Zadziwiający Zadar - Chorwacja, księżycowy Pag - Urlop 2025


Pamiętacie mój post o Splicie? Dzisiaj będzie o innym większym chorwackim mieście - Zadarze. Sporo osób zastanawia się, które z tych miast jest lepszą destynacją urlopową. Ja do tej pory zawsze odpowiadałam, że zdecydowanie Split. Teraz też uważam, że Split, ale mniej zdecydowanie :) Dlaczego? Otóż przy kolejnej bytności w tym mieście, postanowiliśmy go zwiedzić z przewodnikiem, a w zasadzie z przewodniczką Marą, która dzięki swojej wiedzy spowodowała, że zdecydowanie bardziej polubiliśmy to miasto. No i jeszcze jedna istotna uwaga. Ten post ma w tytule Pag, ale oczywiście Zadar nie leży na Pagu. Po prostu zwiedziliśmy go przy okazji pobytu na Pagu, ponieważ nie jest tam daleko. Z paskiego mostu dojedziecie tam w około pół godziny. 

Czy  warto zwiedzić Zadar? Zdecydowanie warto. Nie jest to miasto - zabytek, tak jak Split. Sporo znajdziecie tutaj obiektów, które pasują do historycznej zabudowy jak pięść do nosa, poprzez wciskanie budynków typu "późny Gierek" pomiędzy piękne historyczne budynki. Ale z drugiej strony, zachody słońca w Zadarze są legendarne.

Dlaczego? Otóż pewnego dnia, siedząc w hotelu Zagreb na wybrzeżu, Alfred Hitchcock zapisał (lub powiedział, zależy od wersji legendy): "Zadar ma najpiękniejszy zachód słońca na świecie, piękniejszy niż ten w Key West na Florydzie, oklaskiwany każdego wieczoru."

Słynny reżyser odwiedził Zadar w maju 1964 roku i choć w swoich filmach straszył ludzi ptakami i prysznicami, to zachód słońca w tym mieście zupełnie go rozbroił.

Mieszkańcy Zadaru do dziś dziękują Alfredowi za te słowa. Gdyby wiedział, jak bardzo pomoże to chorwackiej turystyce, pewnie zażądałby tantiem od każdego sprzedanego tam magnesu ;)

Dziś zachód słońca w Zadarze ma oprawę, której Hitchcock nie doczekał – Morskie Organy (Morske orgulje) i Pochwałę Słońca (Pozdrav Suncu). Słońce zachodzi tam przy akompaniamencie muzyki granej przez fale, co sprawia, że całość wygląda jak scena z filmu... tyle że z happy endem.

Mówi się, że Hitchcock próbował sfilmować zadarski zachód słońca, ale uznał, że żadna taśma filmowa nie odda tych kolorów.


Zachód, zachodem, ale nas z kolei spotkała w Zadarze pogodowa niespodzianka. Do tej pory zachodzę w głowę czy się z niej cieszyć, czy też niekoniecznie. Z jednej strony nie było to zbyt przyjemne, ale z drugiej wyjątkowe i rzadko spotykane szczególnie w lecie. Z tego powodu nie wszędzie byliśmy w stanie zrobić zdjęcia. Z tego powodu, niektóre zdjęcia zamieszczone w tym poście zostały przez nas zrobione 12 lat temu (to te z ładną pogodą :) ). Z tego powodu na zdjęciach z tego dnia jest tak mało turystów ;) Ale po kolei.

Od paru dni się na to zapowiadało, dzień przed, pojawiły się alerty pogodowe. Tym razem nie ostrzegały one turystów przed upałem, ale przed czymś, co w pogodzie jest zwane "deszczem nawalnym". W praktyce taki deszcz potrafi nawalać, czy tez bardziej napierd... tak, że świata nie widać. Pogoda w Chorwacji nie bierze jeńców. Zazwyczaj latem jest tak gorąco, że mózg się gotuje (ale ja i tak to uwielbiam), za to jak przychodzi burza, to klękajcie narody. Nigdzie nie widziałam takich burz w formacie dyskotek jak w Chorwacji. Przenalizowaliśmy więc mapę pogodową i wyszło nam, że tego dnia po południu w Zadarze nie będzie padać. Czujecie to? PRZEANALIZOWALIŚMY MAPĘ POGODOWĄ W CHORWACJI !!!! Świat się kończy! A mówiłam mężowi, żeby nie jechać wcześniej do Norwegii! No i wykrakałam! W Norwegii przeżyliśmy cyklon Floris, więc Chorwacja nie chciała być gorsza! Uciekliśmy więc z Pagu przed pogodowym armagedonem do Zadaru...prawie.

Niebo się chmurzyło już w drodze. Ale w sumie byliśmy z tego nawet zadowoleni. Przecież przy tych temperaturach, lepiej się zwiedza jak nie ma "patelni". Dojechaliśmy do dużego piętrowego parkingu (znajduje się on przy ulicy: Obala kneza Branimira 4E), stamtąd na Zadarską starówkę jest niedaleko, wystarczy przejść przez most i zaraz znajdziecie się przy starej Nowej Bramie (Nova vrata), którą wejdziecie na starówkę. 

My zmierzamy w kierunku Bramy Lądowej, bo tam się umówiliśmy z Marą, naszą przewodniczką. Zaczyna padać. A my oczywiście bez parasola, w klapkach/sandałkach, no przecież to lato w Chorwacji. Popada i zaraz przestanie. Ponieważ jednak deszcz ma w nosie nasze (i nie tylko) prognozy, chowamy się pod parasolami pobliskiej kawiarni na Placu Pięciu Studni. 


W 1574 roku Wenecjanie (ówcześni menedżerowie Zadaru) zorientowali się, że Imperium Osmańskie bardzo chciałoby wpaść do miasta na kawę, ale bez zaproszenia. Aby miasto mogło przetrwać długie oblężenie, zbudowano gigantyczny, podziemny zbiornik na wodę (cysternę). To był taki XVI-wieczny „survivalowy zestaw startowy”. Wenecjanie uznali, że mury to jedno, ale bez wody Zadar poddałby się szybciej niż turysta na słońcu bez kremu z filtrem. Na powierzchni ogromnego zbiornika postawiono w rzędzie pięć ozdobnych studni. Studnie są ustawione w idealnej linii prostej. Pod nimi znajduje się potężny system filtracji deszczówki. Wygląda to jak wczesno-nowożytny system drive-thru. Wyobraź sobie te kolejki: „Poproszę dwa wiaderka średnio-twardej, bez lodu”. Pięć studni gwarantowało, że rano przy czerpaniu wody nie dochodziło do bójki o to, kto pierwszy wypije małą czarną.

Nad placem góruje Wieża Kapitańska. Dawniej to stąd dowodzono obroną miasta i wejściem do portu. Kapitan siedział na górze i patrzył, czy nikt nie sika do studni oraz czy Turcy nie majstrują nic przy bramach. Dziś wieża służy głównie do tego, żeby turyści mogli sobie zrobić zdjęcie, na którym wyglądają na wyższych niż w rzeczywistości.

Obecnie plac jest jednym z najpopularniejszych miejsc spotkań, koncertów i wydarzeń kulturalnych. Kiedyś ludzie przychodzili tu po wodę, żeby przeżyć. Dzisiaj przychodzą tu wieczorami po „inne napoje”, żeby świętować wakacje. Można powiedzieć, że funkcja placu jako „głównego punktu nawadniania miasta” pozostała niezmienna, zmienił się tylko procent zawartości płynów w płynach ;).

Późnej oczywiście zbudowano wodociągi, skąd z rzeki Zrmanja woda płynęła do Zadaru. O przepięknym kanionie tej rzeki pisałam TUTAJ. Koniecznie go zobaczcie!

W październiku 1991 roku (podczas Wojny o Niepodległość Chorwacji), siły przeciwnika odcięły główne ujęcie wody dla miasta w miejscowości Straža. Zadar, miasto liczące wtedy ok. 80 tysięcy ludzi, z dnia na dzień został z suchymi kranami. Skąd brano wodę? Wtedy nastąpił wielki powrót do przeszłości. Ludzie przypomnieli sobie o starych, zapomnianych cysternach na podwórkach i publicznych studniach (choć te 5 słynnych studni było już wtedy raczej zabytkiem). Wykorzystywano każdą kroplę z lokalnych ujęć, które wcześniej uznawano za "techniczne". To był czas, kiedy głównym sportem miejskim było dźwiganie plastikowych baniaków (podobnie jak Ty teraz wozisz wino z kranika, tylko wtedy to była kwestia przetrwania, a nie wieczornej integracji). Zadar od wody był odcięty przez niemal 4 lata!

Właśnie te dramatyczne lata sprawiły, że mieszkańcy Zadaru mają niesamowity szacunek do wody. Do dziś, kiedy starszy mieszkaniec patrzy na Morskie Organy, cieszy się nie tylko z muzyki, ale z faktu, że ta woda jest w morzu, a w kranie ma pod dostatkiem tej słodkiej.

Park obok Placu Pięciu Studni, czyli Park Królowej Jeleny Madijevki (Perivoj kraljice Jelene Madijevke), to miejsce, gdzie historia „wojenna” spotyka się z miłością do botaniki. To nie jest zwykły skwer – to w zasadzie dach gigantycznej fortecy. Park nie powstał na zwykłej ziemi, ale na szczycie potężnego Bastionu Grimani. Kiedy w XIX wieku mury obronne przestały być potrzebne do odpierania armat, Austriacy (którzy wtedy rządzili Zadarem) postanowili zrobić coś z tą ogromną masą kamienia. Założycielem parku w 1829 roku był austriacki dowódca wojskowy, baron Ludwig von Welden. Co ciekawe, to był pierwszy publiczny park w całej Dalmacji, co w tamtych czasach było niemal rewolucją obyczajową. Von Welden uznał, że mieszkańcy Zadaru, którzy żyli w ciasnym, kamiennym mieście otoczonym murami, potrzebują „zielonych płuc”. Otwarcie parku dla cywilów było gestem bardzo nowoczesnym, niemal oświeceniowym. Jako że był to pierwszy taki obiekt, baron sprowadzał do niego rośliny z całej Europy. Chciał, żeby mieszkańcy nie tylko spacerowali, ale też edukowali się botanicznie. Początkowo mieszkańcy nie bardzo wiedzieli, jak się w takim parku zachować. Trzeba było ustalać regulaminy, żeby nikt nie wypasał tam kóz ani nie suszył prania na rzadkich okazach pinii (co w Dalmacji było kuszącą opcją).

Zaraz obok znajduje się Brama Lądowa (Kopnena vrata), zwana też przez Wenecjan Porta Terraferma. To w zasadzie wielki, renesansowy bilbord, który miał mówić każdemu przybyszowi: „Zadar to potęga, a Wenecja tu rządzi – i nie próbujcie nic kombinować”. 


Zbudowana w 1543 roku, brama nie była tylko ładnym wejściem. To był kluczowy element fortyfikacji chroniących miasto przed Imperium Osmańskim. Zaprojektował ją Michele Sanmicheli, absolutna gwiazda ówczesnej architektury wojskowej z Werony. Sanmicheli tak bardzo lubił przepych, że zamiast zwykłego przejścia w murze, zafundował Zadarowi bramę, która wygląda, jakby zaraz miał przez nią przejechać rzymski cesarz na złotym rydwanie. Nawet armaty w tamtych czasach musiały czuć się onieśmielone takim stylem. Najbardziej rzucającym się w oczy elementem jest wielki, skrzydlaty Lew św. Marka – symbol Republiki Weneckiej. Lew trzyma otwartą księgę. Według legendy, jeśli księga jest otwarta, oznacza to, że w momencie budowy w Republice panował pokój. Gdyby była zamknięta – Wenecja byłaby na ścieżce wojennej. To był taki XVI-wieczny status na Facebooku. „Aktualny nastrój: Pokojowy (ale mam pazury, więc uważaj)”. Zadar dumnie wyświetlał ten status każdemu, kto zbliżał się od strony lądu. Nad centralnym łukiem widać płaskorzeźbę przedstawiającą św. Chryzogona (sveti Krševan) – patrona Zadaru – na koniu. Św. Chryzogon był rzymskim rycerzem i męczennikiem, a Zadar wybrał go na swojego głównego „ochroniarza”. Wygląda to trochę tak, jakby patron miasta robił obchód i sprawdzał, czy nikt nie wnosi do środka przemycanego sera bez oclenia. Jest on umieszczony niżej niż wenecki lew, co miało subtelnie przypominać, kto tu naprawdę wypłaca pensje (podpowiedź: Wenecja). Brama jest tak fotogeniczna, że nawet gdybyś miał najgorszy aparat na świecie i trzęsące się ręce, jej zdjęcie i tak wyjdzie dobrze. To taki renesansowy filtr Instagramowy wbudowany w kamień.

Brama znajduje się tuż obok uroczego, małego portu Foša. Dawniej wejście do miasta przez tę bramę oznaczało przejście przez most zwodzony nad fosą. Dziś fosa to miejsce dla łódek i jedna z najdroższych restauracji w mieście. Można powiedzieć, że dawne miejsce, gdzie oblewano wrogów wrzącym olejem, stało się miejscem, gdzie polewa się ryby oliwą z pierwszego tłoczenia.

Jeśli będziecie w porcie Foša, wypatrujcie biało-niebieskiej łódeczki z psem. Ten pies to Nina. Nina to suczka rasy pudel o biszkoptowym umaszczeniu, która stała się żywym symbolem portu Foša, tuż obok Bramy Lądowej. Jej „biurem” jest wspomniana niewielka łódka. Piesek przesiaduje na burcie, często ozdobiony kokardką. 



Nina opanowała do perfekcji sztukę „stoickiego spokoju”. Podczas gdy inne psy gonią za mewami, ona wyleguje się z gracją godną weneckiej arystokracji, ignorując tłumy turystów robiących jej zdjęcia. Nina stała się tak popularna, że właściciel łódki z czasem postawił obok niej (co wywołało sporo emocji w mediach) puszkę na drobne datki za zrobienie zdjęcia. Można powiedzieć, że Nina to pierwsza „influencerka” wśród zadarskich psów. Jej modeling jest tak profesjonalny, że gdyby Alfred Hitchcock zobaczył ją na łódce, pewnie uznałby, że to najpiękniejszy profil psa, jaki widział na świecie (zaraz po zachodzie słońca, oczywiście). Aktualnie haracz za zdjęcie Niny wynosi 1 EUR i podobno właściciel Niny bardzo agresywnie pilnuje, aby każdy go zapłacił. Hmmm.... kojarzy Wam się to z czymś? Ja pierwsze co pomyślałam to białe misie na Krupówkach ;) My nie mieliśmy szczęścia, Niny nie było na pokładzie. Dlatego wstawiłam zdjęcie z jednego z naszych poprzednich razów w Zadarze.

Jak już wspomniałam, przy Bramie Lądowej Spotykamy Marę. Mara, jest -jak sama siebie określa - owocem miłości polsko-chorwackiej. Czyli mama jest Polką, tata Chorwatem. Jak dla mnie, to idealne połączenie! Sama też bym tak chciała, gdybym na swojej drodze życia nie spotkała mojego męża :) W każdym, o umówionej godzinie podchodzi do nas uśmiechnięta, piękna młoda dziewczyna :) Aż miło na nią popatrzeć :) Ale Mara oczarowuje nas nie tylko wyglądem ale i wiedzą. I samozaparciem! Deszcz pada coraz mocniej, w zasadzie już nie tyle pada co leje, a w zasadzie napier..... deszczem. Ulice podczas naszego spaceru zmieniają się w rzeki! Jesteśmy w Zadarze czy w Wenecji?! Rynny nie dają rady odprowadzać wody i startują w konkursie na najmłodszą fontannę roku! To nie deszcz, to powódź! Ze śmiechem, szukając kolejnych schronień pod dachem, pokonujemy kolejne atrakcje Zadaru. W pewnym momencie i akcie desperacji mąż mi kupuje parasolkę :) No takiej pamiątki z Chorwacji jeszcze nigdy nie przywiozłam :) Na szczęście to Chorwacja i choć na pewnym etapie w zasadzie cały czas niemal brodzimy po kostki w wodzie, to jednak na szczęście nie jest zimno. No dobra, nie jest bardzo zimno, bo temperatura jednak trochę spadła. Trochę więcej niż byśmy się spodziewali :) Ale dajemy radę, przecież wapno nie może pokazać, że jest gorsze od małolatów (liczba mnoga, bo jest z nami mój syn - tak na oko w wieku Mary). No i popatrzcie! Jeszcze dobrze nie zaczęłam opowiadać o zabytkach Zadaru, a mój post już się robi przydługi! To się chyba nazywa grafomania ;) Będę się więc streszczać, a po szczegóły po prostu umówcie się na spacer z Marą (polecam!!!). Znajdziecie ją na Facebooku: Mara Barišić. Mara perfekcyjnie mówi po polsku :)

Zadar to miasto zbudowane na planie idealnej szachownicy, którą Rzymianie wyrysowali tam dwa tysiące lat temu i... w zasadzie niewiele się od tego czasu zmieniło. Zadarską starówką rządzą dwie ulice.


Pierwsza to Decumanus Maximus (czyli dzisiejsza ulica Široka).

W rzymskim mieście, Decumanus to była główna oś biegnąca ze wschodu na zachód. To najszersza i najważniejsza arteria miasta. Choć po II wojnie światowej została odbudowana w nowoczesnym stylu, jej fundamenty pamiętają sandały rzymskich legionistów. Od nich zresztą pochodzi jej nazwa. nie pamiętam dokładnie, ale Decumanus to słowo związane z liczbą 10. Szerokość ulicy była pierwotnie taka, aby 10ciu legionistów mogło stanąć jeden obok drugiego. Dzisiaj wszyscy nazywają ją po prostu Kalelarga (z włoskiego Calle Larga – Szeroka Ulica). To nie jest zwykła ulica, to stan umysłu. Mieszkańcy Zadaru twierdzą, że Kalelarga jest starsza niż samo miasto. Mówi się, że jeśli nie przeszedłeś się Kalelargą przynajmniej trzy razy w ciągu dnia, to Twój dzień w Zadarze się nie liczy. To tutaj odbywa się „pokaz mody” lokalnych mieszkańców i to tutaj Hitchcock pewnie szukał cienia, zanim poszedł na zachód słońca.

W każdym porządnym rzymskim mieście Cardo (to ta druga główna ulica) musiało przecinać Decumanus pod kątem prostym, tworząc centrum wszechświata (czyli Forum). Cardo biegło z północy na południe. W Zadarze ta ulica prowadziła od Bramy Morskiej prosto w stronę Forum.

Dzięki temu, że Rzymianie byli fanami geometrii, Zadar jest prawdopodobnie najłatwiejszym miastem do nawigacji na świecie – pod warunkiem, że pamiętasz, że wszystko, co ważne, dzieje się na przecięciu tych dwóch osi.

Oczywiście oprócz dwóch głównych, mamy tu więcej wąskich i jeszcze węższych uliczek. Dlaczego są takie wąskie? Podobno dlatego, aby mogły podtrzymywać z obu stron wracających do domu po dobrej imprezie Rzymian. Dlatego jeśli Rzymianie wracali z imprezy w dziesiątkę, szli Decumanus. Jeśli sami, wtedy dawali radę węższymi uliczkami ;) Oczywiście jest też wersja mówiąca o tym, że te wąskie uliczki były po prostu łatwiejsze do obrony, ale szczerze mówiąc, jest mniej ekscytująca od tej pierwszej ;)

Jak widać mieszkańcy Zadaru byli dość imprezowi. Ale byli też religijni. Podobno każdy zamożniejszy Zadarczyk za punkt honoru stawiał sobie wybudowanie kapliczki. kościółka itp. W podziękowaniu za coś albo "na wszelki wypadek". Wiecie jak jest, przezorny zawsze ubezpieczony. 

Dlatego takich przybytków było w Zadarze sporo, część z nich przetrwała do dzisiaj, czasem w nieoczekiwanych miejscach, tak jak kościół św. Wawrzyńca (Sveti Lovre). Aby wejść do tej jedenastowiecznej świątyni, musisz wejść do popularnej kawiarni Caffe Bar Lovre, która znajduje się bezpośrednio przy Narodni Trg (Placu Ludowym).

Kościół pochodzi z XI wieku i jest jednym z najstarszych zachowanych obiektów sakralnych w Zadarze. To jedyny znany mi przypadek, gdzie idąc do spowiedzi, możesz przez pomyłkę zamówić cappuccino z dużą pianką. Granica między stolikiem a ołtarzem jest tu wyjątkowo cienka.



Przez wieki Zadar był tak gęsto zabudowany, że budynki dosłownie „pożerały” się nawzajem. Po zniszczeniach w czasie II wojny światowej i późniejszych przebudowach, kościółek został obudowany kamienicami.

Z innych ciekawostek, warto przejść się na plac Jana Pawła II. Oczywiście znajdziecie tam pączkowy kościół Św. Donata - potężna rotunda, czyli budowla na planie koła. Z lotu ptaka wygląda jak gigantyczny, kamienny fundament pod największego donata na świecie. 


Jedyna różnica polega na tym, że św. Donat nie ma dziurki w środku (zamiast niej ma solidne Forum Romanum pod spodem). Jest to więc raczej taki „pączek gigant” nadziewany historią, który przetrwał 1200 lat bez czerstwienia. Można powiedzieć, że św. Donat to jedyny pączek, od którego się nie tyje. Zamiast kalorii, dostarcza on potężną dawkę kultury. Ale o Donacie przeczytacie w każdym przewodniku, a ja chciałabym Wam pokazać dwie ciekawostki w pobliżu. 

Pierwsza z nich to pozostałości po ołtarzu, gdzie składano ofiary. Z pewnością nie były to dziewice, ale zwierzęta, więc przy miejscu na ołtarz (bo tyle faktycznie z niego zostało), jest rowek na wypływającą z ofiar krew....brrrr......

Jeśli kościół św. Donata to „pączek historii”, to stojąca tuż obok Kolumna Wstydu (Stup srama) to najstarszy i najbardziej bezlitosny profil na Facebooku w całym Zadarze.

Kolumna to typowy przykład zadarskiego „nic się nie może zmarnować”. To jedna z kunsztownych rzymskich kolumn, która została przestawiona z Forum na widok publiczny. W czasach weneckich, jeśli zrobiłeś coś głupiego (np. oszukiwałeś na wadze ryb albo zbyt głośno śpiewałeś po winie z Kolanu pod oknem burmistrza), nie dostawałeś mandatu. Zamiast tego, przykuwano Cię do tej kolumny łańcuchami. To był „publiczny post”, którego nie dało się usunąć ani zarchiwizować. Przez kilka godzin lub dni każdy przechodzień mógł Cię „polajkować” (zazwyczaj zgniłym pomidorem) albo zostawić soczysty komentarz prosto w twarz. 

Największą karą był jednak przymusowy spacer z sądu (który znajdował się na placu) prosto do kolumny – całkiem nago. To zadarska wersja „Gry o Tron”: Wyobraź sobie ten spacer przez sam środek Forum Romanum. To nie był miły, letni nudyzm na plaży FKK. To był moment, w którym całe miasto mogło ocenić nie tylko Twój brak uczciwości, ale też... Twoją kondycję fizyczną. Bez filtrów, bez ubrań, tylko Ty i tysiące palców wycelowanych w Twoją stronę. Po takim spacerze delikwenta przykuwano do kolumny, żeby każdy mógł mu się przyjrzeć z bliska. To był najskuteczniejszy system resocjalizacji – po jednej takiej rundce nikt już nie myślał o oszukiwaniu na wadze sardynek. Fakt, że biorąc pod uwagę powszechny obecnie w social mediach ekshibicjonizm, skuteczna w owym czasie kara, nieco się zdezaktualizowała ;)

Do dzisiaj na kolumnie wiszą oryginalne żelazne łańcuchy. To świetny rekwizyt do zdjęć, ale pamiętaj – jeśli Twój partner/partnerka spróbuje Cię tam „dla żartu” przypiąć, upewnij się, że masz przy sobie telefon, żeby zamówić pizzę na dostawę do Forum. No i jeszcze pamiętaj o tym, że do zabawy w 50 twarzy Greya, lepiej wybrać mniej publiczne miejsce.

Po drodze mijamy piękną katedrę Św. Anastazji, która jest największym kościołem w Dalmacji, a na której w samym narożniku dachu radośnie sobie przysiadł hipopotam, który podobno jest ... hmmm..... bykiem, krową (?). Niestety nie pamiętam. Na pewno było to nieco mniej egzotyczne zwierzę niż hipopotam :) Ale zabijcie mnie, jeśli to nie wygląda na hipopotama :)


A nieopodal znajduje się sklep, gdzie oprócz pamiątek możesz spróbować i oczywiście kupić jeden z dwóch kultowych trunków rodem z Zadaru. To Maraschino i Maraska.


Czym się różnią?

CechaMaraschino (Przezroczyste)Maraska (Czerwona / Cherry)
WyglądCzyste jak łza (albo woda ze Zrmanii).Gęsta, ciemna „krew” wiśniowa.
SmakPachnie jak marcepan, smakuje jak... migdały porażone prądemPłynna konfitura od babci z procentami. Wiśnie, wiśnie i jeszcze więcej wiśni.
Z czego?Z owoców, ale też z liści, gałązek i pestek.Z samego soku i miąższu dojrzałych owoców.
Dla kogo?Dla królów, cesarzy i fanów mocnych wrażeń.Dla łasuchów i fanów „płynnych deserów”.
Efekt ubocznyCzujesz się jak arystokrata na Titanicu.Szczerzysz się się jak mysz do sera.
Nam bez wątpienia bardziej smakowała Maraska. I choć nie przepadam za ciężkimi mocnymi alkoholami, zachwyciłam się jej słodko-cierpkim wiśniowym smakiem.

Deszcz pada coraz łagodniej, ale my jesteśmy już totalnie przemoczeni. No ale przecież jeszcze musimy zajrzeć na nabrzeże, gdzie znajduje się zadarski "duet idealny": jeden gra, drugi świeci, a obaj nie biorą ani grosza za prąd! Mowa o Morskich Organach (Morske orgulje) i Pozdrowieniu Słońca (Pozdrav suncu).

Oto jak ten duet działa:

1. Morskie Organy – Koncert, w którym dyrygentem jest fala
Wyobraź sobie, że morze idzie do szkoły muzycznej, ale zamiast nut woli freestyle.


A tak na prawdę, pod kamiennymi schodami ukryte jest 35 rur o różnych długościach i grubościach. Gdy fala wpada do środka, wypycha powietrze przez gwizdki ukryte w chodniku. To jedyne organy na świecie, które nigdy nie grają „Sto lat”, bo morze ma własną playlistę. Czasem brzmi to jak relaksujące spa, a podczas sztormu – jakby stado wielorybów miało akurat próbę chóru po kilku głębszych Maraskach.

2. Pozdrowienie Słońca – Wielki "iPad" w chodniku
To tak na prawdę panele solarne. Wyglądają jak lądowisko dla UFO, ale mają znacznie lepsze kolory.
To gigantyczne koło (22 metry średnicy) składa się z 300 wielowarstwowych szklanych płyt, pod którymi umieszczono moduły solarne. W dzień ładują się słońcem, a po zmroku zaczynają "tańczyć" światłem.
To największy parkiet taneczny w Dalmacji, który sam na siebie zarabia. Cała energia zebrana w dzień zasila oświetlenie nabrzeża. Można powiedzieć, że to taki „solarny recycling”: słońce daje prąd, żeby turyści mogli sobie wieczorem zrobić idealne selfie z filtrem "neonowa noc" - oczywiście zaraz potem jak porobią zdjęcia zachodu słońca i pod warunkiem, że mają jeszcze miejsce w komórce.


Organy to słuch, Pozdrowienie Słońca to wzrok. Razem tworzą najtańszy i najfajniejszy festiwal „światło i dźwięk” na świecie. To idealne miejsce, żeby usiąść na schodach, pić Maraskę i czekać, aż słońce zajdzie, a "płyty" zaczną świecić. Uważaj, żeby od hipnotyzujących świateł i dźwięku morza nie wpaść w trans, bo możesz obudzić się rano przywiązany do Kolumny Wstydu (nawet bez spaceru nago!).

Ta część Zadaru to kwintesencja odprężenia i relaksu. Tak jak łagodny zadarski klimat, który jest specyficzny dzięki usytuowaniu miasta. Z jednej strony otulają je pagórki przed Velebitem, z drugiej strony wyspy, z Ugljanem na czele. To teoretycznie chroni miasto przez gwałtownymi zjawiskami meteorologicznymi. Chyba, że ma się pecha ;)


Deszcz przestaje padać, a my kończymy zwiedzanie i udajemy się do samochodu. Dobrze, że wzięliśmy na wszelki wypadek ubrania na zmianę :)

No i na koniec jeszcze jeden z symboli Zadaru. Tym razem żywy i jak najbardziej współczesny. My widzieliśmy go właśnie na "Pozdrav suncu" wiele lat temu. Choć było to dawno, pamiętam to bardzo dobrze. Gorący letni wieczór na samym cyplu Starówki. "Pozdrav suncu" zaczyna swój świetlny taniec, morskie organy buczą w tle, a tłum ludzi czeka na najpiękniejszy zachód słońca. Nagle między turystami w markowych ubraniach pojawia się ON. Nie ma ciężkiego kożucha ani butów z cholewami. Ma na sobie czerwone, krótkie spodenki i czerwony T-shirt. Ale to, co sprawiało, że wszystkim opadały szczęki, to ta potężna, śnieżnobiała, prawdziwa broda, która lśniła w promieniach zachodzącego słońca. Wyglądało to tak, jakby św. Mikołaj po całym roku ciężkiej pracy w Laponii w końcu dorwał tanie loty do Zadaru i uznał, że „Pozdrav Suncu” to najlepsze miejsce na regenerację baterii (tych solarnych i własnych). Spojrzałam i pomyślałam: "A ten co? Z choinki się urwał?"
Ale to był Slobodan Ozretić. Legenda i dobry duch Zadaru. On nie przestawał być Mikołajem tylko dlatego, że termometr pokazywał 38 stopni Celsjusza. Dla niego bycie "dobrym duchem Zadaru" było pracą na pełny etat.
Widok tak ikonicznej, zimowej postaci na tle błękitnego Adriatyku i nowoczesnych paneli solarnych to był czysty surrealizm. Ludzie przecierali oczy, myśląc, że może za dużo czasu spędzili na słońcu. Slobodan nie potrzebował przebrania, żeby budzić uśmiech. Wystarczyła ta broda i jego obecność. On po prostu „był” częścią tego miasta, tak samo jak rzymskie kolumny czy Brama Lądowa. 


Slobodan zmarł 10.12.2018 roku. Jak widać wypełnił swoją Mikołajową powinność i odszedł na boską emeryturę. Miał 74 lata, pochowany został na cmentarzu ...nomen omen...św. Mikołaja w Kaštel Stari
Kiedyś Slobodan powiedział: "W żadnym momencie życia, podczas gdy pracowałem i miałem pieniądze do stracenia nigdy nie byłem szczęśliwszy ani bardziej zadowolony niż dzisiaj, kiedy mam tylko zdrowie i miłość. Żyję skromnym i pięknym życiem. Nie chcę być Świętym Mikołajem na Boże Narodzenie. Chciałbym być Świętym Mikołajem przez cały rok. Zawsze byłem i pozostanę człowiekiem "ludowym". Odwiedziłem wiele krajów świata, ale to, co mamy, taki kraj i ludzi, nikt na świecie nie ma"

Czy dane Wam było spotkać Slobodana na swojej drodze?

Jeśli chcecie zlokalizować na mapie opisane w poście lokalizacje oraz wszystkie lokalizacje z bloga, zapraszam do mapy interaktywnej, która otworzy się dla Waszej wygody w nowym oknie. Najedź na wybraną pinezkę i kliknij nazwę lokalizacji, która pokaże Ci się pod mapą aby wyświetlić zdjęcia i link do odpowiedniego posta 😀. Kliknij strzałkę po prawej stronie nazwy lokalizacji, aby wyznaczyć do niej trasę. Powiększaj mapę aby zobaczyć więcej pinezekKliknij na napis "Patent na Wypad" (w wersji komórkowej na dole ekranu) aby wejść w legendę, gdzie znajdziesz listę lokalizacji lub będziesz mógł wpisać konkretną lokalizację w lupkę.

Linka do lokalizacji na mapie Google z niniejszego bloga znajdziecie także poniżej - szukajcie pod tekstem słowa "Lokalizacja...."

A jeśli chcecie przeczytać więcej wpisów w moim blogu, z pewnością ułatwi Wam to TA LISTA , zaś zbiór niektórych wcześniejszych map znajdziecie TUTAJ.

A może interesują Was gotowe propozycje tras? Zapraszam TUTAJ.

#patentnawypad #podroz #podroze #blog #travelblog #chorwacja #croatia #visitcroatia #croatiatravel #Zadar #zadarskiŚwiętyMikołaj

Komentarze