Zawracający w głowie obłędnym pięknem chorwacki fiord: Zavratnica - Chorwacja, księżycowy Pag - Urlop 2025

Gdy jakiś czas temu pisałam o pięknym kanionie rzeki Zrmanja, ktoś podrzucił mi informację o podobnym odjazdowym miejscu. Zapisałam je sobie wtedy "na później". Owo "później" miało miejsce w 2025 roku, gdy wracaliśmy z wyspy Pag. To kolejne miejsce, które nie jest położone na tej wyspie, choć tytuł posta może to sugerować. Ale o czym mowa? Słyszeliście o Zavratnicy? Nie? Cóż...wcale się temu nie dziwię. To niezbyt znane miejsce, a przez to to kolejna moja chorwacka perełka. To coś w rodzaju fiordu, nieco na południe od miasteczka Jablanac. 

Jablanac to miejsce, które mogłoby być scenografią do filmu o najbardziej pechowych, a zarazem najbardziej urokliwych portach świata. Przez dziesięciolecia Jablanac był głównym oknem na świat dla wyspy Rab. To stąd odpływały promy. Problem polegał na tym, że port był tak ciasny i wystawiony na podmuchy silnego wiatru (Bury), że manewrowanie tam promem przypominało zawracanie statku w kanale Korynckim. W 2012 roku otwarto nowy port w Stinicy, a Jablanac... nagle zapadł w błogi spokój, przypominając Mariana po ciężkim dniu. Co ciekawe, w Jablanacu znajduje się schronisko górskie Miroslav Hirtz, które leży na wysokości zaledwie 26 metrów nad poziomem morza. To prawdopodobnie jedyne miejsce na ziemi, gdzie możesz wyjść ze schroniska i zamiast na szczyt, wpaść prosto do słonego Adriatyku. Idealne dla tych, którzy kochają góry, ale nienawidzą wyczerpującego trekkingu.

Ale wróćmy do Zavratnicy. Ten cud przyrody można, a nawet trzeba, podziwiać z dwóch perspektyw. Z góry i z dołu. 

Zacznę od górnego widoku. Jadąc Jadranką z Prizny na północ, wypatrujcie takiego znaku:

Jazda słynną Jadranką (czyli drogą krajową D8) w stronę punktu widokowego nad Zavratnicą to doświadczenie, po którym Twoje dłonie będą tak mocno zaciśnięte na kierownicy, że po wyjściu z auta będziesz wyglądać, jakbyś wciąż trzymała niewidzialnego Mariana za ramiona, żeby nie upadł.

Generalnie pokonywanie Jadranki to nie jest zwykła podróż, to gra survivalowa. Po jednej stronie masz często pionowe ściany masywu Velebit, a po drugiej – błękitną otchłań Adriatyku. Droga bywa tak kręta, że nawigacja zaczyna mrugać ze zdenerwowania, a pasażerowie na tylnym siedzeniu zmieniają kolor na podobny do ninskiego błota (tylko w odcieniu zielonkawym). 

Kiedy już nacieszysz się Jadranką, musisz z niej zjechać w lewo. Droga w dół to seria serpentyn tak ciasnych, że przód Twojego samochodu niemal spotyka się z tyłem. Jeśli jedziesz tam w sezonie, przygotuj się na „chorwacki taniec mijany” – kiedy spotkasz turystów z Niemiec, jedno z Was musi wykazać się większą wiarą w to, że grawitacja akurat ma przerwę na drzemkę. Jedźcie tą drogą tak długo aż dojedziecie do sporawego parkingu. Dalej traficie bez problemu, bo parking jest niemal przy samym brzegu kanionu. Podchodząc do oznaczonego puntu widokowego uważajcie, bo Wasze szczęki na pewno wylądują na ziemi. Pół biedy jak to będzie ziemia pod Waszymi stopami. Gorzej jak szczęka się rozpędzi i wleci do kanionu. Wtedy jest po ptakach, bo możecie co najwyżej szukać wiatru w Zawratnicy, a natura szczęki i tak nie zawróci ;) Nie ma szans. Przy okazji możecie poszukać kesza :) Nie jest trudno go znaleźć :)



Gdy już nacieszycie oczy tym chorwackim fiordem i zdecydujecie, że lekcja latania to jednak nie dzisiaj, wróćcie do auta i kierujcie się na Jablanac. Swoją drogą to w 2025 roku mieliśmy przyjemność z ogromną ilością fiordów. Najpierw Norwegia gdzie fiordy są na porządku dziennym. Ale fiordy w Chorwacji? Cóż... kto by się spodziewał! Na pewno nie my. Norwegia nas najwyraźniej w tym roku prześladowała. Pewnie była zazdrosna o to, że po pogodzie jaką nas uraczyła, postanowiliśmy się wygrzać w Chorwacji ;) No i nie mogła dać o sobie zapomnieć, stąd fiord.

Zjazd do Jablanaca to w świecie kierowców legenda, przy której parkowanie pod supermarketem w sobotę to relaksujące spa. To, że teraz jest tam ruch jednokierunkowy, to nie jest „ograniczenie wolności”, to jest akt miłosierdzia ze strony chorwackich drogowców!

Standardowa chorwacka droga lokalna ma szerokość półtora osła, ale zjazd do Jablanaca to już wyższy poziom abstrakcji. Fakt, że kiedyś był on dwukierunkowy (tak sądzę znając chorwackie zwyczaje), sugeruje, że chorwaccy kierowcy promów i ich pasażerowie musieli posiadać nadprzyrodzone zdolności przenikania przez materię. Dzisiaj, jadąc w dół, masz wrażenie, że jeśli wystawisz łokieć przez okno, to albo pogłaszczesz kozę na zboczu Velebitu, albo porysujesz lakier o ścianę domu, który stoi tam od czasów rzymskich.

Wprowadzenie ruchu jednokierunkowego (zjazd jedną drogą, wyjazd drugą, okrężną trasą przez Stinicę) to był historyczny moment. Wcześniej, gdy spotykały się tam dwa auta, sytuacja wyglądała tak:

Kierowcy wysiadali.

Zapalali papierosa.

Dyskutowali o pogodzie, polityce i o tym, który z nich ma większe doświadczenie w jeździe tyłem nad przepaścią.

Ostatecznie ten „młodszy” musiał cofać pod górę przez trzy kilometry serpentyn, co kończyło się wzrokiem bardziej zamglonym niż u Mariana po weselu.

Te serpentyny są tak ciasne, że Twój samochód czuje się jak wąż, który próbuje ugryźć się we własny ogon. Fakt jest taki: nachylenie drogi i promień skrętu zostały zaprojektowane w czasach, gdy jedynym środkiem transportu był osioł, a on – w przeciwieństwie do Twojego SUV-a – nie miał problemu z brakiem czujników parkowania.

Jadąc tam teraz, cieszysz się, że nikt nie nadjedzie z naprzeciwka, ale i tak instynktownie wciągasz brzuch, mijając murki. Każdy zakręt to nowa zagadka: „Czy moje lusterko przetrwa spotkanie z tą pelargonią na balkonie?”. Mieszkańcy domów przy drodze prawdopodobnie potrafią rozpoznać markę auta po dźwięku tarcia opony o krawężnik.

Kiedy już spocony i z tętnem 160 dotrzesz na dół, Jablanac wita Cię takim spokojem, jakby nic się nie stało. Parkujesz auto, patrzysz na krystaliczną wodę i myślisz sobie: „Zrobiłem to. Jestem żywym dowodem na to, że fizyka w Chorwacji to tylko sugestia”.

Pamiętajmy, że przez dekady to był jedyny dojazd do promu na wyspę Rab. Wyobraź sobie ten „hardcore”, gdy w tamtą wąską gardziel wlewał się sznur aut turystów z całej Europy, a z dołu wyjeżdżały ciężarówki z zaopatrzeniem. To, że tam nie powstał żaden pomnik „Nieznanego Kierowcy Cofającego”, jest po prostu skandalem!

Gdy już pokonasz większą część drogi do Jablanaca, stań na zakręcie typu agrafka:

Stamtąd możesz wspiąć się na widoczny powyżej taras widokowy. Po prostu wspinasz się na azymut.

Ścieżka co prawda jest, ale dla własnego bezpieczeństwa wybieraj mniej strome fragmenty. No i zapomnij o klapkach i nie zapomnij o wodzie! Wspinaczka to raptem kilka minut, a potem stajesz i podziwiasz krajobraz i widok na Rab oraz pobliski Pag. 

Widoki na pewno są warte tej wspinaczki tym bardziej, że najlepsze dopiero przed Tobą. Dalej jest już z górki. W realu i przenośni, bo ścieżka przekształca się ze ścianki wspinaczkowej w zwykłą cywilizowaną ścieżkę, którą podążasz w kierunku wnętrza zatoki. Dla niezorientowanych: wnętrze zatoki jest w kierunku przeciwnym do morza. I nie jest to żadna złośliwość, Po prostu patrząc w kierunku morza zobaczycie tajemne przejście przez skały i koniecznie będziecie chcieli pójść w tym kierunku. Ale na razie tego nie róbcie. Tamtędy wrócicie.

Idziecie więc w kierunku wnętrza zatoki, która z każdym krokiem ukazuje się coraz bardziej. Powiedzieć, że widoki są obłędne to nic nie powiedzieć.

Widok tak ostry, że tnie siatkówkę: Te krajobrazy są tak nierealne, że Twoje oczy wysyłają do mózgu zapytanie: „Słuchaj, czy my jesteśmy w rzeczywistości, czy ktoś nam wgrał nową wersję symulacji z teksturami w 16K?”. Twoje źrenice rozszerzają się do rozmiaru bijącego na głowę spojrzenie kota ze Shreka, bo chcą wchłonąć każdy piksel tego obrazu.

Aparat w telefonie prosi o litość: Po tysięcznym zdjęciu Twój telefon zaczyna wibrować z przegrzania, a procesor krzyczy: „Błagam, przestań! Moja karta pamięci jest już pełna błękitu, nie odróżniam nieba od wody, a mój algorytm piękna właśnie wybił korki!”.

Patrzysz na tę zatokę i nagle orientujesz się, że od pięciu minut stoisz z otwartą buzią, a do środka próbowała Ci już wlecieć średniej wielkości mewa. Twoja dolna szczęka szoruje po chorwackich skałach, a Ty nawet tego nie czujesz, bo mózg jest zajęty przetwarzaniem faktu, że woda może mieć tyle odcieni naraz.

Czujesz się, jakbyś wypiła duszkiem cały zapas wina od Mariana, ale bez późniejszego bólu głowy. Widok jest tak „gęsty” od piękna, że masz ochotę uklęknąć i zacząć lizać skały, żeby sprawdzić, czy one też smakują tak dobrze, jak wyglądają.

Krótko mówiąc: to nie jest „obłędny widok”. To jest wizualny napad na Twoje zmysły, po którym jedyne, co potrafisz z siebie wydusić, to nieskładne „yyyyy” i „aaaaa”, podczas gdy Twoje serce bije w rytmie chorwackiego techno.

Udajemy się w kierunku wnętrza zatoki, aż nasze zachwyty przerywa stojąca po lewej niepozorna budka. Dlaczego przerywa. Cóż... nie tylko polscy górale kasują za widoki. W tym przypadku jest to tradycyjne 5 EUR od główki (2025 rok). Ale co to? Punkt myta jest, ale obsługi brak. Patrzymy po sobie i idziemy dalej. 

Po chwili dochodzimy do widocznego pod wodą wraku statku z czasów II wojny światowej. Co się stało? Co on tam robi? To był prom transportowy, który mógł przewozić nawet ciężkie działa przeciwlotnicze.

Wyobraź sobie, że jesteś niemieckim promem desantowym klasy Siebel-Fähre podczas II wojny światowej. Twoje życie to ciągłe kursowanie między lądem a wyspami, przewożenie ciężkich gratów i unikanie wszystkiego, co lata i ma namalowane znaki alianckich sił powietrznych.

W 1944 roku załoga tego stalowego giganta (który wyglądał trochę jak dwa kadłuby spięte platformą – taki wojenny katamaran) uznała, że Zatoka Zavratnica to idealna kryjówka. No bo umówmy się: wąsko, wysokie skały, cień... No, wymarzone miejsce na drzemkę w stylu Mariana. Plan był genialny, ale miał jedną wadę: alianccy piloci mieli bardzo dobry wzrok i jeszcze lepszy humor do psucia niemieckich planów. 

Brytyjskie samoloty namierzyły prom i urządziły mu prawdziwe „powitanie”. Kilka celnych trafień sprawiło, że statek uznał, iż ma dość pływania i woli karierę obiektu turystycznego. Zatonął z godnością, ale ponieważ zatoka jest tam płytka, nie udało mu się schować w otchłaniach. Osiadł na dnie tak pechowo (lub szczęśliwie dla nas), że jego górna część niemal wystaje ponad lustro wody. I to jest w tym najlepsze!

Większość wraków wymaga patentu nurkowego, drogiego sprzętu, butli z tlenem i odwagi Indiany Jonesa. Wrak w Zavratnicy? On jest dla leniuchów! Leży na głębokości od 2 do 7 metrów.

Możesz go oglądać, stojąc na brzegu i zajadając kanapkę. Możesz nad nim przepłynąć na dmuchanym materacu w kształcie flaminga (choć to trochę psuje wojenny klimat).

Możesz założyć maskę i poczuć się jak odkrywca Titanica, mając pod stopami zaledwie kilka metrów krystalicznie czystej wody.

Dzisiaj statek nie przewozi już amunicji ani żołnierzy. Stał się najbardziej ekskluzywnym blokiem mieszkalnym dla lokalnych ryb i krabów. Kadłub jest porośnięty roślinnością, a w zakamarkach, gdzie kiedyś huczały silniki, teraz pewnie jakaś ośmiornica ucina sobie drzemkę, ignorując turystów, którzy nad nią machają płetwami.

To, co w tym wraku jest najzabawniejsze (i trochę niesamowite), to jego widoczność. Woda w Zavratnicy jest tak przejrzysta, że nawet jeśli nie chcesz go widzieć, to go zobaczysz. Wygląda jak wielki, brązowy cień czający się pod powierzchnią. Dla kogoś nieprzygotowanego może to wyglądać jak potwór morski, ale spokojnie – ten potwór jest od 80 lat na emeryturze.

Ale Zavratnica to nie tylko historia zatopionego statku. Pod koniec maja 1944 roku, wraz z otwarciem bazy na wyspie Vis, rozpoczęły się pierwsze ataki na statki na północnym Adriatyku. W Zavratnicy najpoważniejsze ataki przeprowadziły brytyjskie Hurricane'y z bazy we Włoszech (6. Eskadra). Każdy atak rozpoczynał się od lądu w kierunku morza: samoloty nurkowały przez kanion, schodząc aż do morza. Trzykrotnie zostały zestrzelone. Pierwszy z nich rozbił się o południowe zbocze wzgórza, naprzeciwko wraku statku. Drugi uderzył w skały podczas wychodzenia z zatoki i eksplodował. Obaj piloci zostali uznani za zaginionych w akcji. Trzecia i ostatnia katastrofa lotnicza miała miejsce 19 września 1944 roku, ale bez ofiar w ludziach, ponieważ pilot zdążył wyskoczyć z samolotu i został uratowany.

Ale wróćmy do Zavratnicy z naszych czasów. Po obejrzeniu z góry wraku statku idziemy dalej. Dochodzimy do niewielkiego budynku u szczytu zatoki. Tam zaczepia nas zaginiony punkt poboru opłat. Skąd kobieta wiedziała, że jeszcze nie zapłaciliśmy pozostaje dla nas tajemnicą tym bardziej, że ludzi w zatoce kręci się całkiem sporo. 

W opisanym budyneczku znajduje się coś w rodzaju beach baru, gdzie możecie kupić lody czy kawę. Znajduje się tam też toaleta... przynajmniej w teorii. W rzeczywistości trzeba mieć sporo samozaparcia, żeby z niej skorzystać. Trzeba też mieć obstawę, bo drzwi nie mają zamka...

No i jest niewielka acz urokliwa plaża. W lato na pewno przyjazny będzie cień, który ze względu na strome ściany zatoki nietrudno znaleźć. Mój mąż stwierdził, że musi się wykąpać w obłędnie czystej wodzie. Szybko się rozebrał, ale przy wchodzeniu do wody zaczął wydawać dziwne dźwięki. Cóż... woda okazała się nie tyle zimna, co LODOWATA!!! Witaj Norwegio ;) No, ale czego wymagać od wody we fiordzie?

Woda w Zavratnicy ma opinię „lodowatej” nie bez powodu – to nie jest tylko Twoje subiektywne wrażenie po rozgrzaniu się na słońcu. To zjawisko ma bardzo konkretne, naukowe uzasadnienie.

Masyw górski Velebit, który wyrasta tuż nad zatoką, działa jak gigantyczna gąbka. Woda z opadów i topniejącego śniegu wsiąka w krasowe skały i płynie podziemnymi kanałami, a następnie wybija pod ciśnieniem na dnie morza. Te podwodne źródła nazywają się vruje. Ponieważ ta woda płynie głęboko pod ziemią, ma stałą, niską temperaturę (ok. 10–12°C) i skutecznie schładza całą zatokę.

Zavratnica jest wąska, a jej ściany sięgają nawet 100 metrów wysokości. Przez większość dnia wysokie klify rzucają na wodę głęboki cień. Słońce operuje tam bezpośrednio tylko przez kilka godzin, co sprawia, że woda nie ma szans nagrzać się tak mocno jak na płytkich, otwartych plażach. To takie naturalne, skalne lodówki.

Zatoka jest głęboko wcięta w ląd (ma ok. 900 metrów długości). Choć mogłoby się wydawać, że stojąca woda szybciej się nagrzeje, to w przypadku Zavratnicy zimna, słodka woda z vruje miesza się ze słoną, tworząc warstwy o różnej gęstości i temperaturze. Brak silnych prądów morskich, które wpychałyby ciepłą wodę z otwartego Adriatyku wgłąb zatoki, powoduje, że chłód zostaje „uwięziony” w środku.

Zavratnica nie ma łagodnego zejścia (a w zasadzie ma, ale tylko przy wspomnianej niedużej plaży). Dno opada tam gwałtownie (osiągając do 18 metrów głębokości). 

Duża masa wody nagrzewa się znacznie wolniej niż płytka kałuża przy brzegu. Kiedy wskakujesz do wody przy wraku, masz pod sobą metry chłodnej toni, która nie widziała słońca od rana.

Kąpiel w Zavratnicy to darmowa krioterapia. Jest to jednak genialne uczucie, gdy po zejściu z upalnej Jadranki wchodzisz do wody, która w ułamku sekundy stawia Cię na nogi lepiej niż najmocniejsza kawa!


Raczej trudno się rozkoszować kąpielą w lodowatej wodzie, chyba, że się lubi szukać potem części ciała, które uległy czasowej atrofii. Ale to nie jedyne niebezpieczeństwo. Trzeba uważać na wpływające do zatoki łódki i motorówki, a ponadto....stateczki wycieczkowe!!!! Oczywiście nie są to widziane przez nas w norweskich fiordach cruisery, te jednostki są dużo mniejsze, ale umówmy się, ta zatoczka jest długa, ale wąska. Tam na prawdę nie ma za wiele miejsca. Dlatego taki stateczek wygląda tam kuriozalnie. Dysproporcja jest jeszcze większa niż w przypadku wycieczkowców z norweskiego Flam. Jestem w stanie zrozumieć pobieranie opłat za wstęp do Zavratnicy, ale z tymi stateczkami ktoś powinien zrobić porządek.

Po kąpieli wracamy do auta. Tym razem idziemy przez wspomniane wcześniej tajemne przejście. To tak na prawdę nieduży tunel wykuty w skale.




Dochodzimy do morza i biegnącą jego brzegiem ścieżką docieramy do miejsca, gdzie po krótkiej wspinaczce w górę jesteśmy już przy samochodzie. Jadąc przez Jablanac docieramy do Jadranki. 




Jeśli chcecie zlokalizować na mapie opisane w poście lokalizacje oraz wszystkie lokalizacje z bloga, zapraszam do mapy interaktywnej, która otworzy się dla Waszej wygody w nowym oknie. Najedź na wybraną pinezkę i kliknij nazwę lokalizacji, która pokaże Ci się pod mapą aby wyświetlić zdjęcia i link do odpowiedniego posta 😀. Kliknij strzałkę po prawej stronie nazwy lokalizacji, aby wyznaczyć do niej trasę. Powiększaj mapę aby zobaczyć więcej pinezekKliknij na napis "Patent na Wypad" (w wersji komórkowej na dole ekranu) aby wejść w legendę, gdzie znajdziesz listę lokalizacji lub będziesz mógł wpisać konkretną lokalizację w lupkę.

Linka do lokalizacji na mapie Google z niniejszego bloga znajdziecie także poniżej - szukajcie pod tekstem słowa "Lokalizacja...."

A jeśli chcecie przeczytać więcej wpisów w moim blogu, z pewnością ułatwi Wam to TA LISTA , zaś zbiór niektórych wcześniejszych map znajdziecie TUTAJ.

A może interesują Was gotowe propozycje tras? Zapraszam TUTAJ.

#patentnawypad #podroz #podroze #blog #travelblog #chorwacja #croatia #visitcroatia #croatiatravel #Jablanac #Zavratnica #chorwackifiord

Komentarze