Najstarsze dzikie oliwki na świecie -Lun- Chorwacja, księżycowy Pag - Urlop 2025

Po marsjańskich trudach szlaku Life on Mars, nasze stopy marzyły o czymś innym niż ostre krawędzie krasu, a uszy o czymś innym niż świst Bory. Spojrzeliśmy na mapę: Plaża Čista. Nazwa brzmiała jak obietnica świętego spokoju. Jedyny niepokój budziła geografia – rzut beretem (no, może mocniejszy rzut kamieniem) od plaży Zrće, czyli miejsca, gdzie basy są tak silne, że prawdopodobnie zmieniają strukturę genetyczną lokalnych owiec.

Jechaliśmy tam z duszą na ramieniu, spodziewając się, że zamiast szumu fal usłyszymy najnowszy remiks holenderskiego DJ-a. I tu pierwsze zaskoczenie: geografia Pagu zadziałała na naszą korzyść! Choć Zrće jest niedaleko, obie plaże rozdziela solidny pas lądu i pagórków. Ten naturalny „ekran akustyczny” sprawił, że na Čistej panowała cisza tak głęboka, że słychać było jedynie nasze własne myśli. Zrće mogło równie dobrze znajdować się na innej planecie – basy nie miały szans w starciu z potęgą paskich skał. Oczywiście same skały na plaży były, a jakże. Wszak nie jest to plaża jak nad naszym Bałtykiem.

Zapomnijcie więc o bajkach o licznych „piaszczystych plażach Pagu”. Oczywiście, takie też tam są. Mało, nie znaczy wcale. My nawet mieszkaliśmy niedaleko takowej. To plaża Kukurina, znajdująca się w klimatycznej zatoczce. Sama zatoczka i plaża dostarczała nam codziennie obłędnych zachodów słońca.





Kukurina w Potočnicy to geograficzny ewenement na Pagu. Podczas gdy reszta wyspy wygląda, jakby przejechał po niej gigantyczny walec solny, tutaj wita nas zieleń i – co najbardziej zdradliwe – miękki, beżowy piasek. Ale nie dajcie się zwieść tej przytulności! Faktem jest, że Kukurina to wizualna perełka. Piaszczysty brzeg, otoczenie drzew dających cień (rzecz niespotykana w Metajnie) i ta turkusowa, płytka woda. Stoisz na brzegu i myślisz: „Nareszcie! Moje stopy odpoczną od żwiru!”. Zrzucasz buty do wody z poczuciem triumfu... i to jest Twój pierwszy błąd. Gdy tylko Twoja stopa przekracza linię wody, zaczyna się survivalowy horor dla zmysłu dotyku. Ze względu na to, że zatoka jest płytka, osłonięta i woda nagrzewa się tu do temperatury zupy, dno pokrywa specyficzna warstwa. Piasek pod wodą szybko ustępuje miejsca oślizgłej roślinności i biofilmowi, który pokrywa kamienie. Stąpasz po czymś, co przypomina połączenie mokrego mydła, rozgotowanego makaronu i... czegoś, o czym wolisz nie myśleć. Każdy krok to ryzyko niekontrolowanego szpagatu lub – co gorsza – uczucie, że coś „miękkiego i żywego” właśnie próbowało Cię złapać za palec. Ponieważ woda jest tu płytka przez kilkadziesiąt metrów, czeka Cię bardzo długi spacer do miejsca, gdzie w ogóle da się zanurzyć. To nie jest zwykły spacer. To akrobatyczny marsz po śliskiej mazi. Idziesz z rękami szeroko rozstawionymi dla równowagi, wydając z siebie dźwięki typu „bleee”, „fuj” i „nigdy więcej”, podczas gdy dzieci obok bawią się w najlepsze, najwyraźniej nie mając jeszcze wykształconego odruchu obrzydzenia. Kukurina to klasyczny przykład zatoki o niskiej cyrkulacji wody. To, co sprawia, że jest ciepła i bezpieczna, sprawia też, że roślinność morska czuje się tu jak w spa. Jeśli nie masz na stopach pancernych butów do wody, które odizolują Cię od tego „śliskiego dobrobytu”, Twoja kąpiel zamieni się w bardzo szybką ewakuację na suchy ląd. Plaża jest dość wąska, więc w szczycie sezonu walka o „kawałek piachu” może przypominać grę w Tetrisa, ale klimat i tak pozostaje znacznie spokojniejszy niż w Novalji.



Plaża Kukurina jest dla osób o silnych nerwach lub tych, którzy kochają piasek tak bardzo, że są w stanie wybaczyć morzu bycie „oślizgłym potworem”. Widoki są 10/10, piasek na brzegu 10/10, ale dno... dno to czyste, nieskażone „BLEEEE”.

Zatem wróćmy do Čistej, która jak na porządną chorwacką plażę przystało, przywitała nas klasycznym żwirkiem. To ten specyficzny, drobny kamyczek, który ma niesamowitą zdolność wchodzenia w każdą możliwą szczelinę klapek.

Chodzenie po nim to darmowa akupunktura. Próba dojścia do wody „z fasonem” zawsze kończy się specyficznym tańcem, który miejscowi nazywają „turystą na gorących kamieniach”. Ale to właśnie ten żwirek sprawia, że woda jest tam tak przejrzysta, iż widać każdą rybę próbującą podgryzać nam palce u stóp.

Siedząc na tym żwirku, mieliśmy przed sobą panoramę, która wyjaśnia, dlaczego ludzie wracają na Pag. Krystaliczna woda zatoki, w oddali surowe, białe zbocza wyspy, przed nami majestatyczny Velebit, a nad tym wszystkim błękit nieba. 


Čista rzeczywiście okazała się „czysta” – od hałasu, od tłumów (no, ale to był początek września) i od tandety. Jest tam spory płatny parking (bodajże 4 EUR za dobę w 2025 roku), beach bar i spora strefa z płatnymi leżakami i parasolami. Ale gdy podejdziesz nieco w prawo, znajdziesz obszar, gdzie można się rozłożyć z własnym sprzętem.

Udało się! Znaleźliśmy miejsce, które geograficznie sąsiaduje z największą imprezą w Chorwacji, a klimatem przypomina spokojne popołudnie w raju. Wróciliśmy wypoczęci, z kieszeniami pełnymi żwirku (nie pytajcie jak) i poczuciem, że przechytrzyliśmy system, znajdując ciszę tam, gdzie teoretycznie nie powinno jej być.

Z uwielbieniem pławiliśmy się w ciepłej wodzie o niesamowitym szmaragdowym odcieniu (zejście jest dość przyjazne dla dzieci) a nurkując mogliśmy znaleźć takie cuda:


Znalezienie skarbu na dnie przy plaży Čista to moment, w którym każdy z nas czuje się jak Indiana Jones Adriatyku. Masz tę muszlę, jest piękna, błyszczy w słońcu i już widzisz ją na swojej półce w salonie, tuż obok zakurzonego dyplomu z kursu tańca.

Zanim jednak zapakujesz ją między skarpetki a zapas chorwackiej oliwy, sprawdź, czy Twoja pamiątka nie zamieni się w najdroższy bilet powrotny w historii Twoich podróży.

Oto jak wygląda rzeczywistość, gdy Twoja walizka trafia pod czujne oko (lub skaner) służb celnych:

Fakt jest taki, że Chorwacja bardzo kocha swoją przyrodę. Oficjalnie wywożenie „elementów morskiego ekosystemu” jest tematem śliskim jak dno na Kukurynie. O ile jedna mała, pusta muszelka znaleziona na brzegu zazwyczaj przechodzi bez echa (choć ja też jestem przeciwko ich wywożeniu z plaży), o tyle te wyłowione prosto z dna (nawet jeśli nikt w nich już nie mieszkał) mogą zostać uznane za kradzież mienia państwowego.

Istnieje długa lista gatunków chronionych, których posiadanie w bagażu skutkuje nie mandatem, a sprawą karną. Jeśli Twoja muszla to np. Pinna nobilis (Szołdra – ta wielka, przypominająca wachlarz), to masz problem. Jest ona pod ścisłą ochroną w całej Unii Europejskiej. Próba jej wywozu to jak próba przemytu małego niedźwiedzia polarnego w plecaku.

Za wywóz chronionych gatunków grożą kary liczone w tysiącach euro. Twoja „darmowa” pamiątka może nagle kosztować tyle, co nowy samochód z salonu.

Celnicy na lotnisku lub granicy mają oko do takich skarbów. Jeśli wyciągną z Twojej walizki pół kilograma martwej natury, tłumaczenie: „Ale ja to znalazłem na Čistej!” może nie zadziałać. Dla nich muszla to potencjalnie chroniony okaz fauny i flory. Jeśli nie masz certyfikatu ze sklepu (tak, niektóre muszle można legalnie kupić z kwitkiem), możesz spędzić upojne godziny na wyjaśnieniach.

Zanim zdecydujesz się na „przemyt”, rozważ następujące punkty:

Wyobraź sobie, że jesteś chorwackim rakiem pustelnikiem. Wracasz z imprezy na Zrće, chcesz się położyć w swojej ulubionej muszli, a tu... Twoja chata wyjechała do Polski, bo jakiś turysta uznał, że będzie ładnie wyglądać w łazience w bloku. Trochę słabo, prawda?

Podobno muszle wywiezione z Pagu bez zgody lokalnych owiec przynoszą pecha polegającego na tym, że przez kolejny rok każda zupa, którą ugotujesz w Polsce, będzie za słona ;)

Zdjęcie muszli na tle zachodzącego słońca na Čistej zajmuje 2 MB na karcie pamięci i 0 gramów w walizce. Muszla w walizce to stres, ryzyko mandatu i specyficzny zapach „morskiej bryzy” (czyt. gnijących resztek organicznych), który wypełni Twój bagaż po 12 godzinach podróży.

Najlepiej zrobić jej profesjonalną sesję zdjęciową, nadać jej imię i zostawić ją na miejscu. Niech cieszy oko kolejnego nurka, a Ty wracaj do Polski z czystym sumieniem i portfelem lżejszym tylko o wydatki na kawę i ser.

Trochę już poplażowaliśmy, więc czas na główny punkt dzisiejszego programu, czyli gaj oliwny znajdujący się chwilkę przed opisanym kilka postów wcześniej CAP OF PAG. Pamiętacie jak pisałam o narodzinach mojej miłości do oliwy? Dzisiaj więc przyszła pora na rodzące oliwę oliwki.

Wizyta w ogrodach oliwnych w Lun to jak wejście do „Domu Seniora VIP” dla roślin. Tutaj nie wypada biegać, a Twoje problemy z „oślizgłym dnem” na Kukurynie spotkałyby się jedynie z ironicznym szelestem liści. Te drzewa widziały wszystko – od rzymskich sandałów po kijki do selfie.

Zanim zobaczysz jakiekolwiek drzewo, musisz wygrać bitwę z mapą. Gaje mają dwa wejścia, ale jeśli Twoje nogi po szlaku Life on Mars błagają o litość, zapamiętaj: parkuj na parkingu przy Wejściu nr 1 (bliżej miejscowości Lun).

Dlaczego? To stamtąd prowadzi najbardziej cywilizowana ścieżka do głównych „celebrytów”. Jeśli staniesz na górnym parkingu (nr 2), czeka Cię trekking godny Szerpy, a zanim dojdziesz do najstarszej oliwki, sam zestarzejesz się o dekadę. Wejście nr 1 to „VIP Pass” do sekcji geriatrycznej.

Gdy tylko zakupiliśmy bilety (5 EUR od osoby dorosłej w 2025 roku, po więcej szczegółów zajrzyjcie na STRONĘ OGRODÓW) i weszliśmy na szlak, przywitały nas strzałki. I nie były to zwykłe drogowskazy. Chorwaccy PR-owcy od przyrody postanowili nie dawkować napięcia. Co kilka metrów atakował nas napis: 👉 "IMPORTANT OLIVE TREES" (Ważne Drzewa Oliwne).

Szliśmy tym szlakiem, a poziom ważności rósł z każdym krokiem:

Pierwsza oliwka: „O, jaka ważna!”.

Druga oliwka: „Ta wygląda na jeszcze ważniejszą, pewnie ma doktorat z produkcji cienia”.

Dziesiąta oliwka: „No, ta to już chyba jest prezesem wszystkich drzew”.

Po pół godzinie czytania tabliczek „Important Olive Trees” zaczęliśmy przepraszać każde drzewo, na które niechcący spojrzeliśmy zbyt lekceważąco. Czuliśmy się, jakbyśmy szli czerwonym dywanem na rozdaniu Oscarów, tylko zamiast aktorów wszędzie stały sękate staruszki, które miały nas głęboko w nosie (lub w korze).

Zanim jednak dojdziesz do rekordzistek, oszalejesz na punkcie tzw. oliwek koronkowych. Wyglądają, jakby ktoś wycinał w ich pniach wzory laserem, ale prawda jest bardziej brutalna.

To są dzikie oliwki (Olea oleaster): W przeciwieństwie do oliwek uprawnych, te w Lun rosną „samopas”. Kiedy owoc (oliwka) spadnie na ziemię tuż przy pniu macierzystym, z pestki może wyrosnąć nowa roślina. Ponieważ podłoże to lity wapień, młode pędy (siewki) nie mają miejsca, by rosnąć obok. Zaczynają więc piąć się tuż przy starym pniu, niemal „przytulając się” do niego. Z biegiem dekad i stuleci te nowe pędy dosłownie wtapiają się w stary pień. To, co my widzimy jako jeden ogromny, „koronkowy” pień o obwodzie kilku metrów, to w rzeczywistości często „rodzina” pni, które zrosły się w jedną strukturę.

Stary, pierwotny pień w środku może z czasem obumrzeć i spróchnieć, ale te nowe, „oplatające go” pędy tworzą nową, ażurową konstrukcję, która utrzymuje koronę drzewa. To właśnie dlatego te pnie wyglądają jak misterna plecionka lub koronka – bo to setki lat splatania się kolejnych pokoleń pędów.

Ponadto ich pnie są rzeźbione przez Burę (wiatr), która niesie ze sobą kryształki soli. Sól osadza się w pęknięciach kory, wysysa wilgoć i powoduje miejscowe obumieranie tkanki. Drzewo, zamiast się poddać, obrasta te „rany”, tworząc niesamowite sploty i dziury. To jedyny przypadek, gdzie „osteoporoza” wygląda tak dobrze na zdjęciach. Te drzewa to po prostu botaniczni twardziele, którzy zamienili blizny w biżuterię.

To jednocześnie „botaniczni uchodźcy”, którzy trzymają się siebie nawzajem tak mocno, że po 2000 lat trudno odróżnić, gdzie kończy się prababcia, a zaczyna prawnuczka.

Idziemy dalej, a pogoda przed burzą oferuje nam idylliczne widoki.





Kiedy dojdziesz do drzewa z tabliczką „1600 lat”, poczujesz nagły przypływ pokory. To drzewo wykiełkowało około roku 400 n.e. Kiedy upadało Cesarstwo Rzymskie, ta oliwka była już nastolatką i prawdopodobnie miała w nosie, kto aktualnie rządzi światem, byleby tylko słońce świeciło.

Wyobraź sobie, że masz 1600 lat i wciąż musisz stać w tym samym miejscu, słuchając turystów pytających: „A to na pewno jest prawdziwe?”. To drzewo ma cierpliwość, której brakuje nam po 30 sekundach czekania na załadowanie strony w telefonie.

Na samym końcu (lub w punkcie kulminacyjnym spaceru) czeka ona – G.O.A.T. (Greatest of All Time). Ma około 2000 lat. To jedno z najstarszych dzikich drzew oliwnych na świecie. Zaczęło rosnąć mniej więcej wtedy, gdy powstawał kalendarz, którego używamy. Przetrwało wszystkie wojny, zmiany klimatów, wynalezienie elektryczności, modę na spodnie dzwony, wynalezienie Internetu i sztucznej inteligencji.

To drzewo jest tak stare, że rzymscy legioniści prawdopodobnie robili pod nim to samo, co my – szukali cienia i narzekali na upał. Różnica polega na tym, że ono wciąż tu jest, a z legionu zostały tylko potłuczone amfory w Muzeum w Novalji. To drzewo nie tylko „pamięta” historię – ono jest historią, która w dodatku wciąż owocuje (choć pewnie z miną: „Znowu te oliwki... ile można?”).

Prawda jest taka, że choć 2000 lat to bardzo dużo, to jednak na świecie można znaleźć oliwki co najmniej dwa razy starsze. jednak oliwki w Lun są unikatowe, ponieważ większość rekordzistek z Grecji czy Włoch to drzewa uprawne, celowo sadzone. Te z Lun są naturalnym lasem, co w skali świata jest unikatowe.

Przechadzamy się dalej po tym zaczarowanym "lesie" a towarzyszą nam tylko zbłąkane owce.



I gdy już myśleliśmy, że limit „Ważnych Rzeczy” na ten dzień został wyczerpany, a nasze oczy przyzwyczaiły się do szarości kory i bieli wapienia... dotarliśmy na sam koniec gaju.

Tam, wśród kurzu, kamieni i sędziwych drzew, które pamiętają narodziny Chrystusa, stało Porsche 911 Carrera.

Widok był tak surrealistyczny, jakby Gandalf nagle wyciągnął z kieszeni iPhone’a. Z jednej strony drzewo, które rośnie centymetr na sto lat, a z drugiej maszyna, która robi „setkę” w trzy sekundy. Porsche wyglądało przy tych oliwkach jak plastikowa zabawka, która przez pomyłkę wypadła z przyszłości.

Zaczęliśmy się zastanawiać, czy na samochodzie też powinna być tabliczka „IMPORTANT CAR”, czy może to po prostu jeden z właścicieli gaju przyjechał sprawdzić, czy jego 2000-letnie lokatorki nie potrzebują przypadkiem zmiany oleju (oczywiście oliwnego).

Nam zwiedzanie gaju zajęło ok półtorej godziny. Weszliśmy wejściem nr 2 (ha! twardziele!) a skończyliśmy przy wejściu nr 1 (tam też jest toaleta na "w razie czego" ;) ). Jeśli zostawicie samochód przy jednym z wejść, wrócić do niego możecie główną drogą i musicie na to doliczyć dodatkowy czas. Choć nie ma tu dramatycznych wzniesień, teren raczej nie nadaje się do chodzenia w klapkach. Sporo tu dużych kamieni, z których przy braku uwagi możecie się zsunąć na te mniejsze, fundując swoim obutym w klapki palcom jazdę bez trzymanki okraszoną soczystymi spójnikami. Zatem zdecydowanie nie warto. Nawet jak jest niemiłosierny upał a Waszym jedynym pragnieniem jest pozbycie się wszelkich części garderoby.


Jeśli chcecie zlokalizować na mapie opisane w poście lokalizacje oraz wszystkie lokalizacje z bloga, zapraszam do mapy interaktywnej, która otworzy się dla Waszej wygody w nowym oknie. Najedź na wybraną pinezkę i kliknij nazwę lokalizacji, która pokaże Ci się pod mapą aby wyświetlić zdjęcia i link do odpowiedniego posta 😀. Kliknij strzałkę po prawej stronie nazwy lokalizacji, aby wyznaczyć do niej trasę. Powiększaj mapę aby zobaczyć więcej pinezekKliknij na napis "Patent na Wypad" (w wersji komórkowej na dole ekranu) aby wejść w legendę, gdzie znajdziesz listę lokalizacji lub będziesz mógł wpisać konkretną lokalizację w lupkę.

Linka do lokalizacji na mapie Google z niniejszego bloga znajdziecie także poniżej - szukajcie pod tekstem słowa "Lokalizacja...."

A jeśli chcecie przeczytać więcej wpisów w moim blogu, z pewnością ułatwi Wam to TA LISTA , zaś zbiór niektórych wcześniejszych map znajdziecie TUTAJ.

A może interesują Was gotowe propozycje tras? Zapraszam TUTAJ.

#patentnawypad #podroz #podroze #blog #travelblog #chorwacja #croatia #visitcroatia #croatiatravel #pag  #ksiezycowawyspa #Lun #PlażaČista #PlażaKukurina #Gaj Oliwny #Cista #Kukurina

Komentarze