Kolejne perełki i Chorwacja w mikroskali: Vir i Nin - Chorwacja, księżycowy Pag - Urlop 2025

Chorwacja to kraj, w którym mamy ikoniczne plaże, przepiękne zabytki, miejsca, które każdy chce zobaczyć. Prawda jest jednak taka, że dla mnie dużo cenniejsze jest odkrywanie perełek, o których mało kto słyszał. Takie perełki opisałam w TYM POŚCIE, a dzisiaj opiszę kolejną, a przy okazji też trochę "must see".

Wspomnianą perełkę odkryliśmy kilkanaście lat temu. Podczas ubiegłorocznego (2025) pobytu na wyspie Pag, powróciliśmy tam (i dlatego w tytule posta jest wyspa Pag, choć opisane atrakcje na niej nie leżą). Zacznę jednak od naszej pierwszej wizyty w tym miejscu. A było to na wyspie Vir. Vir znajduje się zaraz obok Pagu, i tak jak Pag, jest połączona z lądem mostem. 

Pamiętam z niej trzy rzeczy. Pierwsza to lody, które jak tylko poczuliśmy ich smak oboje z mężem wykrzyknęliśmy: DONALDÓWY! Nasze dzieci spojrzały na nas a konsternacją, bo oczywiście nie wiedziały o czym mówimy. A to był smak naszego dzieciństwa!

Czym były donaldówy?

Donaldówy to legenda polskiego podwórka czasów PRL-u – guma do żucia, którą kupowało się dla wszystkiego, tylko nie dla smaku. Guma „Donald” (produkowana przez holenderską firmę Maple Leaf) oferowała eksplozję słodyczy, która znikała szybciej niż Twoja wypłata. Po minucie żucia przypominała konsystencją oponę od traktora. Prawdziwym jednak skarbem były historyjki (komiksy) ukryte pod papierkiem. To była twarda waluta – można było się za nie wymienić na resoraka, albo przynajmniej zyskać szacunek na trzepaku. To coś, jak swego czasu, papierki od lodów EKIPA. Same gumy miały specjalną recepturę, która pozwalała na nadmuchiwanie balonów wielkości ludzkiej głowy (oczywiście nie z jednej sztuki, co to to nie). Ryzyko było jedno: jak pękł, to wyklejanie resztek gumy z brwi i rzęs trwało do wieczorynki. W czasach, gdy w sklepach brakowało drobnych, Donaldówy (obok gum Turbo) pełniły funkcję oficjalnego bilonu wydawanego przez panie ekspedientki. Może więc teraz zrozumiecie nasz zachwyt :) Donaldówy zniknęły ostatecznie z rynku mniej więcej w czasie, kiedy przestał latać Concord, ale jak mam być szczera, to Concord nawet im do pięt nie dorastał z popularnością. No bo kto z Was (albo Waszych rodziców) leciał Concordem, a kto przynajmniej raz w życiu żuł donaldówę? ;)

Druga rzecz zapamiętana z Viru to Marian. To była absolutnie genialna akcja! Marian miał sklep z winem i jako dumny przedsiębiorca, uznał, że domowe wino najlepiej sprzedaje się... kiedy on śpi. Kartka "wracam za dwie godziny" to w chorwackich warunkach często jedynie sugestia, a nie obietnica. Marian prawdopodobnie przeprowadzał w tym czasie wnikliwą kontrolę jakości swojego asortymentu w fazie REM. Cóż było robić, pojechaliśmy więc zwiedzać wyspę z postanowieniem powrotu do Mariana później. W sklepie Mariana czas jednak płynął inaczej. Tam sekundy odmierzało chrapanie właściciela, a nie wskazówki zegara. Gdy wróciliśmy, ponownie pocałowaliśmy klamkę, Na szczęście obok kręciła się jakaś kobieta, zapewne żona Mariana. Zapytałyśmy ją z nadzieją w głosie, kiedy w końcu otworzą, a ona bez zbędnych ceregieli po prostu wydarła się na całe gardło: „Maaaaaaaarian!”... „Maaarian!!!!”.

Kiedy żona Mariana wydała z siebie to legendarne zawołanie, prawdopodobnie wszystkie mewy w promieniu kilometra przestały latać, a ryby w Adriatyku zeszły głębiej. To nie było zwykłe imię – to był egzorcyzm mający na celu przywołanie Mariana z krainy winnych snów do rzeczywistości.

I wtedy wchodzi on: Marian. Wzrok zamglony  (prawdopodobnie widział nas w 4D albo przez filtr "vintage"), włos zmierzwiony, odzienie (a w zasadzie tylko spodnie na szelkach) w stylu "chyba się ubrałem, a może jeszcze nie?". 

Marian stał tam – spionizowany krzykiem małżonki, ale duchem wciąż przytulony do beczki z winem. Ten moment, gdy próbował złapać ostrość i zrozumieć, kim są ci ludzie, którzy chcą od niego wina, podczas gdy on właśnie negocjował z bogiem snu, był po prostu bezcenny.

Czy był trzeźwy? Ciężko powiedzieć, ale ten jego zdezorientowany wygląd i to legendarne „Maaaaaarian!” niosące się po okolicy tak nas rozbawiło, że do dzisiaj michy nam się cieszą, jak tylko to wspomnimy!

Jak już wspomniałam, między wizytami u Mariana pojechaliśmy zwiedzać wyspę, a dokładnie klify. W zasadzie powinnam powiedzieć, że przypadkiem odkryliśmy klify. Weźcie pod uwagę, że to było jeszcze przed erą powszechnego Internetu za granicą, a może w czasach, gdy Internet był tylko marzeniem, ewentualnie zachcianką bardzo, bardzo zamożnych turystów. Droższą niż półmisek langustynek w otoczeniu małży i trufli. Dlaczego o tym mówię? Dlatego, że wtedy Chorwację zwiedzało się albo z papierowym przewodnikiem w ręku albo "na czuja". Tym razem był to przypadek "na czuja", ponieważ papierowe przewodniki nie wiedziały jeszcze o klifach (dzisiaj znajdziecie je na mapie bez problemu - szukajcie po prostu Red Stone lub Crvena špilja, ew. Red Cave). Dotarliśmy tam drogą biegnącą wzdłuż wybrzeża, która sama w sobie była atrakcją: po prostu morze, fale niemal omywające drogę, skały i nic więcej. Taka droga do nieba.


A potem wyłoniły się one. Majestatyczne, obłędnie czerwone klify, a do tego szmaragdowe morze! Prawdziwa perełka! Czerwień ziemi w zestawieniu z turkusowym Adriatykiem to gotowy filtr na Instagram, który nie wymaga żadnej obróbki. Zdjęcia robią się tam same, nawet jeśli fotograf (podobnie jak Marian) ma nieco zamglony wzrok. 


Klify znajdują się w północnej części wyspy (rejon Kastelina i Sapavac), a ich kolor to zasługa dużej zawartości tlenku żelaza w glebie. Gdy byliśmy tam naście lat temu, nie zastaliśmy przy nich ani pół człowieka. A było to w środku sezonu. W tym roku niestety było tam sporo ludzi i masę aut, a był to już początek września. 


Same klify tworzą zatoczkę, do której można dotrzeć tylko od strony morza, więc nie jest trudno zrobić im zdjęcie bez ludzi... chociaż tyle dobrze. Zaraz obok znajduje się wąziutka plaża żwirowa. Tak na oko jednak zejście do wody jest tam zdecydowanie nie dla dzieci, ponieważ na początku są ostre skały, a potem od razu robi się głęboko. Sama plaża nie jest moim zdaniem atrakcyjna, ale tutaj klify zdecydowanie robią robotę!

Przy okazji pobytu na Vir polecam zwiedzenie miasteczka Nin. My byliśmy tu wspomniane kilkanaście lat temu, więc zdjęcia są z tego okresu.

Jeśli myślałaś, że sklep Mariana był kameralny, to poczekaj, aż wejdziesz na starówkę w Ninie! To miejsce jest tak małe, że można je zwiedzić w czasie jednego dłuższego ziewnięcia, ale za to jakiego!  Starówka Ninu leży na maleńkiej wysepce o średnicy zaledwie 500 metrów. Jest połączona z lądem dwoma kamiennymi mostami. To w zasadzie takie historyczne rondo, na którym zamiast korków masz zabytki.

Znajduje się tu Kościół św. Krzyża (Sveti Križ) z IX wieku. Jest tak malutki, że gdyby Marian spróbował tam uciąć sobie drzemkę, to turyści musieliby nad nim skakać. Mimo to, dumnie nosi miano najmniejszej katedry świata – to taki „Maluch” wśród kościołów.

Nin był pierwszą stolicą Chorwacji i siedzibą królów. Wyobraź sobie ten majestat upchnięty na wysepce, którą przejdziesz w 10 minut. To trochę tak, jakbyś chciał urządzić wesele na 200 osób w mikrokawalerce.

Na placu, blisko północnej bramy do miasta, stoi pomnik biskupa Grzegorza. Ma on gigantyczny, wyświecony od dotykania palec u nogi. Trzeba go potrzeć na szczęście. Po wizycie u Mariana i jego żony, polecam potrzeć go dwa razy – raz za pomyślne zakupy, a drugi, żeby się nie pochorować po winie od Mariana!

A czy może ten posąg coś Wam przypomina? Pamiętacie jak opowiadałam o naszym zwiedzaniu Splitu? Tam też jest taki pomnik! To nie jest złudzenie – te posągi są do siebie niesamowicie podobne, bo to... ten sam gość, wykonany przez tego samego legendarnego artystę.

to pomnik w Splicie

Oba pomniki (ten w Ninie i ten w Splicie przy Złotej Bramie) wyszły spod dłuta najwybitniejszego chorwackiego rzeźbiarza, Ivana Meštrovicia. Można powiedzieć, że Meštrović tak bardzo polubił Grzegorza, że postanowił go nieco „rozmnożyć”. Przynamniej rozmnożył go w całości, a nie tak jak wieki temu mnożyły się szczątki świętych, którzy akurat byli na topie. Choć rzeźby wyglądają niemal identycznie, różnią się skalą. Ta w Splicie to prawdziwy gigant, monumentalny kolos, który góruje nad turystami przy pałacu Dioklecjana. Ta w Ninie jest znacznie mniejsza i bardziej „kompaktowa” – idealnie dopasowana do skali jednego z najmniejszych miast świata. Żeby było jeszcze ciekawiej, istnieje też trzeci pomnik Grzegorza! Stoi on w chorwackim mieście Varaždin. Meštrović najwyraźniej uznał, że jedna sztuka to za mało, żeby obdzielić całą Chorwację szczęściem z wielkiego palca. W każdym z tych miast obowiązuje ta sama zasada: trzeba złapać biskupa za wielki palec u lewej nogi. W Splicie palec jest tak wielki, że musisz do niego podejść z szacunkiem, w Ninie jest bardziej „pod ręką”. Wszystkie trzy palce są tak wyślizgane, że mogłyby służyć za lusterka dla Mariana, gdyby akurat chciał się uczesać po drzemce. Wiemy, kim jest Marian, ale kim jest Grzegorz? Grzegorz z Ninu jest chorwackim bohaterem, bo w X wieku walczył o to, by msze święte odprawiano w języku narodowym, a nie po łacinie. Dlatego na wszystkich pomnikach wygląda tak groźnie i dumnie – jakby właśnie chciał komuś udzielić reprymendy (albo obudzić Mariana krzykiem żony).

Ale wróćmy do Ninu. Na tej samej malutkiej wysepce rzymianie kiedyś postawili największą świątynię na tej stronie Adriatyku. Widocznie w Ninie od zawsze mieli kompleks niższości i musieli nadrabiać go gigantycznymi budowlami albo wielkimi tytułami ;) Napoleon lubi to, a my mamy frajdę w zwiedzaniu.

Z kolei tuż przy drodze do Ninu dumnie pręży się na pagórku Prahulje kościół św. Mikołaja (Sveti Nikola). Kościółek stoi na samym środku pola, na małym wzgórzu, które tak naprawdę jest... prehistorycznym kurhanem. Kościół jest malutki, zbudowany na planie treflowym (taka kamienna koniczynka). Ma zaledwie 6 metrów długości i 6 metrów wysokości. Idealny rozmiar, żeby Marian mógł go posprzątać w pięć minut, o ile oczywiście akurat by nie drzemał. 

Na dachu ma dobudowaną wieżę z blankami, która wygląda jak mała forteca. W czasie wojen z Turkami służyła jako punkt obserwacyjny. Można powiedzieć, że to taki wczesnośredniowieczny monitoring – jak tylko ktoś nadjeżdżał, strażnik darł się pewnie tak głośno jak żona Mariana, żeby ostrzec miasto. 

Legenda głosi, że każdy z siedmiu królów koronowanych w Ninie musiał tu przyjechać konno. Król wjeżdżał na to wzgórze, machał mieczem na cztery strony świata i składał obietnicę ludowi. Wyobraź sobie ten majestat: król, miecz, wzgórze... a w tle pasły się owce, które miały to wszystko w nosie.

Ponieważ kościółek stoi „w szczerym polu”, nie ma tam żadnych budynków, które psułyby kadr. To najczęściej fotografowany obiekt w okolicy, zaraz po palcu Grzegorza z Ninu.

Jeśli myślałeś, że widok Mariana po drzemce był egzotyczny, to znaczy, że nie widziałeś jeszcze ninskich błot! To miejsce, gdzie dorosłe, poważne osoby dobrowolnie zamieniają się w postacie z filmów o potworach. A mowa o Plaży Żurawi (Kraljičina plaža). To tutaj, tuż obok najdłuższej piaszczystej plaży w Chorwacji, natura przygotowała darmowe SPA. Tylko zamiast białych szlafroków i muzyki relaksacyjnej, masz piach, wiatr i zapach... no cóż, "natury". Główne danie to peloid, czyli błoto lecznicze. Widok jest obłędny: setki ludzi wysmarowanych od stóp do głów czarną, lśniącą mazią, paradujących brzegiem morza. Wyglądają, jakby właśnie wrócili z castingu do „Władcy Pierścieni” albo próbowali się zakamuflować przed żoną Mariana. Cała zabawa polega na tym, żeby się wysmarować, a potem stać na słońcu, aż to wszystko na Tobie wyschnie i zacznie pękać. Wtedy czujesz się jak wysuszona mumia, ale podobno to właśnie wtedy dzieje się magia i skóra robi się gładka jak pupa niemowlaka. Fakty są jednak takie, że to błoto naprawdę pomaga na stawy i problemy skórne. Ale umówmy się – najwięcej frajdy jest z tego, że możesz legalnie się wytytłać w błocie, a potem wbiec do ciepłego Adriatyku, żeby to z siebie zmyć (i przy okazji przestraszyć paru nieświadomych turystów). Po takiej sesji skóra jest tak miękka, że nawet palec Grzegorza z Ninu przy niej wysiada.

Skoro jesteśmy przy ninskich błotach, to muszę Cię ostrzec – to nie jest zabawa dla osób o słabych nerwach albo takich, które boją się pobrudzić!

Oto kilka tipów, jak przetrwać sesję „na orka” i nie wyjść na tym jak Marian na drzemce:

Na błota nie bierzesz swojego ulubionego, neonowego bikini, w którym wyglądasz jak milion dolarów. Bierzesz taki strój, który już i tak prosi się o emeryturę. Czarne błoto potrafi być uparte – jak już wejdzie w sploty materiału, to zostanie tam z Tobą na pamiątkę aż do następnych wakacji. Po tym, jak już wyschniesz na słońcu i poczujesz, że Twoja twarz ma elastyczność wyschniętej gliny, będziesz chciał to zmyć. Morze jest blisko, ale warto mieć pod ręką butelkę zwykłej wody, żeby przemyć oczy, jeśli przypadkiem zachce Ci się mrugać z nadmiarem błota na rzęsach. To jest ten moment, kiedy Twoi znajomi robią Ci najbardziej kompromitujące zdjęcia w życiu. Ale spokojnie, w tym błocie wszyscy wyglądają tak samo źle, więc panuje pełna solidarność potworów z bagien.

Nie spiesz się ze zmywaniem! Podobno im bardziej to na Tobie pęka, tym lepiej działa. Stań w rozkroku, wystaw się do słońca i udawaj posąg – może turyści pomylą Cię z kolejnym zabytkiem Ninu i zaczną pocierać Cię na szczęście?

Ninskie błota to absolutny hit. Człowiek wychodzi stamtąd brudny, czarny, trochę śmierdzący siarkowodorem (dla niezorientowanych: zgniłymi jajami), ale za to z cerą jak u królowej i humorem lepszym niż po litrze wina od Mariana.


Jeśli chcecie zlokalizować na mapie opisane w poście lokalizacje oraz wszystkie lokalizacje z bloga, zapraszam do mapy interaktywnej, która otworzy się dla Waszej wygody w nowym oknie. Najedź na wybraną pinezkę i kliknij nazwę lokalizacji, która pokaże Ci się pod mapą aby wyświetlić zdjęcia i link do odpowiedniego posta 😀. Kliknij strzałkę po prawej stronie nazwy lokalizacji, aby wyznaczyć do niej trasę. Powiększaj mapę aby zobaczyć więcej pinezekKliknij na napis "Patent na Wypad" (w wersji komórkowej na dole ekranu) aby wejść w legendę, gdzie znajdziesz listę lokalizacji lub będziesz mógł wpisać konkretną lokalizację w lupkę.

Linka do lokalizacji na mapie Google z niniejszego bloga znajdziecie także poniżej - szukajcie pod tekstem słowa "Lokalizacja...."

A jeśli chcecie przeczytać więcej wpisów w moim blogu, z pewnością ułatwi Wam to TA LISTA , zaś zbiór niektórych wcześniejszych map znajdziecie TUTAJ.

A może interesują Was gotowe propozycje tras? Zapraszam TUTAJ.

#patentnawypad #podroz #podroze #blog #travelblog #chorwacja #croatia #visitcroatia #croatiatravel #Vir #Nin #czerwoneklify #RedStone #Sveti Nikola #Ninskie Błota

Komentarze