Zoncolan na baterie ;) Włochy-Urlop 2026
Pamiętacie jak fascynacja mojego męża kolarstwem wpakowała nas autem w Mortirolo (przeczytacie o tym TUTAJ)? Cóż... niestety zauroczenie tym sportem trwa w najlepsze, a mój mózg już dawno powinien nauczyć się na czas włączać wszystkie czerwone alarmy. Dlaczego? Otóż ostatnio mąż zaczął namiętnie oglądać relacje kolarzy z jakiegoś Zoncolana. I to tak uporczywie, że nawet mnie ta nazwa utkwiła w głowie. Jaki był cel tej obsesji? Okazało się – oczywiście dopiero wtedy, gdy radośnie dojechaliśmy do Austrii – że mój szanowny małżonek koniecznie chce zobaczyć tę ponoć „legendarną” przełęcz. I tak, wiem, że znajduje się ona we Włoszech, a nie w Austrii, ale byliśmy w takim punkcie, że do granicy mieliśmy rzut beretem.
Ale zacznijmy od początku, czyli od tego, jak w ogóle dotarliśmy do naszej austriackiej bazy.
Droga z Selb (pisałam o niej TUTAJ), zajęła nam cały dzień, bo przecież musieliśmy jechać „turystycznie” i zatrzymywać się w co ciekawszych miejscach. Nie, żebym narzekała, uwielbiam to, ale pod warunkiem, że jeździmy autem po drogach dla samochodów a nie rowerów ;)
Kiedy w końcu rozlokowaliśmy się w apartamencie, stwierdziliśmy, że po wielogodzinnej jeździe najwyższa pora rozprostować nogi i wybrać się na krótki spacer.
Wychodząc z budynku, wzięłam głęboki oddech i od razu pomyślałam, że ktoś w okolicy rozkręca porządnego grilla. Zapach był tak intensywny, że ślinka natychmiast napłynęła mi do ust, a żołądek głośno upomniał się o swoje prawa.
Idąc przed siebie, zauważyliśmy jednak, że ta woń robi się coraz bardziej podejrzana, a krajobraz wokół powoli gęstnieje i robi się dziwnie zamglony, mimo że do zmroku było jeszcze trochę. W pierwszych sekundach w ogóle nie przeszło mi przez myśl, że to pożar. Przecież człowiek ma swoje schematy i owszem, jedziesz na wakacje do Chorwacji, tam spodziewasz się upałów i ognia, ale w spokojnej, zielonej Austrii? No bez jaj.
Ponieważ w zasięgu wzroku nie było widać żywego ognia, sięgnęłam po ikoniczne centrum informacyjne "Made in smatrfon". Kilka kliknięć i wszystko stało jasne. Tuż za górami, ale już po włoskiej stronie, szaleje całkiem spory pożar, a sprzyjający wiatr postanowił zrobić nam psikusa i przywiać te opary prosto do nas. Po iluzji grillowych przyjemności nie było już śladu, powietrze zaczęło ostro gryźć w oczy, a darmową, domową wędzonkę w płucach mieliśmy zaliczoną w gratisie.
Zresztą, tegoroczna Austria w ogóle niebezpiecznie kojarzyła nam się z chorwackim klimatem – i to w ten najmniej pożądany sposób. Było tak piekielnie gorąco, że nawet w nocy człowiek topił się we własnym sosie, a pościel była zbyt gruba w każdej konfiguracji - nawet bez wsadu. Oczywiście, jak na wytrawnych „znawców” alpejskiej pogody przystało, nam nawet przez myśl nie przyszło, żeby szukać apartamentu z klimatyzacją. Przecież to Austria, tu się często śpi pod puchową kołdrą z widokiem na lodowiec, a suszenie butów w piekarniku też nie jest tylko teoretycznym tipem! Tyle że tym razem lodowce chyba stopniały ze śmiechu, patrząc, jak w środku nocy otwieramy na oścież wszystkie okna i wachlujemy się ulotkami reklamującymi lokalne jaskinie lodowe, bo bezwietrzna patelnia w pokoju skutecznie wyleczyła nas z jakichkolwiek iluzji o chłodnych, rześkich górskich nocach. No ale jak widać Polakowi nie dogodzisz, bo przecież mogło przez 3 dni z rzędu lać, prawda?
Po nocy spędzonej w austriackiej saunie podkręconej zapachami niemal grilla moi Panowie, czyli mąż i syn stwierdzili, że skoro w tym roku będziemy zwiedzać Zoncolan, ich ambicje sięgają zdobywania górskich przełęczy na rowerach. My w Polsce mieszkamy na równinie, więc zapewne chcieli pokazać, że żadne Alpy im nie straszne i ... wypożyczyli rowery elektryczne. Taaaa.... pełna profeska w wyczynowym kolarstwie górskim ;)
Na zdobyciu i testowaniu sprzętu minęło nam przedpołudnie, więc po południu pojechaliśmy zobaczyć Villach.
Droga nie była długa, lecz ciekawa. Jadąc po autostradzie, minęliśmy lawetę, na której stał lśniący Mercedes z włączonymi światłami. Czy to było dodatkowe oświetlenie typu światła cofania lawety w wersji "bez gwiazdy nie ma jazdy", czy jednak coś innego, trudno wyczuć. Tak czy tak widok był interesujący.
Gdy dojeżdżaliśmy do Villach, pogoda zaczęła się psuć. Nad miastem zawisły czarne chmury i wyraźnie zbierało się na deszcz. Po ostatnich upałach perspektywa ochłodzenia wcale nie brzmiała źle, choć z drugiej strony deszcz na urlopie?! Mówiłam coś o Polakach, którym nie dogodzisz? ;).
Zaparkowaliśmy auto niedaleko centrum i ruszyliśmy w miasto. Po drodze minęliśmy boisko z piaskiem i siatką ulokowane w samym środku miejskiej zabudowy. Instalacja zajmowała cały placyk, ale w sumie piasek to nie chodnikowa betonoza, więc jak dla mnie pomysł 10/10.
Kawałek dalej doszliśmy do katedry świętego Jakuba. Ponieważ deszcz wisiał już w powietrzu, postanowiliśmy jak najszybciej wdrapać się na wieżę.
Samo wejście okazało się logistycznym wyzwaniem, ponieważ klatka schodowa była miejscami bardzo ciasna. Moja postać przemknęła tam bez trudu, ale mąż musiał mocno się gimnastykować, bo gdy ja przed narodzinami stałam w kolejce po umiejętność pisania bloga, on najwyraźniej stanął w tej po wzrost. Nie mniej jednak Austria to Austria. Co by nie generować korków w wejściu na wieżę, w najwęższym odcinku, ruch regulowała sygnalizacja świetlna.
Obok wisiała też informacja, żeby pod żadnym pozorem nie wchodzić na górę w czasie bicia dzwonów. Na pierwszy rzut oka, instrukcja jasna i mająca na celu ochronę narządu słuchu... tyle, że dzwony gdy już weszliśmy na górę były nie tyle mało słyszalne, co niemal w ogóle nie można było stwierdzić, że akurat biją. Po co było to ostrzeżenie? Nie mam bladego pojęcia.
A może po prostu zagłuszał je wiatr? Na platformie widokowej wiało tak mocno, że miałam wrażenie, iż zaraz nas zwieje, a panorama miasta rozciągała się pod ołowianym niebem. Gdy schodziliśmy na dół, zaczął padać rzęsisty deszcz. Deszcz? W CZASIE URLOPU?! ;)
Spacerując po mokrych uliczkach Villach, człowiek szybko przekonuje się, że lokalni mieszkańcy mają dość swobodne podejście do przestrzeni publicznej. Nad naszymi głowami zamiast tradycyjnych szyldów kołysały się całe rzędy kolorowych parasolek zawieszonych nad deptakiem, które w ten pochmurny dzień udawały, że świeci słońce.
Kilka kroków dalej natknęliśmy się na punkt obowiązkowy współczesnej turystyki miejskiej, czyli sklep z zielonymi neonami i gigantycznym liściem konopi na fasadzie. Skoro w Austrii legalnie można kupić niemal wszystko, co ma związek z tą rośliną, to i w sercu Karyntii nie mogło zabraknąć przybytku dla miłośników ziołowych relacji.
Z kolei w jednej z witryn wystawowych wzrok przyciągały rzędami poukładane na drewnianych skrzynkach butelki z kolorowymi trunkami o dość fantazyjnych kształtach. Wyglądało to tak, jakby ktoś postanowił zamknąć w szkle całą alpejską botanikę i sprzedawać ją jako lekarstwo na zmęczenie po eksploracji alpejskich szlaków.
Do dalszego zwiedzania zniechęcił nas deszcz, dlatego po krótkim spacerze wróciliśmy do auta.
Następny dzień zaczął się kolejnym zwiedzaniem. Naszą podróż zaczęliśmy w malowniczej miejscowości Rattendorf, gdzie tym razem była nasza miejscówka. Po drodze w oczy rzucił nam się tak uroczy, miniaturowy młyn wodny – Fischermühle – że po prostu musieliśmy się zatrzymać. Kamienny budyneczek z drewnianym dachem, kołem i ławką wyglądał jak wyjęty z pocztówki, więc komórki poszły w ruch. Długie zachwyty nie wchodziły jednak w grę, bo celem było przecież i w końcu ;) ikoniczne Zoncolan.Niedługo później, jadąc trasą Plöckenpass Straße, natknęliśmy się na miejsce, które momentalnie sprowadziło nas na ziemię. Tuż przy drodze ukazał się nam historyczny cmentarz wojenny – Heldenfriedhof z lat 1915–1918. Otoczone górami równe rzędy żelaznych, kutych krzyży robią potężne wrażenie. Leżą tam żołnierze dawnej armii austro-węgierskiej różnych narodowości, w tym Polacy z Galicji, przypominając, że te malownicze alpejskie tereny były kiedyś sceną dramatycznej „Białej Wojny”. Miejsce niezwykle ciche i zmuszające do zatrzymania się na dłuższą refleksję... przynajmmniej z założenia... no bo... Zoncolan....
Po dawce historii wsiedliśmy z powrotem do auta i ruszyliśmy w stronę włoskich zakrętów. Przekroczenie granicy miało w sobie dobrze znany scenariusz. W Austrii porządek i równe asfalty, a po włoskiej stronie pełen pakiet zawałowy dla niewprawionych na Strada Statale 52 bis przez Plöckenpass. Droga miejscami wyglądała tak, jakby wykuto ją w pionowej skale jako żart z kierowców. Do tego pełno tu ciasnych nawrotów (tornanti) i starych tuneli budowanych jeszcze w czasach wspomnianej „Białej Wojny”. Mijanie się z kimś na odcinkach zawieszonych nad przepaścią wymagało chirurgicznej precyzji i pożegnania z wszelkimi złudzeniami co do własnych umiejętności za kółkiem, ale inżynieryjny kunszt i widoki – muszę to przyznać – zapierały dech w piersiach. No i nie ukrywam, że choć po przetresowaniu mnie przez męża przełęczami typu Mortirolo, taka droga nie powoduje jednak u mnie przyspieszonego bicia serca, to nie mogę odmówić jej malowniczości.
Zresztą do tych ostatnich zdążyliśmy się przyzwyczaić, co nie znaczy jednak, że tolerujemy je ze spokojem. Tak dobrze to jednak nie ma. Włoscy Enzo Ferrari nieustannie nam przypominają, że w tym kraju przepisy drogowe to legenda, o której większość słyszała, tylko jakoś każdy w innej wersji, a klakson jest podstawowym i niezbędnym wyposażeniem auta, używanym częściej od migaczy, bo przecież większy z niego niż z migaczy fun.
W końcu dojechaliśmy. Po kolejnych kilometrach jednopasmową acz oczywiście dwukierunkową drogą o szerokości na jeden samochód – gdzie człowiek odruchowo zerka w lusterko, sprawdzając, czy ubezpieczenie na życie obejmuje głupotę współużytkowników dróg – wjechaliśmy na kultową przełęcz Monte Zoncolan (1750 m n.p.m.). Gdy patrzy się na te przewyższenia, nagle staje się jasne dlaczego to mekka kolarzy. Po prostu każdy kolarz jak już tu wjedzie pada na kolana w dziękczynnej modlitwie i w konfiguracji "do Mekki to nie w trą stronę". A przynajmniej ja bym tak zrobiła, gdybym miała ambicje wjechania tutaj na dwóch kółkach. I żeby była jasność: takowych aspiracji nie mam, nawet na dwóch kółkach z elektrycznym wspomaganiem, dlatego chyba nie zrozumiem tych, którzy z własnej nieprzymuszonej woli tak się męczą. Tym bardziej, że dla mnie kluczowy był zupełnie inny sport ekstremalny. Ostatnie kilometry wjechałam z zaciśniętymi kolanami i pęcherzem błagającym o litość, bo po drodze oczywiście nie było ani śladu cywilizacji. Mąż, który – jak to ma w zwyczaju, pewnie po nocach studiując jutubowe popisy innych szaleńców – sypał obietnicami bez pokrycia: „Wytrzymaj, na górze jest schronisko, napijesz się kawy i skorzystasz z toalety!”. W sumie to sama jestem sobie winna. Po tym jak zawsze maksymalnie po 15 minutach od przyjęcia pozycji "na konesera tv" mąż odbija w objęcia Morfeusza, mogłam się domyślić jak wygląda owo studiowanie terenu.
Zaciskałam więc nogi, w myśl zasady, że teoria względności najlepiej działa wtedy, kiedy twój pęcherz ma status uchodźcy, aż w końcu dojechaliśmy na szczyt. I zamiast upragnionej ulgi... od razu ruszyła obowiązkowa sesja zdjęciowa. Najpierw fotki przy słynnym obelisku z rzeźbami rowerów (Sella Monte Zoncolan), potem obowiązkowa sesja z samochodem (bo przecież nie ze starą żoną), a ja przestępuję z nogi na nogę, mrugam nerwowo i w duchu planuję rozwód albo przynajmniej konfiskatę telefonu z internetem. No i jeszcze plan pod tytułem: „Wejdźmy jeszcze na tę małą góreczkę obok, stamtąd są super krajobrazy!”.
Weszliśmy. Krajobrazy owszem – piękne, wokół krążyły wielkie ptaki drapieżne (prawdopodobnie sępy, które z góry patrzyły na mój stan z pełnym profesjonalizmem), ale po schronisku ani widu, ani słychu.
Na szczęście w oddali znajdowała się stacja kolejki, tylko trzeba było do niej dojść ładny, „widokowy” (dla innych) kawałek. Szłam tam jak na ścięcie, z zaciśniętymi zębami i wzrokiem seryjnego mordercy, obiecując sobie uroczyście, że od tej pory na wycieczki przestaję cokolwiek pić. Kiedy w końcu doczłapałam do upragnionej toalety, ulga była nie do opisania, za to mąż zarobił takiego focha, że w powietrzu wyraźnie dało się wyczuć powiew arktycznego chłodu. Ale cóż... należało mu się.
Kiedy ciśnienie opadło, w pełni doceniliśmy otaczające nas widoki. A wisienką na torcie okazało się spotkanie tuż przy zejściu do auta, gdzie napotkaliśmy stadko czterech alpak, które z marszu skradły całe show. Zwierzaki dumnie kroczyły tuż obok ludzi, pozując jak profesjonalne modelki i natychmiast poprawiając mi humor.
Wracając po tym wszystkim do Austrii, żołądek domagał się naszej uwagi, a raczej uwagi okolicznych przybytków gastronomicznych. Niestety austriackie doliny przywitały nas popołudniowym, kulinarnym blackoutem. Minęliśmy rzędy uroczych zajazdów, zajechaliśmy do malowniczej miejscowości Mauthen, a tam… wszystko zamknięte na cztery spusty. Wyglądało to na potajemną, ogólnokrajową sjestę (ale przecież to znowu Austria, a nie Chorwacja!!!) albo cichą koalicję lokalnych gospodarzy przeciwko głodnym turystom.
Przy okazji zauważyliśmy lokalną ciekawostkę architektoniczną, a mianowicie niesamowitą ilość budynków z ozdobnymi, ceglanymi kratownicami zamiast okien. Wyglądało to tak, jakby ktoś postanowił masowo dziurawić stodoły z artystycznym zacięciem. Okazało się, że to słynne austriackie "Stadelfenster" – lokalne, chronione zabytkowo perełki architektury Karyntii.
Te misterne, ażurowe wzory z cegieł nie powstały dla ozdoby (choć potrafią przypominać witraże gotyckich katedr). Dawniej pełniły bardzo ważną funkcję: zapewniały wentylację suszącemu się w stodołach sianu, chroniły przed zacinającym deszczem, a dodatkowo wpuszczały rozproszone światło do wnętrza. Dzięki temu rolnicy nie musieli wchodzić tam z płonącymi świecami, co przy tonach suchego siana ocaliło niejedną wieś przed widowiskową pożogą. Co ciekawe, w tych misternych układach cegieł przemycano też dawne symbole ochronne i religijne, by strzec gospodarstwa przed nieszczęściem.
Piękne to, mądre i niezwykle fotogeniczne – choć człowiek z burczącym w brzuchu żołądkiem wolałby zamiast historycznej wentylacji poczuć po prostu zapach porządnego obiadu.
Interesują Was tematy motoryzacyjne i ekstremalne drogi? TUTAJ znajdziecie więcej postów o tej tematyce.
Jeśli chcecie zlokalizować na mapie opisane w poście lokalizacje oraz wszystkie lokalizacje z bloga, zapraszam do mapy interaktywnej, która otworzy się dla Waszej wygody w nowym oknie. Najedź na wybraną pinezkę i kliknij nazwę lokalizacji, która pokaże Ci się pod mapą aby wyświetlić zdjęcia i link do odpowiedniego posta 😀. Kliknij strzałkę po prawej stronie nazwy lokalizacji, aby wyznaczyć do niej trasę. Powiększaj mapę aby zobaczyć więcej pinezek. Kliknij na napis "Patent na Wypad" (w wersji komórkowej na dole ekranu) aby wejść w legendę, gdzie znajdziesz listę lokalizacji lub będziesz mógł wpisać konkretną lokalizację w lupkę.
Linka do lokalizacji na mapie Google z niniejszego bloga znajdziecie także poniżej - szukajcie pod tekstem słowa "Lokalizacja...."
A jeśli chcecie przeczytać więcej wpisów w moim blogu, z pewnością ułatwi Wam to TA LISTA , zaś zbiór niektórych wcześniejszych map znajdziecie TUTAJ.
A może interesują Was gotowe propozycje tras? Zapraszam TUTAJ.
#patentnawypad #podroz #podroze #blog #travelblog #włochy #italy #visititaly #alpy #zoncolan #Włochy #austria #Villach #Rattendorf #StradaStatale52bis #Plöckenpass #Mauthen #Stadelfenster













.jpg)
.jpg)

.jpg)
.jpg)

.jpg)
.jpg)
.jpg)


.jpg)
.jpg)






.jpg)
.jpg)

.jpg)
.jpg)








.jpg)




.jpg)
.jpg)


.jpg)
.jpg)
.jpg)

Komentarze
Prześlij komentarz