Dzień Golden Circle - Islandia 2026


Zanim przejdziemy do pakowania bagaży przed dalszą drogą, mała chwila prywaty: słuchajcie, to jest oficjalnie SETNY WPIS na tym blogu! 🥳 Sama nie wierzę, że naprodukowałam już tyle elaboratów, a stan moich palców po stukaniu w klawiaturę wciąż ma się całkiem nieźle (już słyszę ten jęk zawodu... wiem, że to sporo czytania, biję się w pierś, ale... jakoś tak samo to wychodzi). Kiedy zakładałam „Patent na Wypad”, nie sądziłam, że ta podróżnicza opowieść rozrośnie się do rozmiarów brazylijskiej telenoweli. Wasze pozytywne opinie to dla mnie najlepszy napęd, więc wielkie dzięki, że tu jesteście i ze mną podróżujecie!

A skoro to ma być jubileuszowy odcinek, to i decyzja, od której go zaczniemy, musiała być podjęta z odpowiednim, finansowym rozmachem. Bo kto bogatemu zabroni rezerwować dwa noclegi na tę samą noc, prawda? ;)💸

Wszystko zaczęło się wieczorem w Kirkjubæjarklaustur. Prognozy pogody na kolejny dzień dla naszej okolicy były bezlitosne: zapowiadała się ściana deszczu od rana do nocy. Klasyka. I choć mam pełną świadomość, jak wygląda aura na Islandii – prognozy sprawdzają się tam mniej więcej tak często, jak obietnice przedwyborcze polityków i ogólnie należy do nich podchodzić z dużą rezerwą – nie ukrywam, że w naszą czwórkę wkradła się lekka panika.

Usiedliśmy do narady i zrobiliśmy szybki bilans zysków i strat. Z atrakcji na południu i południowym wschodzie, które absolutnie musieliśmy i chcieliśmy zobaczyć, odhaczyliśmy w zasadzie wszystko. Oczywiście jestem jak najbardziej daleka od stwierdzenia, że „zobaczyliśmy wszystko, co Islandia ma do zaoferowania” – pokora wobec tej wyspy przede wszystkim, bo ona kryje jeszcze milion cudów. Ale nasz plan minimum na ten rejon został wykonany. Z drugiej strony – czuliśmy ogromny niedosyt, jeśli chodzi o południowy zachód wyspy. Bardzo brakowało nam tam tego jednego, dodatkowego dnia w grafiku.

Szybko więc rzuciliśmy okiem na mapę pogodową... i doznaliśmy olśnienia! W okolicach Złotego Kręgu (Golden Circle) aura ma być zupełnie inna. Tam miało nie padać!

I w tym momencie wjechała ułańska fantazja połączona z logiką rasowych podróżników. Skoro i tak polecieliśmy na Islandię, która tania nie jest (delikatnie rzecz ujmując), to chcieliśmy w pełni wykorzystać możliwości, jakie ta wyspa nam daje, a nie siedzieć w domku i patrzeć na spływające po szybie krople. Decyzja zapadła błyskawicznie: zostawiamy Kirkjubæjarklaustur dzień wcześniej i rezerwujemy dodatkową miejscówkę w rejonie Złotego Kręgu.

Z ekonomicznego punktu widzenia to kompletny dramat, finansowe harakiri i dublowanie nocy, za którą – co było dla nas jasne i nie stanowiło niespodzianki – nikt nam grosza nie zwróci. Z punktu widzenia łowców przygód? Jedyna słuszna decyzja. A czas szybko pokazał, że intuicja nas nie zawiodła i to posunięcie było strzałem w dziesiątkę!

Tak oto rano spakowaliśmy nasz cały majdan, wrzuciliśmy graty do Dustera, odpaliliśmy silnik i z uśmiechami na twarzach ruszyliśmy w kierunku Złotego Kręgu. Przygodo, nadchodzimy!

Droga w kierunku Golden Circle zaczęła się... no cóż, zgodnie z islandzkim standardem. Z nieba lało, wiatr testował aerodynamikę naszego Dustera i pogoda była po prostu masakryczna. Ale my, zamiast załamywać ręce, postanowiliśmy zaserwować sobie pierwszą petardę tego dnia. I to taką z odległej galaktyki!

Naszym pierwszym przystankiem była słynna Yoda Cave, czyli jaskinia, która stała się internetową legendą.

Przed wyjazdem znajomi opowiadali nam wprawdzie historie, że do samej jaskini trzeba truchtać na piechotę przez kawał drogi, my jednak zrobiliśmy porządny research i sprawdziliśmy, że tuż przy samej atrakcji od niedawna funkcjonuje parking. Oczywiście, jak to na Islandii, jest on płatny (bo przecież islandzkie elfy też muszą z czegoś żyć), ale komfort podjechania pod sam cel w taką ulewę był wart każdej korony i w tej sytuacji nawet mój wąż w kieszeni siedział cicho (a może po prostu przestraszył się pogody?).

Kiedy wysiedliśmy z auta, spojrzeliśmy na jaskinię z zewnątrz i stwierdziliśmy, że szału nie ma. Powiedzmy sobie szczerze: ot, po prostu dwie dziury w skale, jedna nad drugą, wciśnięte w zbocze góry Hjörleifshöfði. Nic, co zapowiadałoby nadchodzący opad kopary.

Ale prawdziwa magia odpala się dopiero wtedy, gdy przekroczy się jej próg (czy jaskinia ma próg?!). Kiedy wejdzie się do środka i odwróci przodem do wejścia... WOW! Ciemna sylwetka otworu wejściowego na tle jasnego nieba tworzy idealny, bezbłędny kształt mistrza Yody z Gwiezdnych Wojen. Uszy, głowa, cała postać – wszystko zgadza się co do milimetra! Coś niesamowitego. George Lucas musiał maczać w tym palce, nie ma innej opcji (zresztą okolica faktycznie zagrała w filmie Łotr 1).

Pogoda na zewnątrz mogła sobie szaleć, a my, schowani w bezpiecznym wnętrzu jaskini, spędziliśmy tam dłuższą chwilę. Zabawa tym kadrem i pozowanie do najróżniejszych zdjęć dały nam masę frajdy. Każdy chciał mieć swoją fotkę z gwiezdnym mistrzem! Podczas tej jaskiniowej sesji zdjęciowej zwykłe kijki trekkingowe mojego męża zyskały wręcz kosmiczną wartość, stając się naszymi własnymi mieczami świetlnymi, którymi zaczęliśmy staczać między sobą zacięte pojedynki. Wznosiliśmy je w tym półmroku z tak ogromną i autentyczną powagą, jakby starożytna, kosmiczna moc wybrała właśnie nas do ostatecznej walki z ciemną stroną Mocy w samym sercu islandzkich podziemi.

Co ciekawe, jaskinia zachwyciła nas nie tylko filmowym kształtem. W jej wnętrzu rzucił nam się w oczy uroczy, botaniczny detal – z ciemnych skał wyrastały kępy małych, niezwykle zielonych paprotek. Wcześniej, na całej trasie, nie widzieliśmy ani jednej takiej roślinki. Wyglądało to niesamowicie – surowa, czarna skała wulkaniczna, a na niej te delikatne, żywo zielone liście, które znalazły sobie idealny mikroklimat w brzuchu Yody.

Zasileni mocą (i to tą jasną stroną Mocy!), wróciliśmy do samochodu. Pierwszy punkt planu ratunkowego okazał się absolutnym hitem.

Po naładowaniu baterii w gwiezdnej jaskini, nasza wielka ucieczka przed deszczem trwała w najlepsze. Kolejnym przystankiem była plaża Víkurfjara – czarna plaża ciągnąca się tuż obok miasteczka Vík.

Znajduje się ona dokładnie po drugiej stronie potężnej góry Reynisfjall, patrząc od strony tej najbardziej obleganej Reynisfjary. I wiecie co? To jedno z tych miejsc, które wręcz wymagają beznadziejnej, ponurej aury, by pokazać swój prawdziwy, surowy charakter. Złapaliśmy tam kadry, które z miejsca stały się moimi absolutnymi faworytami z całej wyprawy. Mroczne, surowe, przeszyte islandzkim chłodem i potęgą oceanu – po prostu czysta magia uwięziona w obiektywie.

Gdy tylko zamknęły się za nami drzwi Dustera, a samochód ruszył dalej słynną islandzką jedynką, mój organizm uznał, że to idealny moment na natychmiastowy reset. Odcięło mnie momentalnie i po prostu przysnęłam w fotelu pasażera. Droga musiała chwilę potrwać, bo obudziłam się jakieś trzydzieści kilometrów dalej, dokładnie w momencie, gdy Duster hamował przy kolejnej ciekawostce tuż przy szosie.

Moim zaspanym oczom ukazała się malownicza konstrukcja wciśnięta wprost pod potężny, samotny głaz. Z przodu wzniesiono ją z surowego kamienia, a dach porastała soczysta zieleń. To Rútshellir (Jaskinia Rutura). Jak się okazuje, ten kamienno-torfowy domek to stara obora dobudowana do wejścia... największej sztucznej jaskini na całej Islandii! Miejsce to kryje mroczną legendę o złym gospodarzu Ruturze, którego zbuntowani niewolnicy zamordowali, podkopując się nocą pod jego własne łóżko. Obiekt wygląda niesamowicie fotogenicznie, jakby żywcem wyjęty z tolkienowskiego Shire, więc szybka sesja zdjęciowa była tu absolutnym obowiązkiem.

Kawałek dalej czekała na nas jedna z najbardziej osobliwych i... kolorowych atrakcji południa. Mowa o słynnym płocie z biustonoszami (znanym jako Brekkukot Bra Fence). Przy samej drodze, na zwykłym drucianym ogrodzeniu, wiszą setki staników we wszystkich możliwych kolorach, rozmiarach i kształtach, widowiskowo łopocząc na islandzkim wietrze.

A skąd one się tu wzięły? Całość zaczęła się parę lat temu jako absolutny żart. Właścicielka okolicznej farmy po jakiejś hucznej imprezie dla dowcipu zawiesiła na płocie kilka staników. Zamiast oburzenia, wywołało to lawinę. Przejeżdżające tą trasą turystki zaczęły masowo zdejmować swoje biustonosze i dopinać je do kolekcji. Dziś to już pełnoprawny, zabawny symbol kobiecej wolności, dystansu do siebie i podróżniczej solidarności. Doszło nawet do tego, że pod naporem setek sztuk bielizny płot zaczął się uginać i właściciele musieli go wzmacniać! Widok tak kontrastowego, wielobarwnego szaleństwa na tle zielonych, surowych islandzkich wzgórz jest po prostu nie do podrobienia.

Na koniec tego intensywnego, pełnego zaskoczeń odcinka drogi zrobiliśmy mały postój w napotkanym sklepie. I wjechał pełen spontan, bo kupiliśmy sobie wszyscy islandzkie czapeczki! Tego dnia – 17 czerwca – Islandia obchodziła swoje najważniejsze święto narodowe, czyli Dzień Niepodległości. Jako zdeklarowani fani tej niesamowitej wyspy, po prostu musieliśmy uczcić ten dzień w jedyny właściwy sposób. Dumnie paradowaliśmy w nowych nakryciach głowy, czując się niemal jak rodowici Islandczycy, a rodowici Islandczycy zapewne patrzyli na nas z niesmakiem i prychali pod nosem: "turyści!".

Po zakupowym szaleństwie i dumnym przywdzianiu naszych nowych narodowych czapeczek, nadszedł czas na oficjalny wjazd na trasę Złotego Kręgu. I zaczęliśmy z grubej rury, bo naszym celem stał się jeden z najbardziej fotogenicznych i kultowych punktów w okolicy – słynny wulkaniczny krater Kerið. To jedna z nielicznych płatnych atrakcji Islandii. W 2026 roku bilet na wulkan kosztował 700 ISK (ok 20 zł) od osoby.

To co tam zobaczyliśmy, to był jakiś absolutny obłęd wizualny! Czasem człowiek myśli, że zdjęcia w internetach są podkręcone filtrami do granic możliwości, ale Kerið na żywo po prostu miażdży system. Kontrasty, jakie tam panują, wydają się wręcz nierealne. Ognistoczerwone i pomarańczowe zbocza krateru, miejscami porośnięte soczystym, neonowozielonym mchem, otaczają dno, w którym leniwie spoczywa jezioro. A woda w tym jeziorze? Ma tak głęboki, hipnotyzujący turkusowo-lazurowy kolor, że mogłabym się w nią wpatrywać godzinami. Natura miała tu niesamowitą fantazję plastyczną.

Oczywiście plan zwiedzania musiał być pełny. Nie należymy do osób, które popatrzą z góry, zrobią jedno selfie i uciekają do auta. Najpierw przeszliśmy całą trasę górą, spacerując wzdłuż korony krateru i chłonąc ten majestatyczny widok z każdej możliwej perspektywy.

Później zeszliśmy specjalnymi schodkami na sam dół, żeby przejść się ścieżką wokół samego jeziorka. I cóż... Islandia najwyraźniej uznała, że sam zachwyt nad widokami to za mało i muszę dosłownie poczuć tę ziemię. Tuż przy brzegu jeziora, zapewne rozproszona tymi wszystkimi obłędnymi kolorami, straciłam na chwilę czujność, a pobliski głaz zaatakował moją stopę! Na szczęście nie rozłożyłam się jak długa – w ułamku sekundy odpalił się instynkt przetrwania i zdołałam zaasekurować się ręką. Niemniej jednak oficjalna wpadka i bliskie spotkanie z wulkanicznym żwirkiem zostały zaliczone! Spodnie i dłonie mogły być trochę uwalone czerwoną ziemią, ale hej! Kto nie wywinął orła na islandzkim szlaku, ten tak naprawdę nie zwiedzał tej wyspy. Oficjalny chrzest bojowy w kraterze Kerið uważam za zaliczony!

Po otrzepaniu rąk z czerwonego żwiru i upewnieniu się, że wszystkie kończyny mam całe, Duster poniósł nas w stronę kolejnej ikony Złotego Kręgu – obszaru geotermalnego Haukadalur. Celem był słynny Geysir.

Zanim jednak zobaczyliśmy jakąkolwiek parę unoszącą się nad ziemią, musieliśmy zmierzyć się z przeszkodą znacznie bardziej podstępną niż wrząca woda. Ze sklepem z pamiątkami.

W tym momencie nasza czteroosobowa ekipa podzieliła się na dwa idealnie skrajne obozy. Ja i mąż mojej koleżanki to ten typ podróżników, którzy takie komercyjne strefy zaliczają w równe trzy sekundy. Wchodzisz, omiatasz wzrokiem magnesy oraz pluszowe pafinki i natychmiast się ewakuujesz. W opcji standard max, nawet nie wchodzę do tego chińskiego raju. Ale mój mąż i moja koleżanka? Ooo, to zupełnie inna bajka! Oni w tych alejkach mogliby chyba zamieszkać. Oglądanie, dotykanie, analizowanie każdego islandzkiego swetra i breloczka trwało wieki. Podczas gdy ta dwójka oddawała się zakupowemu szaleństwu, my – ta bardziej pragmatyczna połowa składu – dzielnie pełniliśmy wartę na zewnątrz, odliczając minuty do spotkania z naturą.

Kiedy w końcu udało nam się wyciągnąć resztę ekipy ze sklepu, ruszyliśmy w stronę gejzerów. I tu mała lekcja geografii oraz sprostowanie, bo nazewnictwo bywa mylące. Sam legendarny Geysir – ten, od którego imienia wzięły nazwę wszystkie inne tego typu zjawiska na świecie – od lat jest już na emeryturze i po prostu nie wybucha. Całe show kradnie za to jego młodszy i niezwykle pracowity sąsiad – Strokkur.


Widok jest niesamowity, choć towarzyszy mu... dziki tłum. Dookoła barierki stoi zwarty szpaler turystów z wyciągniętymi telefonami, z napięciem wpatrujący się w pulsującą, błękitną wodę. Wszyscy czekają na ten jeden moment. Uchwycenie całego wybuchu na zdjęciu lub filmie to wyższa szkoła jazdy, bo zjawisko jest niesamowicie gwałtowne. Najpierw woda w otworze gwałtownie się cofa – wygląda to tak, jakby gejzer dosłownie zasysał wodę do środka – po czym natychmiast nadyma się w wielki, turkusowy pęcherz i BUM! Wystrzeliwuje w niebo słup wrzącej wody.

Ponieważ to sekundy, łatwo przegapić właściwy moment. Ja jednak miałam na to swój własny patent: włączyłam w telefonie nagrywanie wideo, wcisnęłam pauzę i czekałam. Gdy tylko woda drgnęła, zwolniłam pauzę i idealny kadr był mój (a przynajmniej za którymś tam podejściem, bo wcześniej gejzer bawił się z turystami w kota i myszkę)! Mój mąż podszedł do tematu bardziej tradycyjnie... i poległ na polu bitwy z technologią. Przy pierwszej próbie stał z włączonym aparatem, czekał, czekał, Strokkur zwlekał z wielkim wejściem, aż w końcu smartfon z nudów po prostu się wygasił. Dokładnie w tym samym ułamku sekundy nastąpił gwałtowny wybuch, a mąż – zanim w ogóle zdążył wybudzić telefon – wszystko przegapił.

No nic, pełna mobilizacja na drugie podejście, bo Strokkur strzela średnio co 10 minut. Mąż stoi z telefonem w pogotowiu, mija kolejne 10 minut wyczekiwania... i dokładnie w ułamku sekundy, gdy woda zaczęła się zasysać do wybuchu, na ekranie jego telefonu wyskoczyło połączenie przychodzące. Dzwoniła nasza córka! Wybuch poszedł w niebo, aparat zablokował się ekranem rozmowy, a mąż mógł jedynie pomachać gejzerowi ręką. I tak oto z 10 minut czekania zrobiło się kolejne 10 minut w plecy. Ale za to widowisko i tak było super!


Po drodze minęliśmy też uroczego mikrusa o wdzięcznej nazwie Litli Geysir (czyli dosłownie Mały Gejzer). I cóż... nazwa nikogo w błąd nie wprowadza. O ile jego starsi bracia celują w kosmos, tak ten maluch najwyraźniej uznał, że szkoda mu energii na spektakularne wybuchy. Zamiast tego po prostu cicho, acz zawzięcie bulgotał w swoim małym zagłębieniu, wyglądając jak garnek z gotującymi się ziemniakami, o którym ktoś zapomniał na gazie. Urocze to było, choć szacunku w okolicy raczej nie budziło!


Po gejzerowych emocjach, ruszyliśmy w stronę kolejnego punktu naszej trasy – potężnego wodospadu Gullfoss. Miłym zaskoczeniem na miejscu był całkowicie bezpłatny parking, a i za sam wstęp do wodospadu nikt nie wołał ani korony. 

Zanim jednak poszliśmy podziwiać masy wody, nasze żołądki jasno dały do zrozumienia, że pora na obiad. Plan był prosty, czyli tradycyjna szybka kuchnia polowa na parkingu. Rzeczywistość zweryfikował jednak islandzki wiatr, który wiał z taką siłą, że odpalenie palnika graniczyło z cudem. Nie ma jednak rzeczy niemożliwych dla zdeterminowanych podróżników i domorosłych wynalazców! Musieliśmy wykazać się totalną partyzantką i kreatywnością – znaleźliśmy na parkingu jakieś elementy sprzętu budowlanego i słupki odgradzające, z których zbudowaliśmy prowizoryczną osłonę od wiatru. Dopiero za takim schronieniem udało nam się skutecznie ugotować wodę i zjeść ciepły posiłek. Survival poziom ekspert, ale satysfakcja (i ciepły obiad) - bezcenna.

Patrząc na to pobojowisko, miałam też darmowy teatrzyk osobliwości. Kawałek dalej stały wielkie kontenery na śmieci, z którymi wiatr bawił się w najlepsze. Wichura z taką siłą szarpała ich wielkimi klapami, że te bez przerwy kłapały w górę i w dół. Dobrze, że cała ta konstrukcja była solidnie do czegoś przywiązana, bo inaczej te pokrywy pewnie poleciałyby w siną dal (a z nimi połowa zawartości). Wyglądało to przekomicznie – jakby te wielkie potwory ożyły i w środku tej islandzkiej wichury zawzięcie ze sobą dyskutowały, kłócąc się o to, który ma bardziej interesujące wnętrze!

Zasileni ciepłym posiłkiem ruszyliśmy w stronę wodospadu, ale... na naszej drodze znów stanął ON. Sklep z pamiątkami. Całe szczęście na samym wejściu uratowała nas czysta, zbawienna toaleta, która w tych warunkach była prawdziwym cudem architektury. Niestety zaraz za nią zaliczyliśmy absolutną powtórkę z rozrywki! Podział ról w naszej czwórce był już idealnie przetestowany pod gejzerami: ja i mąż koleżanki błyskawicznie omietliśmy wzrokiem strefę wejściową i ewakuowaliśmy się na zewnątrz. W tym czasie mój mąż i moja koleżanka zniknęli między półkami na kolejne długie minuty, skrupulatnie analizując strukturę islandzkich swetrów (wiecie ile taki sweterek kosztuje?!).

Kiedy w końcu udało nam się wyciągnąć ich z otchłani konsumpcjonizmu, ruszyliśmy na platformy widokowe. I powiem Wam jedno: Gullfoss to jest absolutny gigant! Huk jest tak potężny, że momentami nie słychać własnych myśli. Żeby zobrazować sobie potęgę tego miejsca, trzeba wyobrazić sobie rzekę Hvíta, niosącą masy wody z lodowca Langjökull, która nagle załamuje się i spada dwoma potężnymi stopniami. Pierwszy próg ma wysokość trzypiętrowego bloku (jakieś 11 metrów), a drugi, tuż pod nim, to już pionowa ściana wysoka na siedem pięter (21 metrów)! Cała ta gigantyczna masa wody z potwornym impetem wali prosto w głęboki, wąski kanion. Żeby lepiej wyobrazić sobie tę ilość wody: w każdej pojedynczej sekundzie (!!!) przez te kaskady przetacza się tyle litrów, ile zmieściłoby się w ponad pięćdziesięciu dużych wozach strażackich naraz! A latem, podczas roztopów, ta rzeka potrafi być jeszcze potężniejsza. Nie wiem, czy połowa czerwca to właśnie taki okres, ale ilość wody była wprost niemożliwa do wyobrażenia. Kiedy stoi się na krawędzi, a pył wodny ląduje na twarzy, ta czysta siła natury po prostu onieśmiela. Ja zaś zadawałam sobie pytanie, jak duży musi być lodowiec, który jest w stanie wyprodukować takie niesamowite masy wody?!

W trakcie gdy tak staliśmy, chłonąc potęgę żywiołu, Islandia postanowiła podarować nam najpiękniejszy możliwy pokaz. Ponure chmury na moment ustąpiły i dokładnie podczas zwiedzania, nad spienionymi kaskadami Gullfossa, rozbłysła idealna, bajecznie kolorowa tęcza. Lepszego widoku nie mogliśmy sobie wymarzyć!

Przy wodospadzie trafiliśmy też na tablicę informacyjną, która kryje historię o najbardziej upartej kobiecie w historii Islandii. Gullfoss, jaki znamy dzisiaj, mógłby w ogóle nie istnieć! Na początku XX wieku angielscy inwestorzy zwęszyli tu niezły biznes i postanowili postawić na wodospadzie elektrownię wodną. Lokalny farmer, Tómas, początkowo mówił stanowcze "nie", ale sprytni biznesmeni podstępem wmanewrowali go w umowę dzierżawy na 150 lat. I wtedy do akcji wkroczyła jego córka, Sigríður Tómasdóttir. Dziewczyna uznała, że po jej trupie. I to dosłownie! Żeby spotkać się z prawnikami i urzędnikami w Reykjavíku, potrafiła drałować tam z Brattholt całkowicie pieszo – a mówimy tu o trasie rzędu 150 kilometrów w jedną stronę, bez dróg, przez surowe górskie bezdroża i rzeki, które przechodziła w bród! Kiedy sądy i urzędnicy bezdusznie odrzucali jej wnioski, rzuciła na stół kartę ostateczną: zagroziła, że jeśli na wodospadzie pojawi się choć jedna koparka, ona osobiście wskoczy w spienione odmęty Gullfossa i zakończy ten biznes. Wizja zdesperowanej Islandki skaczącej do wodospadu najwyraźniej podziałała na wyobraźnię, bo choć sprawę w sądzie formalnie przegrała, inwestorzy ostatecznie spóźnili się z opłatami za czynsz i umowa wygasła. Gullfoss został uratowany, a Sigríður została pierwszą oficjalną ekolożką na wyspie. 

Podczas podziwiania potęgi wodospadu Gullfoss można natknąć się na jeszcze jedną tablicę informacyjną, która skrywa niesamowitą, siedemnastowieczną historię miłosną. Cała rzecz działa się nad tutejszą rwącą rzeką Hvítá, tuż nad samym wodospadem. Po dwóch stronach tego spienionego żywiołu dwoje młodych ludzi pilnowało owiec na letnich pastwiskach. Zamiast jednak patrzeć na stada, przez całe dnie chłopak i dziewczyna intensywnie wpatrywali się w siebie nawzajem. W tamtych czasach o mostach czy internecie nikt jeszcze nie słyszał, więc ich jedynym, niezwykle bezpiecznym serwisem randkowym było puszczanie do siebie oczka przez ryk mas wody.

W końcu dziewczyna straciła cierpliwość do tej miłości na odległość, bo ileż można czekać na konkretny krok ze strony faceta stojącego po drugiej stronie rzeki. Po prostu krzyknęła przez ryk fal, żeby młody rolnik wreszcie przestał tylko bezradnie machać i osobiście do niej przyszedł. Przeprawa przez te rejony była powszechnie uważana za czyste szaleństwo i pewne samobójstwo, ale zmotywowany chłopak najwyraźniej uznał, że wizja utonięcia jest o wiele bardziej kusząca niż perspektywa spędzenia reszty życia w samotnym starokawalerstwie z owcami jako jedynym towarzystwem. Wypatrzył jedno, tylko sobie znane bezpieczniejsze miejsce, rzucił się odważnie w lodowaty nurt i jakimś absolutnym cudem zdołał pokonać szalejący prąd. Zapewne ocaliła go siła miłości...albo dziewczyna była bardzo atrakcyjna ;)

Gdy cały przemoczony, siny z zimna i szczękający zębami stanął wreszcie na drugim brzegu, dziewczyna prawdopodobnie przyjęła go z typowym dla Islandczyków, lodowatym pragmatyzmem. Sama tablica dyskretnie milczy o jej pierwszej reakcji, ale zapewne zamiast rzucić mu się w ramiona, kazała mu najpierw wyżąć koszulę, żeby nie narobił jej błota w namiocie. Wszystko skończyło się jednak pełnym sukcesem, ponieważ para wkrótce wzięła ślub i doczekała się wielu szanowanych potomków, udowadniając przy tym, że dla zdeterminowanego faceta nawet potężny Gullfoss nie stanowi żadnej przeszkody, a zdjęta koszula przyspiesza sprawę ;).

Gullfoss obejrzany z każdej strony (suchej i mokrej), więc czas na powrót do samochodu, który przyniósł kolejną próbę charakteru. Myśleliście, że to koniec zakupów? Wolne żarty! Gdy szliśmy z powrotem w stronę Dustera, w głowach zakupowej połowy naszej ekipy (tak, mówię o moim mężu i koleżance) dokonał się nagły proces myślowy. Najwyraźniej widok milionów litrów spadającej wody natchnął ich nowymi, genialnymi pomysłami na zakupy, bo... znowu skręcili do sklepu z pamiątkami! Oczywiście "tylko na chwilkę", bo przecież pod gejzerem nie obejrzeli jeszcze trzeciego rzędu breloczków z maskonurami. My z mężem koleżanki mogliśmy już tylko załamać ręce i zacząć odliczać czas do kolejnego Bożego Narodzenia.

Żeby było śmieszniej, kiedy w końcu z moim kompanem daliśmy za wygraną i ruszyliśmy sami w stronę parkingu, kolega o mało nie zaliczył wpadki. Tych samochodów stało tam tyle, że w pewnym momencie mój towarzysz niedoli z pełnym przekonaniem podszedł do auta i szarpnął za klamkę... zupełnie obcego Dusterka! No ale przecież na Islandii biały Duster 4x4 to niemal dobro narodowe i bez dokładnego sprawdzenia tablic rejestracyjnych można niechcący adoptować cudzą brykę.

Zanim jednak pożegnaliśmy Gullfossa, naszą uwagę na parkingu przykuło coś, obok czego po prostu nie dało się przejść obojętnie. Stał tam absolutny potwór szos i bezdroży – gigantyczny, czarny autobus na ośmiu potężnych, terenowych kołach od ekipy Mountaineers of Iceland. Wyglądało to tak, jakby luksusowy autokar wycieczkowy zaliczył upojną noc z wojskowym Hummerem i ciężarówką z Mad Maxa. Te ogromne opony miały chyba tyle wzrostu co ja! Pojazd służy do wożenia turystów prosto na lodowiec, ale na parkingu prezentował się tak majestatycznie, że nasz Duster – dotychczas uważany przez nas za twardego, terenowego zawodnika – nagle zaczął wyglądać przy nim jak małe, zagubione autko-resorak. Człowiek patrzy na takiego potwora i od razu czuje, że islandzkie drogi wewnętrzne typu F to nie są żarty!

Gdy pozostała dwójka w końcu wyczołgała się z torbami pełnymi islandzkich niezbędników, mogliśmy wreszcie ruszyć dalej. I choć Gullfoss zamknął nasz pełen wrażeń dzień, to wcale nie oznaczało końca klasycznego Złotego Kręgu. W planie został nam przecież jeszcze ten najważniejszy, historyczno-geologiczny punkt, czyli Þingvellir. Ponieważ jednak zegarek nie chciał stanąć w miejscu, a strefa czasowa robiła swoje, podjęliśmy strategiczną decyzję – park narodowy i spotkanie z tektonicznymi szczelinami zostawiamy na drugi dzień, o którym możecie przeczytać TUTAJ.


Po więcej postów z Islandii zapraszam TUTAJ.

Jeśli chcecie zlokalizować na mapie opisane w poście lokalizacje oraz wszystkie lokalizacje z bloga, zapraszam do mapy interaktywnej, która otworzy się dla Waszej wygody w nowym oknie. Najedź na wybraną pinezkę i kliknij nazwę lokalizacji, która pokaże Ci się pod mapą aby wyświetlić zdjęcia i link do odpowiedniego posta 😀. Kliknij strzałkę po prawej stronie nazwy lokalizacji, aby wyznaczyć do niej trasę. Powiększaj mapę aby zobaczyć więcej pinezek. Kliknij na napis "Patent na Wypad" (w wersji komórkowej na dole ekranu) aby wejść w legendę, gdzie znajdziesz listę lokalizacji lub będziesz mógł wpisać konkretną lokalizację w lupkę.

Linka do lokalizacji na mapie Google z niniejszego bloga znajdziecie także poniżej - szukajcie pod tekstem słowa "Lokalizacja...."

A jeśli chcecie przeczytać więcej wpisów w moim blogu, z pewnością ułatwi Wam to TA LISTA , zaś zbiór niektórych wcześniejszych map znajdziecie TUTAJ.

A może interesują Was gotowe propozycje tras? Zapraszam TUTAJ.

#patentnawypad #podroz #podroze #blog #travelblog #islandia #island #visitisland #islandtravel #BrekkukotBraFence #Geysir #GoldenCircle #Gullfoss #Haukadalur #Hjörleifshöfði #Hvíta #JaskiniaYody #Kerið #Langjökull #SigríðurTómasdóttir #Strokkur #YodaCave #ZłotyKrąg






Komentarze