Dzień Ognia - Islandia 2026
Islandia. Zasypiasz według czasu islandzkiego, budzisz się według polskiego i nagle dociera do Ciebie, że po niespełna 4 godzinach snu jesteś na nogach. Dociera jak przez mgłę żeby nie było. To już nie te lata, kiedy całą noc się balowało a rano szło do szkoły ;) Sytuacji wcale nie ułatwia fakt, że trafiliśmy na białe noce – słońce tu w zasadzie nie zachodzi, więc przez całą „noc” było zupełnie jasno!
Mimo to wstaliśmy pełni optymizmu. Dlaczego? Bo wydarzył się absolutny cud!
Przed wyjazdem wszyscy nas straszyli: „Tam zawsze jest brzydka pogoda, spakujcie grube kurtki, a wiatr urwie Wam drzwi w aucie”. Tymczasem Islandia przywitała nas bezczelnie pięknym słońcem, było na tyle ciepło, że spokojnie można było wskoczyć w krótki rękawek i – co najważniejsze absolutnie nic nie wiało! Brak wiatru tutaj to jak wygrana w totka.
Cztery godziny snu? Kto by się przejmował, kiedy wokół taki kosmos (no dobra, trochę koloryzuję z tym "nie przejmował"). Ruszamy w nieznane!
Już na wstępie napotykamy piękną wystawę radosnego kolekcjonera. Prawda, że jest na czym oko zawiesić?!
Pierwszy przystanek to mały kościółek wypatrzony z drogi. Hvalsneskirkja, bo to o nim mowa, jest wyjątkowy – w całości wzniesiono go z ociosanego kamienia bazaltowego, zebranego z okolicznych pól lawowych. Czyli jest to kościół wzniesiony z lawy! Bardzo praktyczne podejście, bo czego jak czego ale akurat lawy to tam nie brakuje ;) Co ciekawe, całe wnętrze wykonano z drewna dryfowego, które morze wyrzuciło na pobliski brzeg (a przynajmniej tak twierdzi internet, bo kościół był niestety zamknięty).
Z tym miejscem wiąże się poruszająca historia najważniejszego islandzkiego poety religijnego, Hallgrímura Péturssona (tego samego, którego imieniem nazwano słynny, wielki kościół Hallgrímskirkja w Reykjavíku, czyli ten na zdjęciu poniżej)
W XVII wieku Hallgrímur służył w Hvalsnes jako pastor. W 1648 roku zmarła jego niespełna czteroletnia córka, Steinunn. Zrozpaczony ojciec sam wykuł dla niej kamienną płytę nagrobną. Przez stulecia uważano ją za zaginioną, ale w 1964 roku odnaleziono ją... służącą jako element podłogi w kościele. Dziś ten wyjątkowy, poruszający zabytek jest bezpiecznie wyeksponowany wewnątrz świątyni.
Ale, ale! Prawdziwy hit i współczesny cud logistyczny czeka tuż obok świątyni. Znajduje się tam toaleta – i to trzeba przyznać, że czysta! A kto stoi na straży tego nieskazitelnego ładu i porządku? Urocza, niebieska świnka skarbonka, która cierpliwie czeka na drobne od wdzięcznych podróżnych. Inna sprawa, że my po prostu nie mieliśmy co do niej wrzucić :( Przed wyjazdem nie byliśmy w stanie kupić islandzkich koron, a na miejscu okazało się, że wszędzie na Islandii można zapłacić kartą i tak też robiliśmy. I jak w tej sytuacji mieliśmy nakarmić sympatyczną świnkę?! O ile Islandczycy mieli super pomysł z wybudowaniem kościółka z lawy, o tyle padli na logistyce ze świnką. Miało być dobrze, a wyszło jak zawsze ;)
Jedziemy przed siebie drogą typu Nic – po prawej nic, po lewej nic, wokół kosmiczne, surowe krajobrazy, które wyglądają po prostu obłędnie. Nagle na tym pustkowiu wyrasta znak z charakterystycznymi turystycznymi „zawijasami” (czteropętlowym węzłem ⌘) i tajemniczym napisem:
Skoro znak mówi, że jest tam jakaś atrakcja (z naciskiem na "jakaś", bo z napisu trudno wykombinować co to takiego), to żal nie skręcić! Jedziemy totalnie w ciemno, bez pojęcia, co nas czeka, i… trafiamy prosto na słynny Most Między Kontynentami (Brú milli Heimsálfa )!
To niezwykła, 15-metrowa stalowa kładka przerzucona nad głęboką, piaszczystą szczeliną ryftową. To właśnie tutaj, na lądzie, widać jak spektakularnie pęka Ziemia, a płyty tektoniczne –północnoamerykańska i euroazjatycka – rozsuwają się o około 2,5 cm rocznie (ciekawe, czy budowniczowie mostu o tym wiedzieli?).
Jeden krok i w sekundę jesteście w Ameryce, kolejny – i z powrotem w Europie! Idealny, ekspresowy międzykontynentalny spacer w sercu wulkanicznego krajobrazu.
Kolejny przystanek na naszej trasie to obszar geotermalny Gunnuhver. Miejsce jest obłędne – ziemia dosłownie tam wrze, a z aktywnych fumaroli (otworów parowych) bucha pod ogromnym ciśnieniem gorąca para wodna. Wszystko syczy, piszczy i robi niesamowity, wręcz ogłuszający hałas!
Krajobraz jest tak widowiskowy, że od razu włączyła nam się fotograficzna kreatywność. Bo jak tu nie wykorzystać takich darmowych efektów specjalnych?
Najpierw poszła szybka akcja z samochodem. Otwieramy maskę i... cyk! Mamy zdjęcie stulecia z „zepsutym” autem, z którego kłębią się spektakularne chmury dymu. Oczywiście dodajemy sobie tym "zdjęciem stulecia" - jestem pewna, że nie tylko my byliśmy tak kreatywni, ale co tam! Aż mnie kusi, żeby wysłać zdjęcie do naszej wypożyczalni aut, jednak nie jestem pewna, z jakim poziomem poczuciem humoru mogę się spotkać (zapewne by było: "znooooowu?"), więc uznaję całą akcje za zbyt ryzykowną i sobie odpuszczam.
W związku z tym, postanowiliśmy pójść o krok dalej. Kładziemy się na ziemi, odpowiednia perspektywa i oczywiście włącza nam się opcja "mam te mooooc" ;)
Przyznajcie sami, natura potrafi stworzyć najlepsze studio fotograficzne na świecie!
Wydaje się, że buchające z fumaroli opary o temperaturze często przekraczającej 100 stopni Celsjusza, przesycone toksyczną siarką i kwasami, to absolutna strefa śmierci. Nic bardziej mylnego! Islandzkie fumarole są domem dla tzw. ekstremofilów – mikroorganizmów (np. bakterii), które nie tylko tam żyją, ale wręcz uwielbiają te piekielne warunki. Naukowcy badający te maluchy odkryli, że potrafią one czerpać energię bezpośrednio z gazów wulkanicznych i siarki, zupełnie nie potrzebując do życia światła słonecznego. Czyli jednym słowem pozowaliśmy na ekstremofile. Nie wiem jak Wam, ale mi się to kojarzy... niezbyt apetycznie ;) W sumie to i powietrze jest tam mało apetyczne. Wyobraźcie sobie, że gdy owiewa Was ta romantyczna para, wynurzacie się z niej jak Afrodyta z piany morskiej... a następnie cały efekt psuje zapach. Oczywiste, że tego nie widać na zdjęciach, ale uwierzcie mi, wali bardzo solidnie, mocno przeterminowanymi jajkami. Aż się boję pomyśleć na ile ten zapach wnika w ubrania i włosy! Nie mniej jednak wygląda to niesamowicie widowiskowo!
No i jeszcze sama nazwa obszaru! Z nazwą Gunnuhver, którą możemy przetłumaczyć jako gorące źródła Gunny, wiążę się mroczna legenda.
Poznajcie Gunnę – mieszkankę półwyspu z początku XVIII wieku, która zalegała z czynszem. Ponieważ windykacja w tamtych czasach nie patyczkowała się w tańcu, bezwzględny kamienicznik zabrał jej jedyny majątek życia: ulubiony garnuszek. Na moje oko, facet wyszedł na tym jak Zabłocki na mydle, tym bardziej, że Gunna z żalu zmarła, ale zamiast grzecznie odpoczywać na cmentarzu, postanowiła urządzić absolutną jesień średniowiecza.
Najpierw spektakularnie uciekła z własnej trumny w dniu pogrzebu, a potem ruszyła w tango zemsty. Jej były zarządca skończył z zaliczoną pełną anatomią połamanych kości, jego żona zaraz po nim, a reszta okolicy zaczęła masowo popadać w obłęd lub ginąć. Gunna jako zły duch stała się jednoosobową armią destrukcji.
Kiedy przerażona wioska miała już serdecznie dość terroryzowania przez zjawę, lokalny pastor-guślarz Eiríkur wpadł na genialny, iście „babciny” plan taktyczny. Podrzucił duchowi... kłębek włóczki. Gunna, wykazując się instynktem rozkojarzonego kota, złapała za nitkę, a kłębek potoczył się prosto w bulgoczące, błotne gorące źródło. Zjawa poszła na dno, basen dostał nazwę Gunnuhver (czyli źródło Gunny), a mieszkańcy w końcu odetchnęli.
Choć podobno, jak się dobrze wsłuchać w ten dzisiejszy hałas i syczenie pary, Gunna wciąż tam na dole narzeka na ten skradziony garnek...
A to nie koniec atrakcji w okolicy! Na niewielkim wzniesieniu, naprzeciwko obszaru geotermalnego Gunnuhver, stoi najstarsza nieustannie działająca latarnia morska na Islandii - latarnia morska Reykjanes.
Widok ze wzgórza jest fenomenalny, a z pewnością jest jeszcze lepszy z samej latarni, jednak tego nie sprawdziliśmy osobiście. Nie, żebym nie chciała! Wdrapałam się na wzgórze, a potem okazało się, że reszta naszej mini wycieczki niekoniecznie ma w tym dniu fazę na eksplorację wzgórz i latarni, dlatego zadowoliłam się widokiem ze wzgórza, a potem popędziłam za resztą :)
Z samej drogi, a tym bardziej ze wzgórza z latarnią widać pobliskie klify i formacje skalne Valahnúkamöl. Nie wiem jak Wy, ale ja uwielbiam te islandzkie nazwy ;) Dla mnie wyglądają one tak, jakby ktoś zasnął na klawiaturze (albo po klawiaturze przebiegł kot w pogoni za kłębkiem włóczki ;) ) , a potem uznał, że powstałe słowo brzmi idealnie na nazwę wulkanu, klifu, lodowca albo obszaru geotermalnego.
Dla obcokrajowca próba przeczytania drogowskazu na trasie to natychmiastowe ryzyko połamania języka i zwichnięcia szczęki. Kiedy myślisz, że legendarne Eyjafjallajökull (czyli wulkan, który w 2010 roku sparaliżował loty na całym świecie i zmusił prezenterów wiadomości do brania potężnych leków na uspokojenie) to szczyt trudności, Islandia mówi: „Potrzymajcie moje piwo” i częstuje Cię lodowcem Skaftafellsjökull albo polem geotermalnym Gunnuhver. A potem Islandczycy się dziwą jak my mówimy, no ten, tego....yyy...no ten wodospad, za którym się przechodzi!
Ale wróćmy do miejsca, w którym jesteśmy ... czyli....y....ten, tego....Valahnúkamöl! W tym miejscu woda i wulkaniczny tuf współpracują intensywniej niż polskie ekipy remontowe – fale bez przerwy rzeźbią kolorowe klify i skalne wieże, z których zrobiono gigantyczne, ptasie hotele.
Prawdziwym hitem na horyzoncie jest jednak wyspa Eldey (czyli Wyspa Ognia). Ta 77-metrowa skała to jedno z najbardziej zatłoczonych miejsc na świecie – w szczycie sezonu upycha się tam nawet 18 tysięcy par głuptaków. Widzieliśmy ją z drogi, była bardzo daleko, stąd zdjęcie "takie sobie".
Jeśli jednak zamiast patrzeć w dal przeniesiesz wzrok nieco bliżej, Twoją uwagę przykuje pomnik ptaka, który wygląda jakby bardzo chciał być pingwinem. To alka olbrzymia – niestety już wymarła. Ptaszyska były całkiem spore (70 cm wzrostu i 5 kg żywej wagi), a Eldey była ich ostatnim bastionem. Niestety, w czerwcu 1844 roku ludzkość zaliczyła gigantyczną wpadkę ekologiczną i na wyspie zabito ostatnich przedstawicieli tego gatunku.
Dziś został po nich tylko ten dumny, kamienny pomnik, morze głuptaków w tle i turyści, którzy za punkt honoru stawiają sobie zrobienie takiego zdjęcia:
Jedziemy dalej przed siebie, ciesząc się drogą, gdy nagle kątem oka zauważam drogowskaz na Brimketill. W mojej głowie od razu odpala się czerwona lampka z napisem: „Zaraz, zaraz, przecież to było na mojej przedwyjazdowej mapie!”. Szybki skręt kierownicą (Dacia Duster 4x4 lubi to) i jedziemy sprawdzić, co tam nawymyślałam podczas zimowych wieczorów w domu.
Brimketill na żywo robi niesamowite wrażenie – to naturalny basen uformowany z czarnej lawy tuż nad brzegiem oceanu, w który z ogromną siłą uderzają spienione fale. Wygląda jak luksusowe, islandzkie jacuzzi, tyle że woda ma tam temperaturę bliską zeru, a kąpiel grozi natychmiastowym porwaniem przez otwarty ocean. No i z marketingowego puntu widzenia i biorąc islandzki klimat to w sumie atrakcja wypada słabo, bo kto się na to skusi gdy ma dookoła mnóstwo źródełek z przyjemnie gorącą wodą? ;)
Z tym miejscem wiąże się kolejna lokalna ciekawostka. Według islandzkich legend ten skalny gar był regularnie używany jako prywatna wanna przez trollową damę o imieniu Oddný. Podobno prała w nim swoje halki i moczyła zmęczone wielkie stopy. To ostatnie zniechęca mnie osobiście nawet bardziej niż temperatura akwenu. Nie morsuję, więc bardzo niska temperatura wody jakoś do mnie nie przemawia, ale gdy oczami wyobraźni zobaczę tą Oddnę to jednak poganiam naszą małą wycieczkę do dalszej podróży, tym bardziej, że dalej czekają na nas wspomniane gorące źródełka ;)
Są na Islandii miejsca, gdzie humor natychmiast znika, a gardło bezwiednie się ściska. Tak było, gdy dotarliśmy do Grindavíku - miasta zniszczonego przez lawę
To, co tam zobaczyliśmy, to absolutny, surowy dramat. Kataklizm wydarzył się zaledwie dwa lata temu, w styczniu 2024 roku, więc wszystko jest przerażająco świeże. Ta lawa nie jest jakąś tam odległą, historyczną ciekawostką z podręczników – to zastygły, czarny, monstrualny język płonącej skały, który wdarł się prosto między ludzkie domostwa. Nie zdążyła jeszcze porosnąć mchem ani choćby odrobiną trawy. Jest bezwzględnie czarna, ostra i tkwi nieruchomo tuż przy ścianach budynków, które jeszcze chwilę temu tętniły życiem.
Widok jest po prostu wstrząsający. Ścieżka destrukcji odcięła ludzką codzienność jak nożem. Wokół widać ruiny zniszczonych domów, a spomiędzy zwałów zastygłego, wulkanicznego gruzu gdzieniegdzie drastycznie wystają resztki zmiażdżonych sprzętów domowych – rzeczy, które ktoś pieczołowicie wybierał do swojego salonu czy kuchni, wierząc, że buduje bezpieczną przyszłość.
W takich chwilach człowiek uświadamia sobie, jak potężna i bezlitosna jest Islandia, a my jesteśmy tu zaledwie gośćmi na warunkach, które dyktuje natura. Tak wygląda przerażająca rzeczywistość i obraz, który zostaje pod powiekami na bardzo, bardzo długo.
Nie mniej wstrząsający jest widok nowych domów, które powstają zaledwie kilka metrów od języka zastygłej lawy! Ten widok – nowych ścian rosnących tuż obok wulkanicznego pogorzeliska – jest niesamowitym symbolem ludzkiego uporu. Pokazuje, że chęć życia w swoim ukochanym miejscu jest silniejsza niż strach przed bezwzględną siłą natury. Dziwne? Dla nas bardzo. Dla nich? To po prostu Islandia.
Jedziemy dalej. Nasza trasa wiodła dalej przez drogę Nic. Krajobraz był absolutnie surowy, księżycowy i kompletnie wyludniony, a tradycyjna infrastruktura turystyczna po prostu tam nie istniała.
Musieliśmy zapomnieć o cywilizowanych, wyasfaltowanych parkingach, jakie znamy z folderów reklamowych. Kiedy chcieliśmy się zatrzymać, żeby choć na chwilę nacieszyć oczy tą niesamowitą przestrzenią, musieliśmy ratować się partyzanckim manewrem i wbić naszą Dacią Duster w zjazd prowadzący na jakąś wyboistą, polną ścieżkę.
Mieliśmy do zrealizowania dwie misje, na że tak powiem dwóch zupełnie odmiennych końcach naszego jestestwa.
Z pierwszą poszło w miarę gładko. Odpaliliśmy naszą mikro kuchenkę wprost na ziemi, zagotowaliśmy wodę, zalaliśmy liofilizaty i zjedliśmy posiłek z widokiem za milion dolarów. Z taką ekipą nawet najskromniejsze danie smakuje tak, że pewna influenserka z nazwiskiem na G lepiej by nas nie ugościła.
Trudniej jednak było ze wspomnianym drugim końcem, czy też drugą misją, bo człowiek musi się nawadniać, a potem część nawadniania oddać przyrodzie. I to w naszym przypadku dosłownie przyrodzie, bo jak nietrudno się domyślić toalety nie było przez dłuuuugi czas podróży, czyli od kościółka Hvalsneskirkja , co nie znaczy, że była w pobliżu miejsca, gdzie się zatrzymaliśmy.
W każdym razie wyobraźcie sobie pole lawowe o średniej wysokości wybrzuszeń terenu (bo trudno to pagórkami nazwać) mniej więcej do kostek, zero krzaczków, nawet łubinu tu nie było, o drzewach już nie wspomnę.
Panowie chyba z natury mają mniejsze potrzeby w tym zakresie, więc zaczęli radośnie robić zdjęcia.
A my z koleżanką musiałyśmy zadowolić się zasłoną z naszej Dacii. W sumie to nie wiało jakoś mocno, deszcz nie padał, więc w tej sytuacji narzekanie na warunki byłoby przesadą ;)
Ponieważ dalsza droga tego dnia biegła już poza półwyspem Reykjanes, opiszę ją w kolejnym odcinku mojego bloga.
Jeśli chcecie zlokalizować na mapie opisane w poście lokalizacje oraz wszystkie lokalizacje z bloga, zapraszam do mapy interaktywnej, która otworzy się dla Waszej wygody w nowym oknie. Najedź na wybraną pinezkę i kliknij nazwę lokalizacji, która pokaże Ci się pod mapą aby wyświetlić zdjęcia i link do odpowiedniego posta 😀. Kliknij strzałkę po prawej stronie nazwy lokalizacji, aby wyznaczyć do niej trasę. Powiększaj mapę aby zobaczyć więcej pinezek. Kliknij na napis "Patent na Wypad" (w wersji komórkowej na dole ekranu) aby wejść w legendę, gdzie znajdziesz listę lokalizacji lub będziesz mógł wpisać konkretną lokalizację w lupkę.
Linka do lokalizacji na mapie Google z niniejszego bloga znajdziecie także poniżej - szukajcie pod tekstem słowa "Lokalizacja...."
A jeśli chcecie przeczytać więcej wpisów w moim blogu, z pewnością ułatwi Wam to TA LISTA , zaś zbiór niektórych wcześniejszych map znajdziecie TUTAJ.
A może interesują Was gotowe propozycje tras? Zapraszam TUTAJ.
#patentnawypad #podroz #podroze #blog #travelblog #islandia #island #visitisland #islandtravel #łubin #lubin #lupin #Reykjanes #Hvalsneskirkja #MostMiędzyKontynentami, #BrúmilliHeimsálfa #Gunnuhver #Valahnúkamöl #Eldey #Brimketill #Grindavík




(1)(1).jpg)
















.jpg)







.jpg)
.jpg)
.jpg)






Komentarze
Prześlij komentarz