Dzień Odlotu: Reykjavik - Islandia 2026
Nadszedł ten nieuchronny moment – nasz ostatni dzień na Islandii. Rano spakowaliśmy się do naszej niezawodnej Dacii Duster i ruszyliśmy w stronę Reykjavíku. A Islandia postanowiła nas pożegnać w absolutnie bajkowym stylu! Świeciło piękne słońce, termometr wskazywał niewiarygodne jak na ten rejon 17 stopni, a wiatr – zazwyczaj bezlitosny – tym razem odpuścił. Podobno takie okienko pogodowe w okolicach stolicy graniczy z cudem, więc trafiliśmy na prawdziwą wygraną na loterii.
Naszym pierwszym przystankiem tego dnia miało być Akranes, gdzie planowaliśmy zobaczyć ponoć urokliwy wrak statku. Na miejscu okazało się, że „statek” to nieco zbyt dumne określenie – na nabrzeżu spoczywał raczej mocno nadgryziony zębem czasu stary kuter rybacki. Sama atrakcja... cóż, powiedzmy, że "nie urywała", ale przy odpowiednim kadrowaniu, świetnym słońcu i odrobinie chęci, na zdjęciach wyszła całkiem malowniczo! Zresztą wychodzę z założenia, że każdy obiekt przy dobrym świetle i właściwym ujęciu potrafi obronić się na fotografii (co nie znaczy, że ja zawsze potrafię wykorzystać te atuty ;)).
Owo spotkanie z rdzewiejącym kadłubem natchnęło mnie jednak do pewnych refleksji nad pewnym fenomenem turystycznym tego kraju. Islandczycy to chyba absolutni mistrzowie recyklingu krajobrazowego – a raczej całkowitego braku chęci do sprzątania! Spadnie samolot na czarną plażę (jak słynny DC-3 na Sólheimasandur)? Zostawiamy go, turyści będą walić tam jak do Mekki, maszerując kilometrami w deszczu. Wyrzuci potężny sztorm stalowy kuter na brzeg? Niech sobie w tym miejscu rdzewieje, obwołamy to lokalną atrakcją! Wygląda na to, że ich patent na biznes jest prosty: zamiast wydawać majątek na wywożenie i utylizację starych gratów, zostawiają je tam, gdzie spadły lub dopłynęły, a zachwyceni turyści i tak ciągną do nich jak pszczoły do miodu. Genialne w swojej prostocie!
Gdyby nie fakt, że słońce tak pięknie rozświetlało ten wrak w Akranes, zapewne uznalibyśmy to za stratę czasu. Ale zdjęcia wyszły naprawdę nieźle, więc nie będziemy bardzo narzekać!
Kolejnym punktem programu miała być relaksująca kąpiel w gorących źródłach Guðlaug Baths – niezwykłym basenie termalnym usytuowanym bezpośrednio przy oceanicznej plaży, również w Akranes. Liczyliśmy na kameralny relaks, ciche plumkanie w ciepłej wodzie i ładne widoki na ocean... Plan był genialny, ale rzeczywistość szybko weryfikuje nawet najlepsze zamiary.
Docieramy na miejsce i co widzimy? Szok! Całe miasto sparaliżowane, tłumy ludzi na ulicach, sznur samochodów i zielone tereny opanowane przez setki dzieci biorących udział w jakichś gigantycznych zawodach sportowych. Najzwyczajniej w świecie nie trafiliśmy z datą, bo władowaliśmy się prosto w środek corocznego, lokalnego festynu i dziecięcych igrzysk! Wyglądało to tak, jakby cała populacja Islandii nagle postanowiła zjechać się dokładnie w to jedno miejsce. A warto dodać, że cała wyspa liczy zaledwie około 390 tysięcy mieszkańców – czyli mniej więcej tyle, co jedno większe polskie miasto! Nic więc dziwnego, że gdy kilkaset osób wyjdzie tam naraz na ulicę, od razu tworzy się gęsty, wręcz metropolitalny tłum.
Na widok tego zamieszania nawet nie podjeżdżaliśmy pod same źródła. Stwierdziliśmy, że z relaksu w takich okolicznościach i tak nic nie będzie, więc odpuszczamy. Trochę szkoda, bo przy tak bajecznej pogodzie kąpiel na brzegu oceanu byłaby super, ale z drugiej strony – zyskaliśmy cenny czas na sam Reykjavík (a i tak mieliśmy go tam zdecydowanie za mało).
Ruszyliśmy więc bez żalu w stronę stolicy. Trasa z Akranes do Reykjavíku prowadzi przez prawdziwe inżynieryjne widowisko – tunel Hvalfjörður (Hvalfjarðargöng). Ten potężny, podwodny korytarz ma prawie 6 kilometrów długości, z czego grubo ponad 3 kilometry biegną głęboko pod dnem oceanicznego fiordu! Zjeżdża się tam aż 165 metrów poniżej poziomu morza. Kiedyś objazd całego fiordu zabierał podróżnym dodatkową godzinę drogi, więc ten tunel to dla Islandczyków prawdziwe wybawienie.
Przejazd pod dnem oceanu poszedł sprawnie i chwilę później meldowaliśmy się już w stolicy. Zostawiliśmy naszą Dacię na parkingu (adres parkingu: Suðurgata 2, 101 Gardabaer) i ruszyliśmy na podbój Reykjavíku!
Pierwsze, co rzuciło nam się w oczy zaraz po wyjściu z samochodu, to nowoczesny budynek wznoszący się tuż nad brzegiem urokliwego jeziora Tjörnin, po którym dostojnie pływały łabędzie i całe chmary innego ptactwa wodnego. Okazało się, że to Ráðhús Reykjavíkur, czyli po prostu ratusz miejski.
I chociaż sam budynek ma bardzo ciekawą, modernistyczną architekturę, to jego prawdziwy skarb kryje się w przyziemiu. Znajdziecie tam niesamowitą, przestrzenną makietę 3D całej Islandii! Wygląda to obłędnie – rzeźba terenu, fiordy, wulkany i lodowce są odwzorowane z taką precyzją, że można spędzić tam dłuższą chwilę, śledząc wzrokiem przemierzone już trasy.
Zatrzymały nas tam na dłużej dwa powody. Po pierwsze: ta atrakcja jest całkowicie bezpłatna. Po drugie: stojąc nad tą trójwymiarową mapą i oglądając wyspę z każdej strony, złapaliśmy się na tym, że zamiast podsumowywać obecną podróż, zaczęliśmy już po cichu planować kolejną wyprawę na Islandię! Jeśli będziecie w stolicy, koniecznie tu zajrzyjcie – ta makieta daje genialne wyobrażenie o skali i ukształtowaniu całej wyspy.
Po wyjściu z ratusza ruszyliśmy wprost na urokliwe uliczki starego Reykjavíku, kierując się w stronę największego symbolu miasta – monumentalnego kościoła Hallgrímskirkja, którego charakterystyczna strzelista bryła nawiązuje do wulkanicznych, bazaltowych kolumn. Szybko przekonaliśmy się, że stolica Islandii ma zupełnie inny klimat niż typowe europejskie metropolie – przypomina raczej przytulne, nieco artystyczne miasteczko, pełne kolorowych domków i urokliwych zakątków.
Idąc powoli w górę w stronę kościoła, naszą uwagę przykuł imponujący, biały budynek z powiewającą islandzką flagą na tle niemal bezchmurnego nieba. Okazało się, że to Menntaskólinn í Reykjavík – najstarsza szkoła średnia na Islandii, której korzenie sięgają aż 1047 roku (w obecnej siedzibie działa od 1846 roku). To tutaj kształciła się większość islandzkich elit, premierów i prezydentów. Przed budynkiem dumnie prezentuje się ciekawa, metalowa rzeźba będąca zegarem słonecznym, idealnie komponująca się z soczyście zielonym trawnikiem.
Myślicie, że moda na ekologię i zero waste to wynalazek ostatnich lat? Islandczycy opanowali ją do perfekcji już w XIX wieku! Podążając klimatycznymi uliczkami natrafiliśmy na niepozorny, uroczy domek Stöðlakot (znany też pod romantyczną i niesłychanie prostą do wymówienia nazwą: Bókhlaðustígur 6).
Budynek postawił w 1872 roku pan Jón Árnason. Z czego? A z tego, co akurat zostało panom z budowy... pobliskiego więzienia! 😅 Zamiast czekać na dostawę luksusowego drewna z kontynentu, Jón uznał, że zostawione przy drodze więzienne kamienie idealnie nadadzą się na przytulne cztery kąty. W końcu nic tak nie dodaje domowego ciepła jak solidne, penitencjarne fundamenty!
Dziś ten malutki, kamienny domek (steinbær) to prawdziwy unikat. Stoi dumny jako pomost między archaiczną chałupą z torfu a nowoczesnym budownictwem. Morał z tej lekcji jest taki, iż jeśli kiedyś zabraknie Wam materiałów na wykończeniówkę, rozejrzyjcie się po okolicy – może akurat przebudowują gdzieś obok jakiś zakładek karny!
Klucząc dalej cichymi uliczkami, mijaliśmy kolejne urocze domki otoczone ogrodami – w tym charakterystyczny, miętowy budynek z chabrowymi drzwiami, stanowiący wręcz podręcznikowy przykład islandzkiej architektury mieszkalnej. Taki spacer bez pośpiechu, w pełnym słońcu i przy 17 stopniach ciepła, pozwolił nam poczuć prawdziwy, niespieszny rytm tego miasta!
Wreszcie dotarliśmy do celu naszego spaceru – monumentalnego kościoła Hallgrímskirkja. Choć większość turystów odruchowo nazywa go „katedrą”, formalnie nią nie jest (stolica ma swoją prawdziwą katedrę w innym miejscu), ale trzeba przyznać, że jego skala robi piorunujące wrażenie. Budowla wygląda tak, jakby jakiś architekt postanowił zmaterializować kosmiczny sen o wulkanicznych, bazaltowych kolumnach.
Zanim jednak weszliśmy do środka, musieliśmy urządzić sobie sesję zdjęciową na placu. Trafiliśmy na absolutną perełkę – tuż przed świątynią zaparkował przepiękny, czerwony klasyczny kabriolet! W połączeniu z błękitnym niebem i tą gigantyczną rakietą... przepraszam, wieżą kościoła, wyszło z tego ujęcie niczym z okładki magazynu.
Tuż obok dumnie prezentuje się pomnik Leifa Erikssona. I tu mały zgrzyt historyczny, bo z lekcji historii wciąż pamiętamy, że to niejaki Krzysztof Kolumb odkrył Amerykę. Otóż Islandczycy tylko dyskretnie parskają śmiechem na te rewelacje: Leif śmigał do Ameryki Północnej jakieś pięćset lat przed Kolumbem, kiedy ten drugi nie był jeszcze nawet w planach swoich prapradziadków! Żeby było zabawniej, ten pomnik to podarunek od USA z 1930 roku na 1000-lecie islandzkiego parlamentu. Stanął na pustym wzgórzu, a sam kościół dobudowano do niego dopiero kilkanaście lat później. Można więc powiedzieć, że Leif najpierw stał sam na środku pola i po po prostu czekał, aż ktoś w końcu postawi mu porządne tło do zdjęć.
Wchodzimy do kościoła a świątynia zaskakuje surowym, minimalistycznym pięknem, ale prawdziwy hit to... patent z ławkami. Otóż ławki mają obracane oparcia! Część z nich patrzy na ołtarz, a część na potężne, 15-metrowe organy z ponad pięcioma tysiącami piszczałek.
W kościołach luterańskich muzyka gra pierwszorzędną rolę, więc gdy zaczyna się recital organowy, nikt nie musi ukradkiem wykręcać głowy o 180 stopni. Jednym ruchem przekładasz oparcie i voilá – przełączasz się z trybu modlitewnego na tryb koncertowy! Genialnie proste, po prostu genialne!
Chłonąc surowy majestat wnętrza, skierowaliśmy się w stronę sklepu z pamiątkami po bilety na wieżę (sklep z pamiątkami w kościele! a jakże! ;) ). To właśnie tam natknęliśmy się na dumnie wyeksponowany stojak z bezkompromisowym komunikatem: „THERE IS NO PUBLIC WC IN THE CHURCH”.
Krótko, zwięźle i z pełnym islandzkim chłodem. Tabliczka wywoływała wśród mijających ją turystów całą paletę rozbawionych min – od dyskretnych uśmieszków po ciche parsknięcia śmiechem. Trzeba przyznać, że to nagłe zderzenie sacrum z tak bardzo ziemskim profanum, tuż obok stoiska z magnesami i kartkami, miało w sobie mnóstwo uroku! Najwyraźniej gęsty tłum szturmujący sklepik w poszukiwaniu nie tylko biletów, ale i zupełnie innych udogodnień, zmusił gospodarzy do postawienia tej kultowej już dzisiaj przypominajki.
Oczywiście nie moglibyśmy sobie odpuścić wjazdu na wieżę. Bilety kupuje się we wspomnianym sklepie z pamiątkami, po czym ustawia w kolejce do windy, która pomimo długości posuwa się całkiem sprawnie. I tu kolejny islandzki hit: tych biletów potem... absolutnie nikt nie sprawdza! Wjeżdżasz na górę całkowicie „na gębę” i na słowo honoru. Gdyby taki system wprowadzono w Polsce, wieża zapewne pękałaby w szwach, a na dole krążyłyby legendy o darmowym punkcie widokowym.
A sam widok z góry? Panoramiczny Reykjavík ma w sobie mnóstwo uroku. Choć to nowoczesna, kolorowa mozaika dachów, a nie zabytkowa starówka sprzed tysiąca lat, to przy naszej bajecznej pogodzie – ze słońcem rozświetlającym odległe lodowce i niebieski ocean – widok był po prostu kapitalny. Może nie wbija w ziemię tak jak dzikość półwyspu Snæfellsnes, ale warto było tu wjechać choćby po to, żeby z góry policzyć te wszystkie słodkie, kolorowe domki!
Utrzymując kurs urokliwymi uliczkami Reykjavíku, w pewnym momencie nadzialiśmy się na sklep z pamiątkami. A dokładniej: mój mąż z naszą koleżanką zostali wciągnięci do środka przez jakąś tajemniczą siłę grawitacji sklepowej i wsiąkli tam na dobre. Jako fanka obcowania z naturą, a nie z masowo produkowanymi gadżetami, miałam już powoli zacząć dyskretnie przewracać oczami... gdy nagle mąż zawołał mnie podekscytowanym głosem.
Podeszłam do jednej z półek i zaniemówiłam. Pomiędzy pamiątkami leżała niezwykle realistyczna, futrzana maskotka zwinięta w kłębek. Wyglądała tak autentycznie, że postanowiłam ją pogłaskać. Puszyste futerko było miękkie, ciepłe i... pod poduszkami dłoni poczułam ciche, miarowe oddychanie! Okazało się, że to nie żaden sztuczny gadżet, tylko żywy kot, spacyfikowany kamiennym, błogim snem!
A nie był to byle jaki kot, lecz absolutna celebrytka Reykjavíku – słynna Ofelia! Kotka należy do sąsiada, ale najwyraźniej uznała, że ma etat w sklepie i codziennie przychodzi tu „do pracy”, ucinając sobie wielogodzinne drzemki na stoiskach z pamiątkami. Jest tak urocza i śpi tak niewzruszenie, że obsługa sklepu musiała powiesić specjalną tabliczkę z wyjaśnieniem: „Tak, jestem prawdziwa! Mam na imię Ofelia, jem suszone ryby, jestem kotką sąsiada i NIE JESTEM na sprzedaż!”.
Ten przesłodki śpioch z miejsca skradł moje serce i stał się chyba najbardziej urokliwym wspomnieniem z samego Reykjavíku. Wybaczyłam towarzyszom podróży każdą minutę spędzoną w tym sklepie (no dobra: prawie wybaczyłam, nawet moje wybaczenie ma swoje granice!)! W końcu zawsze powtarzam, że wolę obcować z naturą niż ze sklepami... a puszysty, żywy kot na półce to przecież 100% czystej natury, prawda?
No ale ileż można miziać kotka? To znaczy, umówmy się: ja mogłabym bardzo dużo czasu spędzić przy Ofelii, ale z drugiej strony – urokliwy Reykjavík czeka, a czas goni bezlitośnie! Tymczasem nasi towarzysze podróży weszli w stan pełnego zakupowego amoku. Mam wrażenie, że analizowali każdy sweter z islandzkiej wełny, każdy magnes i każde skarpetki z wizerunkiem maskonura. Obłęd! W pewnym momencie moja cierpliwość po prostu się wyczerpała. Stwierdziłam krótko: „Chcecie, to tu sobie mieszkajcie, ja idę dalej, dołączycie do mnie przy Voyagerze”.
No i faktycznie, na nabrzeże dotarłam jako pierwsza, a reszta wycieczki doszła chwilę później, mocno zszokowana nagłą zmianą mikroklimatu. Bo o ile w urokliwych uliczkach stolicy było wręcz anielsko ciepło, o tyle na samym brzeg oceanu w okamgnieniu przypomnieliśmy sobie, że jesteśmy na wyspie na Północnym Atlantyku. Wiatr wiał tak, że trzeba było błyskawicznie wyciągać z plecaków wszystkie odrzucone wcześniej warstwy ubrań!
A sam Voyager (po islandzku Sólfar, czyli dosłownie Słoneczny Wędrowiec) stojący na brzegu otwartego fiordu prezentuje się po prostu kosmicznie! I muszę Was pocieszyć – to, że nie wiecie, co ta konstrukcja właściwie przedstawia, to absolutny klasyk i najczęstszy błąd wszystkich turystów, w tym mój!
Prawie każdy bierze tę lśniącą, stalową rzeźbę za szkielet łodzi wikingów albo jakąś fantazyjną rybę. Tymczasem jej autor, Jón Gunnar Árnason, stworzył ją jako „łódź marzeń” i hymn na cześć słońca! Rzeźba miała symbolizować obietnicę nowych, nieodkrytych lądów, nadzieję, postęp i wolność. Sam artysta śmiał się zresztą, że nie ma nic przeciwko temu, by każdy widział w niej to, co podpowiada mu wyobraźnia, a dla mnie takie podejście do sztuki jest najlepsze z możliwych.
Niezależnie od tego, czy widzimy w niej szkielet archaicznego okrętu, kosmiczną łódź czy oceaniczną rybę – na tle wzburzonych fal i majestatycznych gór Esja wygląda po prostu obłędnie! I trzeba to Islandczykom oddać: potrafią postawić kawałek błyszczącej stali w takim miejscu, że czujesz się jak bohater filmu science-fiction.
Po spacerze przy smagającym wiatrem Voyagerze uznaliśmy, że czas na małą rewolucję w grupie i rozdzielenie sił. Chcieliśmy po prostu zobaczyć nieco inne miejsca i zwiedzać w swoim tempie, więc nasi towarzysze poszli swoją drogą, a my z mężem swoją. Umówiliśmy się oczywiście całą czwórką dopiero przy samochodzie.
Dalej Reykjavík eksplorowaliśmy już tylko we dwójkę i muszę przyznać, że to miasto jest niesamowite! Kompletnie różni się od wszystkich stolic, które do tej pory widziałam. Zero pośpiechu, zero gigantycznych wieżowców, zero... pociągów i torów kolejowych (bo na całej Islandii po prostu ich nie ma!), a nawet zero McDonald’sów! A warto pamiętać, że Reykjavík to oficjalnie najbardziej na północ wysunięta stolica świata! Do tego całe miasto jest ogrzewane geotermalnie – woda w kranach i kaloryferach pochodzi w 100% z gorących źródeł z wnętrza ziemi.
Idąc powoli wzdłuż urokliwych uliczek, mijaliśmy niesamowicie kolorowe budynki, z których wiele zdobią rewelacyjne murale – jak ten mroczny, klimatyczny pub Dubliner
czy uroczy, czarny domek z lodami Gealeattao.
Przy Vegamótastígur natknęliśmy się też na potężny mural z napisem „Frjáls Palestína”. To już drugi taki napis, jaki widzieliśmy na wyspie – i nie ma w tym przypadku. Islandia była pierwszym krajem Europy Zachodniej, który oficjalnie uznał państwowość Palestyny, więc takie akcenty społeczne są tu stałym elementem krajobrazu.
W końcu dotarliśmy do słynnej Tęczowej Ulicy (Skólavörðustígur) z jaskrawą tęczą namalowaną prosto na chodniku, prowadzącą wprost do kościoła Hallgrímskirkja.
Wcześniej w oczy rzucił się nam też absolutnie bezkompromisowy, tęczowy Kiki Queer Bar. Tęcza w Reykjavíku to symbol tolerancji, otwartości i wolności, z której Islandczycy są niezwykle dumni.
I tu warto zatrzymać się na chwilę, bo ich podejście potrafi wprawić człowieka z Polski w niemałe osłupienie. Podczas gdy u nas obyczajowość czy konserwatywny katolicyzm wciąż podchodzą do tematów osób LGBT z ogromnym dystansem, napiętnowaniem i rezerwą, a o związkach jednopłciowych w kościele nikt nawet nie śmie głośno pomyśleć (bo byłaby to przecież obraza majestatu!), na Islandii podejście jest całkowicie wyluzowane i naturalne. Tutaj normą jest, że pastorami czy proboszczami w Kościele Luterańskim bywają kobiety otwarcie żyjące w związkach z innymi kobietami i wychowujące dzieci! Co więcej, ślubów jednopłciowych udziela się tu w kościołach bez żadnego sensacyjnego rozgłosu. Ta wolność, brak oceniania i pełna akceptacja drugiego człowieka to coś absolutnie fantastycznego.
Ale żeby nie było zbyt poważnie – na głównej ulicy handlowej dopadły nas iście zakopiańskie klimaty! W dwóch różnych miejscach wypatrzyliśmy wielkie pluszaki stojące przed sklepami. Ja trafiłam na ogromnego, puszystego maskonura (a tak naprawdę to dwie ogromne sztuki tych niewielkich w rzeczywistości ptaszków), a mąż na wielkiego, białego niedźwiedzia.
Jako wierna fanka maskonurów po prostu musiałam mieć z moimi ulubieńcami zdjęcie, a mąż błyskawicznie usadowił się przy miśku. Od razu przed oczami stanęły mi nasze polskie Krupówki... z tą jedną subtelną różnicą, że tutejszy miś i maskonur nie żądali 20 złotych za sam fakt zrobienia fotki! W środku po prostu nie siedział żaden skacowany pan w przebraniu – były to po prostu urocze, darmowe (oczywiście tylko do zdjęć) pluszowe maskotki. Podhalańscy przedsiębiorcy mogliby się od Islandczyków uczyć bezinteresownej gościnności! 😉
Spacer po Reykjavíku w pełnym słońcu, przy ciepłych 17 stopniach i w tak artystycznym, otwartym otoczeniu był idealnym zwieńczeniem całej naszej islandzkiej wycieczki!
W drodze powrotnej do samochodu minęliśmy jeszcze parę wyjątkowych punktów na mapie stolicy. Przeszliśmy przez plac Austurvöllur, przy którym stoi Dómkirkjan – niepozorna, kremowa katedra z zielonym dachem z końca XVIII wieku.
Mimo skromnych rozmiarów to najważniejszy kościół luterański w kraju, w którym każda nowa sesja islandzkiego parlamentu zaczyna się od uroczystej mszy. Kawałek dalej, tuż nad brzegiem stawu Tjörnin, mignął nam elegancki, biały budynek teatru.
A przy Lækjargata kusiły klimatyczne, drewniane chatki z kultowym Icelandic Street Food.
W końcu dotarliśmy do samochodu, gdzie spotkaliśmy się z resztą naszej czwórki i ruszyliśmy w stronę Keflavíku.
Auto zdawaliśmy w wypożyczalni IcePol i muszę przyznać – chłopaki z obsługi stworzyli przemiłą atmosferę! Zanim oddaliśmy kluczyki, mogliśmy na spokojnie zagotować wodę, zjeść nasze ostatnie liofilizaty, wypić ciepłą kawę i po prostu fajnie pogadać. Potem sprawnie odstawili nas na lotnisko.
Tuż przed samym wylotem z Keflavíku, po przejechaniu setek kilometrów przez wulkaniczne pustkowia, dostrzegłyśmy coś, co na pierwszy rzut oka wyglądało jak zapasowe gniazdo dla Godzilla-ptaka.
To Jetið (dla przyjaciół: The Jet Egg) – rzeźba Magnúsa Tómassona z 1991 roku. Przedstawia gigantyczne, metalowe jajko osadzone na stosie bazaltowych kamieni, z którego z determinacją wykluwa się wielki dziób wyglądający jak witka plemnika. Oficjalna wersja artystyczna mówi, że to symbol narodzin (czyli jednak plemnik!), początku podróży i wznoszenia się w przestworza. Według nas to idealne podsumowanie całej wyspy: nawet ptaki na Islandii wykluwają się ze stali i skały wulkanicznej, bo zwykła skorupka nie przetrwałaby tutejszego wiatru! 😉Jeśli będziecie przed wylotem gnać na lotnisko, rzućcie na nie okiem. To chyba najbardziej islandzka „kropka nad i” i genialne miejsce na ostatnie, lekko absurdalne pamiątkowe zdjęcie przed powrotem do cywilizacji!
Sam lot przebiegał cudownie spokojnie. I wreszcie – po pełnym tygodniu życia w świetle dnia polarnego – zobaczyliśmy prawdziwy zachód słońca!
Kiedy lądowaliśmy w Gdańsku, był już środek nocy. Widok rozświetlonego światłami miasta z lotu ptaka robił ogromne wrażenie, choć w sercach czuliśmy cichy smutek. To była przygoda życia. Islandia całkowicie nas w sobie rozkochała i już wiemy, że zrobimy wszystko, aby tam wrócić – tym razem na Fiordy Zachodnie i dziką, północną część wyspy!
Jedynym elementem, który z marnym skutkiem próbował dotrzymać kroku spokojnemu lotowi, było... samo lądowanie. Pilot dosłownie przywalił samolotem o pas tak twardo, że aż nami wstrząsnęło! Na szczęście podwozie, samolot i my przetrwaliśmy w jednym kawałku.
Niestety nasza porządna, duża walizka z polikarbonu nie miała tym razem szczęścia – linia Wizz Air załatwiła ją na amen. I tu małe, superważne ostrzeżenie dla każdego podróżnika: jeśli linia uszkodzi Wam bagaż, NIE WYCHODŹCIE z lotniska bez protokołu szkody (PIR)!
Na szczęście wiedziałam o tym i formalności na lotnisku dopełniliśmy od razu. Ale to, co wyrabia Wizz Air przy reklamacji, to przechodzi ludzkie pojęcie. Od ponad miesiąca toczę z nimi batalię. Żądają cudów na kiju, takich jak skanów paszportów całej naszej czwórki (jasne, już im wysyłam – potraktowałam ich RODO i pożegnałam pomysł!), kart pokładowych wszystkich pasażerów (przecież mają je we własnym systemie!), oficjalnego oświadczenia z serwisu walizek, że sprzęt jest nienaprawialny (co serwis oczywiście wydał, nawet z wyceną nowej podobnej walizki). A Wizz Air i tak ma to wszystko w głębokim poważaniu i proponuje śmieszny ułamek wartości nowej walizki, traktując pasażera jak zło konieczne do wydojenia. No niefajny, biurokratyczny akcent na koniec tak pięknej wyprawy!
Z lotniska w Gdańsku odebraliśmy się po pierwszej w nocy. Przed nami była jeszcze kilkugodzinna trasa samochodem do domu. Do dziś chylę czoła naszemu kierowcy, że podołał i nie zasnął za kółkiem! Ja po całym tygodniu niedosypiania i intensywnego zwiedzania byłam w takim stanie, że całkowicie straciłam kontrolę nad własnym ciałem. Głowa opadała mi sama, zasypiałam na parę minut, wybudzałam się i znowu walczyłam ze snem.
Żeby ratować sytuację i nie pozwolić kierowcy zasnąć, w dobrej wierze starałam się co chwilę coś do niego zagadywać i podtrzymywać rozmowę. Jakież było moje zdziwienie, gdy po czasie, przy wspólnym spotkaniu ze znajomymi, kierowca zaczął narzekać: „Rany, a ona ciągle do mnie gadała! Ja chciałem tylko w spokoju prowadzić!” 😂 Ja tu walczyłam o jego i nasze życie rozbudzającym, w moim mniemaniu, dialogiem, a człowiek po prostu marzył o świętym spokoju :)!
Podsumowując naszą wyprawę, Islandia chodziła mi po głowie od bardzo dawna – może nieco krócej niż Chorwacja, ale gdzieś w zakamarkach umysłu po prostu na mnie czekała. Zawsze jednak na drodze stała proza życia, bo do tej pory podróżowaliśmy głównie z dziećmi, a pomysł spakowania całej rodziny do samolotu i logistyka z tym związana sprawiały, że wyspa wulkanów trafiała na półkę z napisem "może kiedyś".
Aż w końcu nadszedł moment, gdy dzieci były już na tyle duże, że można je było bez stresu zostawić same w domu. Wtedy zadziałał przypadek – od niechcenia zgadaliśmy się ze znajomymi o Islandii i pojawił się pomysł wspólnego wyjazdu. Koleżanka podesłała program wycieczki z biura podróży, który potraktowałam jako świetną ściągawkę i inspirację, co warto zobaczyć. Od słowa do słowa, sprawnie kupiliśmy bilety, zaplanowaliśmy trasę i zrealizowaliśmy cały plan, co okazało się absolutnie trafionym wyborem.
Islandia jest po prostu niesamowita i całkowicie inna niż wszystko, co do tej pory w życiu widziałam. Tych kosmicznych, surowych krajobrazów, potęgi wodospadów i przestrzeni nie da się opisać słowami – to jest po prostu bajka. A pisze to osoba, która od zawsze była przecież miłośniczką ciepłych krajów, do których Islandia zdecydowanie nie należy!
Przed wylotem naczytałam się mnóstwo o tym, jak kapryśna, zimna, pochmurna i deszczowa potrafi być islandzka aura, tymczasem my mieliśmy po prostu niesamowite szczęście. Pogoda układała się idealnie pod każdy punkt programu! Pierwszy dzień po przylocie i nasz ostatni dzień w Reykjavíku powitały nas bajkowym słońcem i doskonałą temperaturą do spacerów. Co więcej, aura zdawała się wręcz współgrać z tym, co akurat oglądaliśmy. Gdy byliśmy na słynnej czarnej plaży Reynisfjara, niebo było pochmurne i surowe – a właśnie w oprawie takich groźnych chmur to miejsce wygląda najbardziej spektakularnie. Z kolei przy wodospadzie Seljalandsfoss, gdy niebo zaczynało się już chmurzyć, dokładnie w momencie, kiedy weszliśmy za ścianę wody, nisko zawieszone słońce nagle przebiło się i zaczęło przepięknie prześwitywać przez wodne kaskady. Widok był wręcz nierealny! Prawdziwy deszcz złapał nas tylko raz i to na bardzo krótką chwilę. Śmieję się, że Islandia chyba wyczuła moją wielką miłość, którą darzyłam ją jeszcze zanim na niej wylądowałam, i po prostu odwdzięczyła się w najpiękniejszy możliwy sposób.
Wszyscy moi znajomi wiedzą, że od zawsze moją największą podróżniczą miłością była Chorwacja. Ten kraj chodził mi po głowie chyba od dziecka, a samo słowo „Chorwacja” brzmiało dla mnie jak jakaś piękna, nieosiągalna bajka, którą marzyłam zrealizować. Kiedy pojechałam tam po raz pierwszy, zostawiłam tam kawałek serca i wracam do niej regularnie od lat. Przez ten cały czas uważałam, że żaden kraj nie jest w stanie jej przebić, tymczasem Islandia po prostu znokautowała Chorwację pod względem krajobrazów.
To dwa niesamowicie różne miejsca – inny klimat, inne widoki, zupełnie inna energia i po prostu inne wszystko. A jednak oba ciągnęły mnie do siebie w niewytłumaczalny sposób i w obu zostawiłam część swojego serca. Dziś na mapie świata nie ma już chyba żadnego innego kraju, który przyciągałby mnie z tak ogromną siłą.
Oczywiście nie chcę ich bezpośrednio porównywać. Chorwację nadal kocham i tam mogłabym się bez wahania przeprowadzić, podczas gdy na Islandii zamieszkać bym nie mogła, bo ten surowy, chłodny klimat na dłuższą metę nie jest dla mnie. Ale widoki na Islandii są tak obłędne, że teraz, gdy po ciężkim i stresującym dniu wracam do domu, kładę się, zamykam oczy i przypominam sobie te islandzkie przestrzenie, góry i szum (lub wycie, zależnie od pogody) oceanu.
Jeżeli ktokolwiek zastanawia się nad zwiedzaniem Islandii, polecam to z całego serca. To nie jest po prostu kolejna wycieczka, ale przeżycie, które zostaje w człowieku na zawsze. My już wiemy, że musimy tam wrócić, bo Fiordy Zachodnie i północna część wyspy wciąż na nas czekają! No i maskonury! Bardzo bym chciała w końcu zobaczyć pufinki (w licznie mnogiej!!!!) z bardzo bliska!
Po więcej postów z Islandii zapraszam TUTAJ.
Jeśli chcecie zlokalizować na mapie opisane w poście lokalizacje oraz wszystkie lokalizacje z bloga, zapraszam do mapy interaktywnej, która otworzy się dla Waszej wygody w nowym oknie. Najedź na wybraną pinezkę i kliknij nazwę lokalizacji, która pokaże Ci się pod mapą aby wyświetlić zdjęcia i link do odpowiedniego posta 😀. Kliknij strzałkę po prawej stronie nazwy lokalizacji, aby wyznaczyć do niej trasę. Powiększaj mapę aby zobaczyć więcej pinezek. Kliknij na napis "Patent na Wypad" (w wersji komórkowej na dole ekranu) aby wejść w legendę, gdzie znajdziesz listę lokalizacji lub będziesz mógł wpisać konkretną lokalizację w lupkę.
Linka do lokalizacji na mapie Google z niniejszego bloga znajdziecie także poniżej - szukajcie pod tekstem słowa "Lokalizacja...."
A jeśli chcecie przeczytać więcej wpisów w moim blogu, z pewnością ułatwi Wam to TA LISTA , zaś zbiór niektórych wcześniejszych map znajdziecie TUTAJ.
A może interesują Was gotowe propozycje tras? Zapraszam TUTAJ.
#patentnawypad #podroz #podroze #blog #travelblog #islandia #island #visitisland #islandtravel #reykjavik #akranes #hallgrímskirkja #ofelia #sólfar #voyager #skólavörðustígur





%20(1).jpg)
.jpg)
.jpg)
(1)(1)%20(1).jpg)
.jpg)


.jpg)






%20(1).jpg)



.jpg)
.jpg)
.jpg)

.jpg)
.jpg)



.jpg)
%20(1).jpg)
.jpg)


.jpg)






.png)
.png)
.png)
.png)
.jpg)

Komentarze
Prześlij komentarz