).png)
.png)
.png)
.png)

.png)
.png)
.png)
.png)









.jpg)

Komentarze
Prześlij komentarz