Garnitzenklamm czyli via ferrata bez uprzęży- Austria-Urlop 2026

Pamiętacie jak po powrocie z Zoncolan usiłowaliśmy znaleźć jakiś lokal gastronomiczny? Cóż... nie znaleźliśmy, więc po szybkim pochłonięciu porcji spaghetti w naszym apartamencie zebraliśmy się błyskawicznie i ruszyliśmy w stronę kolejnego punktu programu. Naszym celem był wąwóz Garnitzenklamm w Karyntii. Co ciekawe, miejsce to wydaje się lokalnie dość słabo rozreklamowane. Agencja, od której wynajmowaliśmy kwaterę, polecała nam najróżniejsze okoliczne atrakcje, ale o tym wąwozie nie wspomniała ani słowem. Jak się później okazało, był to prawdopodobnie najpiękniejszy zakątek Austrii, jaki udało nam się zaliczyć podczas tego wyjazdu. Swoją drogą, to może po prostu przedstawicielka wspomnianej agencji, gdy nas zobaczyła, stwierdziła, że nie jest to atrakcja dla takich weekendowych turystów? Wspaniałomyślnie chciała ocalić nasze kolana i godność, a my, nieświadomi sytuacji zafundowaliśmy sobie małą jazdę bez trzymanki ;)

Na parking zajechaliśmy tuż przed piętnastą. Wiedzieliśmy, że wejście jest zamykane o siedemnastej, bo na początku trasy stoją kołowrotki i bramki. W teorii mieliśmy dwie godziny na spokojny spacer. Trasa ma około czterech i pół kilometra długości w jedną stronę i składa się z kilku odcinków. Całość liczy prawie dziesięć kilometrów, gdy doliczy się powrót, a przejście w obie strony zajmuje przeważnie ponad cztery godziny. My jednak uznaliśmy, że sprawnie przejdziemy przynajmniej część tam i z powrotem, bo według relacji mojego męża ścieżka miała być lekka i przyjemna. Należy jednak pamiętać, jak wygląda u nas planowanie – mąż zazwyczaj analizuje trasy i przewodnikowe vlogi, przysypiając wieczorem przed telewizorem. A ja głupia, naiwna, zapewniona jego spokojną wizją lajtowego popołudniowego spaceru, założyłam na nogi zwykłe niskie adidasy.

Rzeczywistość zweryfikowała te założenia niemal natychmiast po przekroczeniu bramki. Trasa okazała się nie tyle lekko wymagająca, ile momentami wręcz wyczynowa. Im szliśmy dalej, tym bardziej zwykły spacer zamieniał się we wspinaczkę po klamrach, mostkach, skałach i stalowych linach nad pędzącym potokiem. 


Wspominając tę trasę po powrocie, śmialiśmy się, że zaliczyliśmy pełnoprawną via ferratę, tylko ktoś zapomniał dać nam na drogę uprzęże i lonże. Miejsce jest piękne, skały i woda robią wielkie wrażenie, ale pokonywanie tych ekspozycji w lekkich butach sportowych dostarczyło nam nieco więcej emocji, niż pierwotnie zakładaliśmy.

Pomimo faktu przegapienia przez Austriaków zwyczajowego w tym kraju dbania o bezpieczeństwo turystów, trzeba im oddać, że walory edukacyjne trasy zostały potraktowane wzorowo. Co kawałek dumnie stały tablice wyjaśniające jak powstał ten zadziwiający swoim pięknem krajobraz. 

Pierwsza z nich wyjaśniała z powagą, że otaczają nas ściany z tak zwanego wapienia pasiastego. Podobno pamiętają one dewon i mają jakieś 380 milionów lat. Chyba nie jestem najlepsza w biohistorii, bo założyłam, że w tak odległym czasie na ziemi żyły dinozaury.  Prawda jest jednak taka, że żadne tego typu stwory jeszcze się nie wykluły, a w oceanach pływały co najwyżej wielkie ryby w pancerzach. Cóż... zawsze to lepsze niż wkładanie praludziom do rąk narzędzi do poganiania dinozaurów, jak to mają w zwyczaju niektórzy politycy. Ale wracając do praryb, skały z dna dawnego morza przeszły dwa procesy górotwórcze, a potężne ciśnienie przerobiło wapień w gruboziarnisty marmur. Mniej odporne łupki po prostu uległy erozji, zostawiając gładkie, lśniące ściany z paskami zielonych minerałów. Brzmi to dobrze w przewodniku, dopóki człowiek nie uświadomi sobie, że po tym wygładzonym 380-milionowym marmurze musi teraz stąpać w gładkich adidasach.







Druga tablica dołożyła kolejny powód do niepokoju. Okazuje się, że w tej całej demolce aktywnie pomagają drzewa, a konkretnie buk zwyczajny. Jego korzenie wpychają się w najmniejsze szczeliny skalne i, rosnąc, potrafią rozsadzić potężne głazy. Potem do akcji wkracza woda oraz kwasy i po paru milionach lat znikają całe góry. Patrząc na te pęknięcia pod moimi butami, miałam tylko cichą nadzieję, że ta konkretna góra nie postanowi zniknąć akurat dzisiaj przed siedemnastą.

Kawałek dalej natrafiliśmy na kolejną tablicę, która wprowadza czytelnika w świat szarych łupków. Okazuje się, że powstały one w płytkim morzu jakieś 450 do 330 milionów lat temu z osadów spłukiwanych przez rzeki z kontynentu, który dawno przestał istnieć. Co ciekawe, naukowcy mają spory problem z precyzyjnym datowaniem tych skał, ponieważ nie zachowały się w nich absolutnie żadne skamieniałości. Brak jakichkolwiek śladów dawnego życia nam osobiście bardzo ułatwiał sprawę – przynajmniej nie musieliśmy się zastanawiać, czy przypadkiem nie depczemy właśnie po szczątkach jakiegoś dewońskiego stwora.




Łupki te zbudowane są z drobnych minerałów płytkowych, co czyni je znacznie bardziej miękkimi od twardych wapieni. W praktyce oznacza to tyle, że woda z potoku Garnitzenbach wymywa je bez większego oporu, tworząc malownicze, ale i mocno wyślizganie załomki. Idąc w moich butach po kolejnych takich wygładzonych progach, natychmiast poczułam tę różnicę w twardości skał na własnych kostkach. Z drugiej strony jednak nie miałam na sobie szpilek ;) Fakt, że ja nie zakładam takich butów do górskich wycieczek, ale choćby na tej ścieżce widziałam gwiazdy w japonkach. Ok, japonki to nie szpilki, ale z drugiej strony niskie adidasy to też nie porządne górskie trapery ;)

Przy punkcie widokowym Ida-Warte trafiliśmy na tablicę numer pięć, która wyjaśnia, dlaczego przepływający pod nami potok zachowuje się tak, jakby zgubił nawigację. Woda spływa tu wodospadem po jasnoszarym wapieniu, po czym trafia na uskok tektoniczny i miękkie łupki. Ponieważ łupki ustępują łatwiej niż twarda skała, potok robi gwałtowny zwrot o dziewięćdziesiąt stopni. Kawałek dalej gęste pęknięcia w skale zmuszają go do kolejnego skrętu. Namęczy się biedak, aby trafić do celu, ale cóż... życie. Jedni mają pecha z nawigacją, inni z obuwiem ;)

Stając nad tą całą skomplikowaną hydrauliką natury, pomyślałam, że ten potok i mój mąż mają ze sobą całkiem sporo wspólnego. Obaj nieustannie zmieniają kierunek, rzeźbią własne ścieżki i udają, że gwałtowne zwroty akcji od początku były dokładnie zaplanowane. Różnica polegała głównie na tym, że potok miał na te manewry miliony lat i spływał w dół, a my mieliśmy niecałe dwie godziny i musieliśmy przeć w górę, wspinając się w adidasach po kolejnych mokrych progach. No ok, nie wszyscy. Syn wykazał się większą rozwagą i miał na sobie porządne buty. Nie to co wapno ;)

W końcu dotarliśmy do miejsca, które widnieje na wszystkich folderach promocyjnych i okładkach przewodników po wąwozie. Tutaj Garnitzenklamm zwęża się maksymalnie, a woda przeciska się głębokim pionowym szczelinowym korytem wyciętym w skałach o dziwnym, zielonkaworóżowym odcieniu. Trzeba przyznać autorom tych materiałów reklamowych, że tym razem nie przesadzili ani trochę. Widok jest po prostu piękny i zdecydowanie warty każdego metra pokonanego niemal na czterech.



Stojąca obok tablica studzi jednak zachwyty naukowym wytłumaczeniem tego zjawiska. To, co wygląda jak bajkowa sceneria, z geologicznego punktu widzenia jest efektownym rezultatem działania naturalnej wiertarki udarowej. Woda natrafia tu na przeszkody, wpada w gwałtowny wir i kręcąc się w miejscu razem ze żwirem oraz kamieniami, żłobi w dnie głębokie, cylindryczne kotły eworsyjne (spróbujcie ten zwrot powtórzyć po doczytaniu do końca tego odcinka bloga ;) ). Natura potrzebowała na ten zabieg tysięcy lat niespiesznego wiercenia, podczas gdy my na zachwyt i pamiątkowe zdjęcia mieliśmy zaledwie parę minut, bo wskazówki zegarka nieuchronnie zbliżały się do godziny zamknięcia bramek.

Gdy zerknęłam na zegarek, z lekkim niedowierzaniem odkryłam, że była już prawie szesnasta. Krótki odcinek szlaku zajął nam zaskakująco dużo czasu, ale w tych okolicznościach trudno się dziwić. Trasa prowadziła przez przepiękne mostki, wąwóz wyglądał jak z bajki, więc co chwilę przystawaliśmy, żeby zrobić kolejne zdjęcie. W efekcie nasz marsz przypominał bardziej procesję niż sprawny ewakuacyjny trucht przed zamknięciem bramek.


Wtedy też wyraźnie ujawnił się podział w naszej trzyosobowej grupie. Mój syn i ja parliśmy do przodu, podczas gdy mój mąż zaczął zostawać w tyle. Od jakiegoś czasu dawało mu o sobie znać kolano, a nierówne, skałkowe podłoże niespecjalnie pomagało w utrzymaniu tempa. Gdy zobaczyłam, jak zaczyna wyraźnie kuśtykać, w mojej głowie natychmiast zapaliła się lampka ostrzegawcza. Do zamknięcia bramek została zaledwie godzina. Przejście całej trasy z powrotem tym samym wąwozem stawało się nierealne, więc wymyśliłam plan sprytny i całkowicie logiczny: mąż spokojnie zawróci sprawdzoną już ścieżką w dół, a my z synem przyśpieszymy, przejdziemy resztę wąwozu i wrócimy okrężną drogą przez góry.


Moja propozycja została jednak odebrana niemal jak zamach na męską godność. Sugestia, że mogłaby to być dla niego zbyt wymagająca trasa, wywołała wielkie oburzenie. Mąż kategorycznie odrzucił opcję powrotu i oświadczył, że idzie dalej, po prostu własnym tempem. I tak oto kontynuowaliśmy naszą wyprawę: on posuwał się naprzód z gracją kulejącego piechura, a my z synem co kilkadziesiąt metrów zatrzymywaliśmy się, wypatrując go za skałkami i licząc uciekające minuty. Połączenie uciekającego czasu i widoku męża, który z czystego uporu pokonywał kolejne przeszkody, dostarczyło mi ładunku frustracji, który do dziś pamiętam aż za dobrze.


Świadomość, że minęliśmy dopiero drugą część wąwozu, a przed nami były jeszcze dwie kolejne, nie napawała optymizmem w kontekście uciekającego czasu. Szczególnie że dotychczasowy w miarę (!!!) łagodny szlak właśnie się skończył. Mimo że było zupełnie sucho, skały w wielu miejscach i tak okazywały się zdradliwie śliskie, a dalej zaczęła się już jazda bez trzymanki.


Druga połówka trasy okazała się pełnowymiarową via ferratą. W ścianach tkwiły metalowe haki, wzdłuż skał przeciągnięto stalowe liny, do których trzeba było się mocno przytulać, a momentami szło się po prostu po żelaznych występach wbitych w pionową ścianę. Technicznie nie było to łatwe, ale miało w sobie sporo z zabawnego wyzwania, choć w głowie cały czas krążyła mi jedna myśl. Przecież to jest Austria. Kraj, w którym wszystko na szlakach jest zazwyczaj zapięte na ostatni guzik, podwójnie zabezpieczone i opisane instrukcjami, tymczasem tutaj dostaliśmy bezpłatną lekcję przetrwania bez żadnej uprzęży. Aż bałam się pomyśleć, jak ten odcinek wygląda podczas deszczu.


Dla przeciwwagi widoki nadal wbijały w skały, a kolejna tablica informacyjna po raz kolejny przypomniała, w jak niezwykłym miejscu się znajdujemy. Opisywała ona uskok i potężne fałdy w ścianie skalnej naprzeciwko. Płyty tektoniczne ściskały dawno temu te skały niczym w gigantycznym imadle, zginając je w przedziwne wzory. Po lewej stronie woda wypolerowała wapień tak gładko, że wielobarwne warstwy wyglądały niemal jak namalowane. Największe wrażenie robiła jednak skała po prawej stronie tuż nad wodą, gdzie potężne ciśnienie zgięło warstwy kamienia równo o sto osiemdziesiąt stopni. Patrząc na te całkowicie poskręcane ściany, poczułam głęboką solidarność z lokalną geologią. Moje stawy i kostki w miękkich adidasach na tych hakach wyginały się dokładnie w ten sam sposób.




Było już całkiem późno, gdy dotarliśmy do piątego, czyli ostatniego mostka kończącego kanion (no, może nie cały kanion, ale odcinek, który mieliśmy w planach do przejścia) Ostatni odcinek przed wyjściem na leśną ścieżkę przywitał nas znakiem ostrzegawczym nakazującym szybkie przejście ze względu na ryzyko spadających od góry kamieni. Klimatycznie. Albo przemkniesz, albo i nie ;) Przy takim dictum nawet zmęczone wspinaczką nogi jakoś szybciej przebierają. Chyba, że jest się moim mężem, który "idzie własnym tempem". Ok, jego sprawa, z tym, że mógłby nam jednak dać kluczyki od auta. Tak na wszelki wypadek. Po opuszczeniu wąwozu weszliśmy na tradycyjną ścieżkę leśną, bo wracać tę sama drogą już nie było szans. Widoki na otaczające góry szybko przypomniały nam jednak, że pogoda wcale nie zamierza czekać, aż dotrzemy do samochodu. Nad szczytami wisiały już ciężkie, ołowiane chmury, a powietrze zrobiło się duszne i parne.

W tym momencie napięcie w naszej grupie osiągnęło punkt kulminacyjny. Mąż, wierny swojej zasadzie poruszania się własnym, niezmiennym tempem, skutecznie nas blokował, a zbliżająca się burza w górach przestała być abstrakcyjnym widokiem z prognozy pogody. Próbowałam tłumaczyć, że powrót w takich warunkach to żaden relaks, ale tradycyjnie spotkało się to z pełnym spokojem człowieka, który najwyżej zamierza przeczekać nawałnicę pod pierwszą lepszą gałęzią (!!!).

Kiedy chmury nad głową zaczęły przybierać barwę dojrzałego siniaka, a w powietrzu wyraźnie dało się wyczuć nadchodzącą ulewę, moja cierpliwość do męskiej dumy ostatecznie się wyczerpała. Przez pół drogi przekonywałam męża, że powrót krótszą trasą to żaden zamach na jego honor, a jedynie chłodna kalkulacja i oszczędzanie schorowanego kolana. On jednak postanowił udowodnić całemu światu, że da radę, co w praktyce oznaczało, że szliśmy tempem wycieczki emerytów, zatrzymując się co kilkadziesiąt metrów.

Gdy stało się jasne, że za chwilę przyjdzie nam testować wodoszczelność niewodoszczelnej odzieży w samym środku lasu podczas burzy, podjęłam jedyną słuszną decyzję. Uznając, że ratowanie własnej skóry i dobiegnięcie do samochodu, zanim rozpęta się piekło, jest w tym momencie priorytetem, po prostu zostawiłam panów na szlaku. Mąż chciał kroczyć z podniesioną głową, więc oddałam mu tę przestrzeń, a syn, nieco zdezorientowany tą nagłą ewakuacją, postanowił lojalnie osłaniać tyły i zostać przy ojcu. Ja natomiast ruszyłam przed siebie szybkim biegiem, wychodząc z założenia, że skoro ktoś uparcie pragnie moknąć w imię zasad, to nie muszę mu w tym towarzyszyć.

Oczywiście deszcz złapał mnie idealnie w połowie drogi, a niebo postanowiło otworzyć wszystkie kurki naraz. Stojąc przed rozwidleniem szlaków, miałam do wyboru dłuższą drogę albo krótszą, opisaną w przewodnikach jako solidny hardcore. W moich mokrych adidasach perspektywa dłuższego błądzenia po śliskich skałach wydawała się średnio pociągająca, więc ostatecznie wybrałam bezpieczniejszy wariant okrężny. Syn, który po drodze dostał od męża kluczyki i puścił się skrótem, twierdził później, że tamta druga trasa rzeczywiście zasługiwała na swoją nazwę. Do samochodu dotarliśmy z synem niemal jednocześnie, w strugach ulewnego deszczu, który zmywał z nas resztki złudzeń o spokojnym popołudniowym spacerze.

Plan ewakuacyjny był prosty: odpalamy silnik, podjeżdżamy kawałek w górę i zgarniamy mojego męża, który gdzieś tam w deszczu powoli zmierzał ku cywilizacji. Nasze zapały szybko jednak ostudził wyrazisty znak zakazu wjazdu na drodze dojazdowej. Podjechaliśmy więc tylko tyle, ile się dało bez łamania przepisów, a ja wysiadłam z samochodu, uzbrojona w parasol, żeby namierzyć mojego męża i chociaż trochę go osłonić.

Kiedy w końcu wypatrzyłam go na szlaku i podbiegłam z tą parasolką, spojrzał na mnie z lekkim pobłażaniem i przypomniał, że przecież ma na sobie kurtkę z kapturem, więc ten cały mój desant ratunkowy jest mocno nadmiarowy. Tuż przed samym samochodem natrafiliśmy jeszcze na małą, przydrożną kapliczkę. Mój mąż był już chyba tak uszczęśliwiony faktem, że przetrwał ten marsz i nie musi dłużej wykańczać swojego kolana, że postanowił to odpowiednio uczcić. Z szelmowskim błyskiem w oku uklęknął przed kapliczką i z pełną powagą (no, prawie ;) ) pocałował ziemię – wypisz, wymaluj jak Jan Paweł II po wyjściu z samolotu na Okęciu.

Po tym podniosłym akcie zgarnęliśmy go do środka i ruszyliśmy w stronę naszej kwatery. Żeby jakoś umilić sobie drogę wśród spowitych mgłą gór, połączyłam się przez zestaw głośnomówiący z moją koleżanką. Nasi znajomi wracali właśnie z urlopu na Bałkanach, więc uznałam, że to idealny moment, żeby pożalić się i opowiedzieć, jaki to hardcore zafundowaliśmy sobie w austriackim kanionie.

Pojęcie trudności bywa jednak mocno względne, a moja opowieść o hakach, śliskich skałach i brakach w obuwiu szybko przestała robić wrażenie przy ich historii z powrotu do domu. Podczas kontroli na granicy w Macedonii wyszło na jaw, że od pół roku jeżdżą samochodem bez ważnego badania technicznego. Po prostu wyleciało im to z głowy. Macedońska celniczka, przeglądając dokumenty z kamienną twarzą, poinformowała ich chłodno, że brak przeglądu to w jej kraju naprawdę big problem i w zasadzie oznacza zatrzymanie samochodu.

Słuchając tej relacji przez głośniki w samochodzie, wymieniliśmy z mężem wymowne spojrzenia. Choć w Macedonii nigdy nie byliśmy, nasza intuicja dość szybko podpowiedziała nam, czym zwykle bywa lokalny big problem i jakimi metodami się go rozwiązuje. Nasi znajomi okazali się jednak wyjątkowo niefrasobliwi i przez dłuższą chwilę kompletnie nie łapali aluzji. Dopiero gdy pani celniczka przeszła do osobistych zwierzeń i zaczęła ze szczegółami opowiadać o swojej licznej rodzinie oraz trudach utrzymania dzieci, w ich głowach w końcu zapaliła się odpowiednia lampka. Dyskretna wkładka do paszportu w cudowny sposób rozwiązała sprawę, a oni mogli pojechać dalej.

Mimo że moja koleżanka należy do osób, które z natury nie przejmują się takimi drobiazgami, ta przygoda mocno przetrzepała jej układ nerwowy. Wyznała mi, że przez kolejne noclegi w drodze do Polski nie mogła przespać spokojnie ani jednej nocy, zastanawiając się, na której granicy wyrośnie przed nimi kolejny big problem ;)

Rozłączyliśmy się dokładnie w momencie, gdy parkowaliśmy pod naszym apartamentem. Siedząc w ciepłym samochodzie i patrząc na deszcz bębniący o szyby, doszłam do wniosku, że pojęcie dramatu w podróży jest wyjątkowo płynne. Dla jednych wielkim wyzwaniem jest pokonanie wąwozu ze ścianami wspinaczkowymi w miękkich adidasach i ucieczka przed burzą, a dla innych pokonanie pół Europy bez badania technicznego i pamiątkowe negocjacje z macedońską strażą graniczną. Grunt to po prostu zachować odpowiednią perspektywę i wracać do domu z ważnym przeglądem – niezależnie od tego, czy samochodu, czy własnych kolan.


Więcej postów z Austrii znajdziesz TUTAJ.

Jeśli chcecie zlokalizować na mapie opisane w poście lokalizacje oraz wszystkie lokalizacje z bloga, zapraszam do mapy interaktywnej, która otworzy się dla Waszej wygody w nowym oknie. Najedź na wybraną pinezkę i kliknij nazwę lokalizacji, która pokaże Ci się pod mapą aby wyświetlić zdjęcia i link do odpowiedniego posta 😀. Kliknij strzałkę po prawej stronie nazwy lokalizacji, aby wyznaczyć do niej trasę. Powiększaj mapę aby zobaczyć więcej pinezek. Kliknij na napis "Patent na Wypad" (w wersji komórkowej na dole ekranu) aby wejść w legendę, gdzie znajdziesz listę lokalizacji lub będziesz mógł wpisać konkretną lokalizację w lupkę.

Linka do lokalizacji na mapie Google z niniejszego bloga znajdziecie także poniżej - szukajcie pod tekstem słowa "Lokalizacja...."

A jeśli chcecie przeczytać więcej wpisów w moim blogu, z pewnością ułatwi Wam to TA LISTA , zaś zbiór niektórych wcześniejszych map znajdziecie TUTAJ.

A może interesują Was gotowe propozycje tras? Zapraszam TUTAJ.


#Podróże #Travel #PatentNaWypad #Alpy #Austria #GarnitzenKlamm #wąwóz #garnitzenklamm #karyntia #carinthia #visitaustria #austriatravel #alpeadria #gailtal


Komentarze