Najwęższa uliczka na świecie i najbardziej klimatyczne miasteczka w Chorwacji: Vbrnik - Chorwacja, księżycowy Pag - Urlop 2025
To już ostatni etap naszej urlopowej podróży na Pag. Wracamy do domu, ale po drodze zatrzymujemy się na nocleg w kolejnej chorwackiej perełce. Ta perełka nie jest na Pagu, jak to sugeruje tytuł, lecz na wyspie Krk, dokąd dojechaliśmy piękną Jadranką:
Skupmy się zatem na samym Krk – bo ta nazwa to prawdziwy lingwistyczny i geograficzny fenomen.
Powiedzieć, że w nazwie "Krk" brakuje samogłoski, to tak, jakby powiedzieć, że na Jadrance jest "trochę ciasno". To absolutne minimum literowe, które rzuca wyzwanie każdemu, kto nie urodził się z chorwackim podniebieniem.
W języku chorwackim litera "r" jest tzw. spółgłoską sylabotwórczą. Oznacza to, że potrafi ona przejąć obowiązki samogłoski i utrzymać całą sylabę na swoich barkach.
W praktyce, wymawiając "Krk", nie próbuj tam na siłę wpychać "e" (Kerk) ani "y" (Kyrk). Musisz po prostu mocno zawibrować językiem na tym środkowym "r". Brzmi to trochę jak krótki warkot silnika motorówki, która utknęła na mieliźnie: K-rrr-k.
Przez lata Krk kłócił się z sąsiednią wyspą Cres o miano największej wyspy Chorwacji. Ostatecznie, po bardzo dokładnych pomiarach (prawdopodobnie co do milimetra kwadratowego), ogłoszono remis (choć niektóre źródła podają, że Krk jest minimalnie większy). Obie mają po ok. 405 km², ale to Krk ma dumniejszą, krótszą nazwę.
Krk to kolebka piśmiennictwa. To właśnie tutaj, w miejscowości Jurandvor, znaleziono Baskańską Płytę (Bašćanska ploča) – jeden z najważniejszych zabytków chorwackiego pisma (głagolicy). Można powiedzieć, że Chorwaci tak bardzo kochają litery, że rzeźbili je w kamieniu, ale tak bardzo szanują miejsce na kamieniu, że w nazwie wyspy ograniczyli się do trzech liter.
Głagolica to najstarszy słowiański alfabet, który wygląda tak, jakby ktoś próbował zapisać tajny kod przy pomocy kółek, trójkątów i krzyżyków. Stworzył ją w 863 roku św. Cyryl. Nie chciał kopiować Greków czy Rzymian, więc zaprojektował system od zera, żeby oddać specyficzne, słowiańskie dźwięki (takie jak nasze „sz” czy „cz”). Kształty liter nie są przypadkowe – opierają się na symbolach koła (wieczność), trójkąta (Trójca Święta) i krzyża. To alfabet „pobożny” do szpiku kości. Choć reszta Słowian szybko przesiadła się na cyrylicę lub łacinę, Chorwaci (zwłaszcza na wyspach takich jak Krk) używali głagolicy w kościołach aż do XIX wieku. Byli jedynymi katolikami na świecie, którzy nie musieli odprawiać mszy po łacinie, bo mieli swój własny „kod”.
Na wyspę wjeżdżamy potężnym mostem (Krčki most), który w momencie otwarcia w 1980 roku miał najdłuższe betonowe przęsło łukowe na świecie. Co ciekawe, na samym początku nazywał się mostem... Tito, ale nazwa wyspy (tradycyjnie) okazała się trwalsza niż nazwisko polityka.
Niestety nie udało nam się zrobić zdjęcia mostu. Jeśli więc macie na to ochotę, kombinujcie jeszcze zanim wjedziecie na wyspę. Zaraz po przejechaniu mostu zatrzymaliśmy się na parkingu. Chcieliśmy złapać kadr wspominanego obiektu, ale od tej strony niestety nie ma na to opcji (albo my jej nie znamy, ale fakt jest też taki, że nie mieliśmy czasu aby jej szukać). Chyba nie tylko my mieliśmy z tym problem, za to inni rekompensowali sobie to zrobieniem selfie z Toitojami :)
To chyba byli turyści, którzy pierwszy raz przyjechali to Chorwacji. Rozumiem doskonale, że w takim przypadku człowiek dostaje małpiego rozumu i fotografuje aż mu się nie skończy pamięć w komórce (sama robiłam w Norwegii zdjęcia owczych kupek), ale TOI TOIE?!!!!!!!!!!!!! To już jest wyższy poziom obłędu!
Na wyspę Krk pierwszy raz pojechaliśmy kilkanaście lat temu, podczas naszej pierwszej podróży do Chorwacji. Co z niej pamiętam? Klimatyczne przepiękne miasteczko Krk, ikoniczną plażę w Baśce, która była tak zatłoczona, że aby dojść do morza musieliśmy chodzić po rozłożonych ręcznikach. Zwróćcie uwagę, że to było naście lat temu, aż się boję pomyśleć jak to wygląda teraz. Chociaż w sumie...zapewne tak samo, bo jeśli plaży nie przebudowali na piętrową, to ilość miejsca na niej się nie zmieniła, więc i ilość ludzi też nie. No chyba, że teraz od świtu stoi kolejka do wejścia na plażę i rozłożenie ręcznika. Trzecią rzeczą było miasteczko Vbrnik (też niemal bez samogłosek). Trafiliśmy do niego zupełnie przez przypadek, zwabieni okolicznymi winnicami. Historia Vrbnika to historia wina. Lokalny szczep Žlahtina rośnie tylko na tutejszym polu (Vrbničko polje). Nazwa pochodzi od starosłowiańskiego słowa žlahten, co oznacza „szlachetny”. Owo wino ma specyficzną właściwość, bo po dwóch kieliszkach każdy turysta zaczyna płynnie czytać głagolicę (przynajmniej we własnej głowie).
Trafiliśmy więc do Vbrnika i przepadliśmy. Wtedy tego miasteczka nie było w przewodnikach, nie było w nim turystów, a Vbrnik wyglądał chyba tak samo jak w średniowieczu! Te strome i pofalowane uliczki, na których bruk był tak wypolerowany przez setki lat, że nawet gdy był suchy, trudno się po nim chodziło. Coś niesamowitego i obłędnie pięknego! Klimatyczna architektura, stanowiąca mariaż chyba wszystkich dawnych trendów sumująca się w cudowny labirynt. Wow, wow i jeszcze raz WOW!!! A do tego miasto zbudowano na 50-metrowym klifie. Dlaczego? Bo w dawnych czasach, gdy piraci widzieli miasto tak wysoko, dochodzili do wniosku, że nie chce im się wspinać i płynęli dalej. Vrbnik był dzięki temu naturalną fortecą.
Taki wizerunek nieznanej chorwackiej perełki utkwił mi w pamięci. Chciałam tam koniecznie wrócić i taka możliwość pojawiła się w 2025 roku.
Czy miasto się zmieniło? I tak i nie. Pozostała obłędna architektura i te uliczki totalnie nieprzystosowane do samochodów (co nie znaczy, że Chorwaci nie usiłują zmienić tego trendu, kierowco niedużego białego vana: szacun, byłam pewna, że się nie da wjechać na schody ;) ). Pojawiły się tabliczki informujące o poszczególnych zabytkach. No i niestety....sklepy z pamiątkami "made in China", o hordach turystów nie wspomnę :( To oczywiste, że było to nieuniknione, ale mnie bardzo zasmuciło. Widoczne są też efekty postępu technologicznego:
Ale przejdźmy do zwiedzania. Auto zostawcie na parkingu na obrzeżach starówki (Retec 1, 51516, Vrbnik,). Nawet nie próbujcie wjeżdżać dalej :) Za parkowanie najłatwiej zapłacić apką Bmove.
Moim zdaniem nie trzeba zwiedzać Vbrnika według jakiegoś konkretnego planu. Miasteczko jest tak małe, że najlepiej po prostu pogubić się w jego urokliwych uliczkach, a atrakcje same Was znajdą.
Jeśli pójdziecie na wprost, główną uliczką, zaraz po prawej stronie zobaczycie kaplicę św. Marcina. Została ona zbudowana w 1561 roku przez księdza Martina Vitezicia, o czym świadczy głagolicka inskrypcja na bocznej ścianie. Czyli już od pierwszych kroków możecie zobaczyć legendarną głagolicę.
Z pewnością niedaleko zobaczycie "drogowskazy" do chyba największej atrakcji Vbrnika.
Uliczka Klančić, bo to o niej mowa, to miejsce, które oficjalnie rzuca wyzwanie Twojej pewności siebie oraz objętości Twojego obiadu. Choć dumnie nosi miano „najwęższej na świecie” (choć w niemieckim Reutlingen twierdzą inaczej, ale kto by ich słuchał), to spacer nią przypomina bardziej przeciskanie się przez szczelinę w jaskini niż zwiedzanie miasta. W najwęższym miejscu Klančić ma zaledwie 43 centymetry szerokości. To oznacza, że przeciętny turysta z plecakiem ma dwa wyjścia: albo zdejmuje plecak, albo zostaje tam do czasu, aż chorwacka służba zdrowia wymyśli, jak go wydobyć bez użycia dynamitu.
Dlaczego ktoś wybudował coś tak absurdalnego? Oczywiście chodziło o bezpieczeństwo. Gęsta zabudowa Vrbnika i ekstremalnie wąskie przejścia miały utrudniać życie najeźdźcom. Spróbuj biec z mieczem i tarczą przez 43-centymetrową dziurę, podczas gdy babcia z okna powyżej wylewa na Ciebie gorącą zupę. Strategia genialna w swej prostocie. Lokalna legenda mówi zaś, że Klančić był ostatecznym testem trzeźwości po wizycie w tutejszych piwniczkach z winem Žlahtina. Jeśli po trzech kieliszkach szlachetnego trunku udało Ci się przejść przez uliczkę bez zaklinowania się biodrami – mogłeś wracać do domu. Jeśli utknąłeś, oznaczało to, że musisz tam zostać do rana, aż... cóż, aż wytrzeźwiejesz i uda Ci się rozwiązać równanie matematyczne jak od mniejszej wartości (szerokość uliczki) odjąć większą wartość (szerokość bioder lub barków w zależności od płci).
Pamiętaj także, że w Klančiću nie obowiązuje prawo o ruchu drogowym, ale prawo fizyki: dwa obiekty nie mogą zajmować tej samej przestrzeni w tym samym czasie. Spotkanie czołowe (a może brzuszne?) dwóch osób w najwęższym punkcie to moment, w którym zaczynasz nawiązywać z obcym człowiekiem relację bliższą niż z własnym mężem. Zazwyczaj kończy się to salwami śmiechu i wspólnym wycofywaniem się „rakiem”.
A jeśli znajdziecie coś takiego:
to wiedzcie, że trafiliście na Koło Vrbnika (Vrbnički krug). Pochodzenie koła, wykonanego z morskich otoczaków i podzielonego na osiem segmentów, jest nam nieznane, a znajdziecie je przed wejściem do kościoła parafialnego w Vrbniku, Choć wygląda jak elegancka dekoracja podwórka, jest to jedna z najciekawszych zagadek lingwistycznych Chorwacji.
To koło ułożone z morskich otoczaków to model geometryczny, z którego można wyprowadzić wszystkie litery głagolicy. Serio. To nie jest radosna twórczość lokalnego brukarza, ale precyzyjny schemat. Koło jest podzielone na osiem segmentów. Wierzy się, że to właśnie ten układ był „matrycą” dla św. Cyryla, gdy projektował litery. Jeśli nałożysz na to koło odpowiednie linie, każda dziwaczna litera głagolicy nagle nabiera sensu.
Turyści często po nim depczą, nie wiedząc, że właśnie przechodzą po fundamencie słowiańskiej kultury piśmienniczej. To koło to taki średniowieczny „generator fontów”. Jeśli będziesz tam stać, spróbuj „wyczytać” z niego jakąś literę – podobno po wspomnianym lokalnym winie idzie to znacznie sprawniej!
Przy okazji zerknijcie do wspomnianego kościółka:
Z pewnością nie przegapicie też wieży dzwonnicowej.
Rozpoznawalną sylwetkę Vrbnika definiuje 30-metrowa renesansowa dzwonnica z 1527 roku, o czym świadczy głagolicka inskrypcja na kamiennej tablicy przy wejściu. Według lokalnej legendy, dzwonnica została zasponsorowana ze skarbu znalezionego w zamku Frankopanów w Gradecu. Była to demonstracja siły i bogactwa – w tamtych czasach posiadanie tak wysokiej wieży było jak posiadanie najnowszego iPhone’a w wersji Max. Dawno temu parter tej renesansowej dzwonnicy służył jako więzienie! Co ciekawe, dzwonnica nie jest „przyklejona” do kościoła Wniebowzięcia NMP, lecz stoi dumnie obok. Wygląda to tak, jakby pokłóciła się ona z kościołem i postanowiła zamieszkać kilka metrów dalej. W rzeczywistości, w średniowieczu budowano tak wieże, by drgania ciężkich dzwonów nie niszczyły głównej konstrukcji świątyni.
Dzwonnica pełniła funkcję wieży strażniczej i punktu obserwacyjnego. Dzwonnik musiał mieć niezły biceps i sokoli wzrok. Kiedy widział piratów na horyzoncie, dzwonił na alarm; kiedy widział statek z winem, prawdopodobnie dzwonił nieco weselej. Z góry widać całą zatokę i podejścia do Vrbnika, więc nic nie umknęło uwadze strażników.
Możecie też zobaczyć malutki kościółek Św. Marii z 1505 roku. Jest on tak stary, że w tym czasie polski Zamość był jeszcze miejscem skrzyżowania polnych dróg!
Po krótkim spacerze stwierdziliśmy, że skoro już przeszliśmy po najwęższej uliczce, z czystym sumieniem możemy spróbować lokalnej kuchni. Wybraliśmy konobę o sympatycznej nazwie "Nada", ponieważ skusiła nas ona pięknym widokowym tarasem.
Niestety okazało się, że miejsca na tarasie nie ma, ba, miejsca nie ma także w innych jej częściach! Dopiero później dowiedziałam się, że to najbardziej znany tego typu przybytek w Vrbniku (no ale trudno się dziwić- jego kariera sięga roku 1974) i stolik trzeba tam w sezonie rezerwować z dużym wyprzedzeniem. To nie tylko restauracja, to lokalna instytucja, która ma za sobą kawał historii i morskiej soli. Czasem jednak głupi ma szczęście i akurat jeden ze stolików się zwolnił! Podobnie mieliśmy z legendarną konobą Vinko koło Szybenika. Ale wróćmy do Nady. Siedliśmy i zamówiliśmy. Ja oczywiście napaliłam się na owoce morza, które można było zamówić wraz z ponoć ręcznie robionymi na drucie (!!!) kluskami.
Wyobraź sobie tę scenę: siedzisz w Vrbniku, klif pod Tobą (no dooooobra, prawie ;) ważne, że udało nam się dostać jakikolwiek stolik), zachód słońca odbija się w kieliszku złotej Žlahtiny (a z pewnością by się odbijał gdybyśmy siedzieli na wspominanym tarasie), kelner w białych rękawiczkach podchodzi z gracją godną Frankopanów i... stawia przed Tobą ... powyginany, obity garnek.
To nie pomyłka – to chorwacki „shabby chic” w wersji gastronomicznej. W eleganckich restauracjach na Krku (jak np. słynna Nada) uwielbiają podawać jedzenie w naczyniach, które wyglądają, jakby przeżyły oblężenie piratów w 1527 roku. Ten powyginany garnek to nie brak funduszy na nową zastawę, to deklaracja autentyczności. Przekaz jest jasny: „Ten garnek jest tak stary jak nasza głagolica, a kluski w nim są tak domowe, że robili je na fundamentach wieży dzwonniczej”.
W środku garnka pływały Šurlice. To lokalny makaron z Krk, który tradycyjnie zwija się na drutach do robienia skarpet (lub na patyczkach). Kluski wyglądają jak małe rurki, które mają za zadanie „złapać” jak najwięcej sosu z owoców morza. Są tak sprężyste, że gdyby któraś uciekła z widelca, prawdopodobnie odbiłaby się od ściany i wróciła prosto do garnka.
Na szczycie tej węglowodanowej góry leżała ona: piękna, lśniąca muszla, najprawdopodobniej przegrzebka, po chorwacku zwanego Jakovljeva kapica. Co ciekawe, to jedna z najbardziej cenionych małży na Adriatyku.
I tu pojawia się dylemat godny restauracyjnego dyplomaty: brać czy nie brać?
Rozsądek mówił: „Jesteśmy w eleganckiej restauracji, muszla to element kompozycji, architektura talerza, nie ruszaj!”
Oczywiście głos serca (i zbieracza pamiątek) twierdził coś zupełnie innego: „Jest piękna, idealnie pasowałaby na moją półkę w łazience obok mydelniczki. Przecież i tak ją wyrzucą!”
A co Wy byście zrobili?
Jeszcze kilka słów o restauracji. Jak już wspomniałam, otworzyła ona swoje podwoje w 1974 roku. Zaczynała jako mała, urokliwa gospoda, ale przez dekady stała się jednym z najbardziej cenionych miejsc na całej wyspie Krk. Nada to część większego, rodzinnego imperium, w skład którego wchodzi nie tylko restauracja i tawerna, ale także własna winiarnia oraz sklepik z lokalnymi produktami. Šurlice to ich duma i popisowy numer. Czyli z zamówieniem trafiłam idealnie!
Restauracja znajduje się przy ulicy Glavača 22, tuż obok słynnego punktu widokowego. Ich taras oferuje jeden z najpiękniejszych widoków na Adriatyk, kanał Velebicki i Riwerę Crikvenica. Lokal sąsiaduje z pozostałościami obronnymi rodu Frankopanów, co tylko dodaje posiłkom historycznego smaku.
Rodzina prowadząca Nadę produkuje własną Žlahtinę (wytrawne białe wino). Możesz je kupić w ich sklepiku (Nada Vino Shop) tuż obok, jeśli nie chcesz targać butelek z restauracji.
Po pysznym posiłku kierujemy się do ukrytego skarbu Vbrnika - Secret Beach. To malutka plażyczka, do której dojdziecie wykutym w skałach przejściem. Kierujcie się do portu, który sam w sobie jest bardzo urokliwy:
dalej idźcie w stronę morza i przed samym końcem promenady, znajdziecie wejście do plaży. Słońce chyliło się ku zachodowi, nadając plaży pięknych barw. Nie było tu nikogo, a widoki były oszałamiające:
Po wyjściu z plaży i krótkim spacerze do samochodu,
dotarliśmy na nasz ostatni nocleg w Chorwacji.
Po całodniowej jeździe kolejny nocleg - tym razem na terenie Niemiec zaoferował nam tęczę podczas zachodu słońca!
A kolejny dzień, kiedy jechaliśmy już bezpośrednio do domu, przypomniała nam o sobie Norwegia: cały dzień padało, aż momentami musieliśmy zjeżdżać z autostrady i przeczekiwać aż niebo przestanie spuszczać na nas wiadra wody i zadowoli się standardowym ulewnym deszczem. Dojechaliśmy z mokrymi głowami ale z sercami pełnymi ukochanej Chorwacji.
Jeśli chcecie zlokalizować na mapie opisane w poście lokalizacje oraz wszystkie lokalizacje z bloga, zapraszam do mapy interaktywnej, która otworzy się dla Waszej wygody w nowym oknie. Najedź na wybraną pinezkę i kliknij nazwę lokalizacji, która pokaże Ci się pod mapą aby wyświetlić zdjęcia i link do odpowiedniego posta 😀. Kliknij strzałkę po prawej stronie nazwy lokalizacji, aby wyznaczyć do niej trasę. Powiększaj mapę aby zobaczyć więcej pinezek. Kliknij na napis "Patent na Wypad" (w wersji komórkowej na dole ekranu) aby wejść w legendę, gdzie znajdziesz listę lokalizacji lub będziesz mógł wpisać konkretną lokalizację w lupkę.
Linka do lokalizacji na mapie Google z niniejszego bloga znajdziecie także poniżej - szukajcie pod tekstem słowa "Lokalizacja...."
A jeśli chcecie przeczytać więcej wpisów w moim blogu, z pewnością ułatwi Wam to TA LISTA , zaś zbiór niektórych wcześniejszych map znajdziecie TUTAJ.
A może interesują Was gotowe propozycje tras? Zapraszam TUTAJ.
#patentnawypad #podroz #podroze #blog #travelblog #chorwacja #croatia #visitcroatia #croatiatravel #Vrbnik #SecretBeach #Krk



.jpg)


.jpg)
.jpg)




.jpg)



.jpg)


.jpg)









.jpg)

.jpg)
.jpg)














Komentarze
Prześlij komentarz